657. TATARSKA JURTA W KRUSZYNIANACH.

 

 Jola we wtorek miała służbowe sprawy rano w Białymstoku, więc postanowiliśmy, że wyruszymy już w poniedziałek, zobaczymy coś po drodze i przenocujemy w hotelu w Białymstoku. Zatem ruszamy rano wybierając trasę okrężną, tak aby przejechać przez Biebrzański Park Narodowy. Tylko przejeżdżamy przez niego i kierujemy się do Kruszynian, aby odwiedzić Tatarską Jurtę - zajazd prowadzony przez tatarską rodzinę Bogdanowiczów. To niewielka miejscowość tuż przy granicy, od kilkuset lat zamieszkała przez Tatarów wiernych Rzeczpospolitej. Jest tam niewielki, drewniany meczet, cmentarz muzułmański i owa Tatarska Jurta.  Mmamy sentyment do tego miejsca, w którym pierwszy raz byliśmy ponad 20 lat temu z naszym przasnyskim klubem motocyklowym ROTOM. Wtedy była to zapomniana przez ludzi wieś, ale już stawała się znana z powodu meczetu i owej Jurty. Wtedy kuchnia była w starym domu, a jadało się przy stołach na podwórzu. W głębi stała jurta z prawdziwego zdarzenia, jakaś młodzież miała tam chyba jakieś zajęcia, po trawie chodziły gęsi. Serwowano tatarskie specjały. W 2018 roku obiekt spłonął.  Został już wprawdzie odbudowany, ale jeszcze nie oddany do użytku. Na miejscu nie możemy się połapać w topografii. Rodzina Bogdanowiczów rozsławiła tę miejscowość i teraz widać we wsi obiekty agroturystyczne, kwatery do wynajęcia, sklepiki z pamiątkami, bary. Tatarska Jurta egzystuje jeszcze w lokalu zastępczym, lecz jest przed rychłą przeprowadzką do nowego, własnego budynku.  W 2012 bodajże roku był tu książę, obecny król Karol.  Swój program miał Makłowicz. Na miejscu zastajemy właścicielkę Dżennetę - co za malownicze imię!. Zamawiamy coś z karty ( ja czeburaka - wielkiego pieroga z nadzieniem z gęsiny i kompot z rokitnika !) ).   Podejmujemy rozmowę z właścicielką. Gdy dowiaduje się, że byliśmy kiedyś jednymi z pierwszych gości robi się rodzinna wręcz atmosfera. Poznajemy córki Dżennety, które po studiach postanowiły zostać w Kruszynianach.  Zostajemy obdarowani koszyczkiem słodyczy. Potem zwiedzamy muzeum, które jest po drugiej stronie budynku. Żegnamy się z Dżennetą jak z rodziną. Wspólne zdjęcie.  To było niezwykłe spotkanie po latach. Pozdrawiamy raz jeszcze! Po opuszczeniu Tatarskiej J. zajeżdżamy jeszcze na muzułmański cmentarz,  w lesie za meczetem. Stara część jest klasyczna w postaci pionowych kamieni zakopanych w ziemi, z zatartymi już inskrypcjami. Nowa ma już wpływy współczesne. Są cytaty z koranu, są litery arabskie ale na pomnikach z chińskiego kamienia.

 


 

Z Kruszynian boczną drogą wzdłuż granicy, która jest niedaleko, dojeżdżamy do ósemki i do Białegostoku. Nocleg w hotelu Topaz. Jest w trakcie remontu, ale nie słychać hałasu. Wieczorem idziemy na zakupy do pobliskiej galerii Huzar? Mam okazję odnowić garderobę. Rano po porządnym, hotelowym śniadaniu i po załatwieniu przez Jolę jej spraw, ruszamy w drogę powrotną, ale nie najkrótszą. Najpierw Pałac Branickich. Niestety trzeba czekać prawie dwie godziny, żeby wejść z przewodnikiem (jedyna opcja). Odpuszczamy i na pociechę idziemy na kawę i coś słodkiego, do greckiej Tawerny obok. Po kawie i baklawie - w drogę!


Kolejny cel: Tykocin. W Tykocinie byliśmy też z klubem Rotom i chcemy odwiedzić restaurację z żydowskim jedzeniem Tejsza.  Tykocin wygląda jak z obrazka i w niczym nie przypomina tego sprzed 20 lat. Budynki odnowione, ulice wybrukowane lub wyłożone  kamieniem. Na środku rynku pomnik Stefana Czarnieckiego, który otrzymał Tykocin od Jana Kazimierza za zasługi wojenne. Bardzo czysto. Śliczne miasteczko, zadbane. Za synagogą odnajdujemy tę  restaurację Tejsza, w której byliśmy wtedy. Niestety w poniedziałki i wtorki jest zamknięta. W drodze powrotnej zachodzimy do restauracji Regent. Tu jest na bogato. Stylowe wnętrze pełne bibelotów i judaików. Zamawiamy policzki wołowe z kuglem, Jola  czulent


. Do tego podpiwek oraz kwas chlebowy - litewski, w b. ładnej butelce i smaczny! Przesympatyczna kelnerka. Wychodzimy po godzinie. Zaczyna padać. Szybko do samochodu i jedziemy zobaczyć za rzeką zamek. Nie wchodzimy do środka, bo zrobiło się późno, a chcemy jeszcze zdążyć przed zmrokiem do Ostrowi Maz. na cmentarz, do grobów moich rodziców. Z Ostrowi Maz. już prosto do Przasnysza. Wyszła fajna wycieczka, z degustacją trzech narodowych kuchni: tatarskiej, greckiej i żydowskiej.


 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1