650. RUMUNIA 2025 cz.1

 




 Startujemy w piątek o 12.00 ze stacji benzynowej w Ciechanowie, na wylocie na Płońsk. Jestem pierwszy, Ewelina i Przemek zajeżdżają po chwili. Czwarta ekipa: Ewa i Wojtek - brat Eweliny - dojedzie do nas wieczorem. Ewelina jedzie na BMW GS 750, Przemek na GS 850, ja na Triumphie 900. Nocleg mamy w Rabce, gdzie Wojtek ma mieszkanie. Nie jedziemy siódemką, lecz drogami krajowymi przez Rawę Maz. i Opoczno. Po raz kolejny stwierdzam, że mamy super drogi. Był chyba tylko jeden gorszy odcinek, a cała reszta b. dobra. Przebijamy się przez Kraków jakimiś opłotkami, bo centrum zakorkowane. W końcu dojeżdżamy. W mieszkaniu czekają na nas rodzice Wojtka. Wkrótce pojawia się też właściciel z Ewą. Nas złapała mżawka na dojeździe, a oni  trochę zmokli. W planie jest kolacja w restauracji Siwy Dym. Siedzimy tam przy desce wędlin i mięs. Dobre jedzenie. Stolik musiał być zarezerwowany, bo lokal jest b. popularny. Gra zespół. Niestety tak głośno, że nie sposób rozmawiać. Rodzice Wojtka: Ryszard i Jadwiga-  to moi rówieśnicy. B. gościnni  i  sympatyczni. Jakoś się wszyscy mieścimy ze spaniem.


 

Sobota rano super śniadanie, Ryszard rano poszedł po świeże bułeczki i wędliny. Zbieramy się do wyjazdu i w drogę. Przypomnę, że na Słowacji i w Rumunii winiety nie obowiązują motocyklistów, a na Węgrzech nie mamy potrzeby korzystać z autostrady. Przemek prowadzi, z anim Ewelina, ja i na końcu Wojtek z Ewą. Przemek i Ewelina b. sprawnie pomykają, szczególnie ona jedzie "po męsku";  nie czai się, wyprzedza kiedy trzeba, wciska się między pojazdy. Dojeżdżamy do Sapanty, gdzie mamy nocleg w pensjonacie blisko centrum. Po drodze nic się nie działo, poza tym, że Wojtek potrącił kurę po drodze, a zawartość jej przewodu pokarmowego wylądowała na spodniach Ewy. Gospodarz wita nas palinką.  Idziemy jeszcze na spacer, przy okazji na kolację w czynnej jeszcze restauracji. Gospodarz poleca nam odwiedzić po drodze znany klasztor Barsana.

Niedziela. Po skromnym niestety śniadanku ruszamy w drogę na Borsa i Vatra Dornei. Po drodze odwiedzamy klasztor  Barsana, który z pewnym trudem odnajdujemy po  dwóch próbach. To duży obiekt, akurat odbywa się msza. Ołtarz na świeżym powietrzu pod altanką. Dużo ludzi, znaczna część kobiet ubrana w stroje ludowe. Uwagę zwraca, że kobiety bez względu na wiek noszą spódnice do kolan, do tego często szpilki. W Vatra Dornei prowadzę grupę do znanej mi restauracji Kotan. Wchodzimy do środka, niestety lokal jest zarezerwowany. Cóż? Innym razem. Z Vatra D. pomykamy jedną z moich ulubionych tras do Bistrita. Niestety droga znowu nie jest idealna. Na wschodniej części jest sporo dziur po zimie, wielkości małej miski. Jest ich sporo. To efekt wysadzania asfaltu  przez lód tworzący się w miejscach gdzie podchodzi woda. Nie są niczym zabezpieczone, nawet piaskiem lub jakiś ostrzeżeniami. Na zachodniej stronie kładą nowy asfalt i jeszcze nie ma pomalowanych pasów. Trochę wyrywam do przodu, potem czekam na nich. Z Bistrita jedziemy do Reghin. Tu znajdujemy super hotel, trochę za miastem Hunter VIP. W środku ciekawy wystrój z metaloplastyki, ładne pokoje i w miarę tanio. Obsługuje nas kelner, który świetnie mówi po angielsku. W dodatku jest motocyklistą i mamy szczególne traktowanie. Proponuje pyszne jedzenie i piwo oraz papanasi. Po raz pierwszy je jem. To jakby duży donut amrykański smażony na głębokim tłuszczu. Ciasto jest trochę twardawe. W środku jest dżem, chyba z czarnej porzeczki i przykryte to małym okrągłym pączkiem. Polane śmietaną. Porcja, to dwie sztuki wyglądające nieco jak piersi. Bardzo nam smakują i dziwię się, że byłem tyle razy w Rumunii  i nikt mi tego nie proponował. Potem zamawiamy ten deser w innych miejscach i w każdym jest inaczej zrobione, z reguły dużo mniejsze. Wieczorem zaczyna padać !






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.