525. SPOTKANIE W SKRUDZINIE. cz.4
Budzę się wcześnie. Niestety. Zawsze zazdrościłem tym, którzy rano mogą pospać dłużej. Słyszę, że Andrzej w pokoju obok też się kręci. Proponuję, że zrobię śniadanie i wyjedziemy wcześniej. Reszta jeszcze śpi w najlepsze. Ja mam ponad 500km do domu, Andrzej ponad 300km. Po południu ma padać. W dodatku o 15tej jest mecz Polska - Holandia. Powinienem zdążyć na drugą połowę. Po śniadaniu pakujemy się. Andrzej prosi, żeby zjechać jego BMW F800 na dół po szutrze. Z duszą na ramieniu, żeby nie uszkodzić mu motocykla zjeżdżam po tym cholernym podjeździe. Na wszelki wypadek tylko proszę , żeby nie zapinał dużego kufra centralnego. Potem zjeżdżam swoim. Udało się, ale po wywrotce z pierwszego dnia jestem zestresowany. Na dźwięk motocykli przez okna zaczynają wyglądać pozostali. Jednak nie będę czekał na ich. Żegnam się na odległość i ruszam. W powrotnej drodze pierwszy odcinek jadę trochę inaczej, bo przez Brzesko w kierunku Krakowa, ale potem przez Kazimierzę W. i Książ W., gdzie wpadam na siódemkę. Pogoda OK - nie pada, raczej upalnie. Po drodze jeszcze jem obiad przed Makowem Maz. w gospodzie Pazibroda. Moją ulubioną pręgę w sosie chrzanowym. Do domu już rzut beretem, zdążam na drugą połowę. Po drodze miałem informację, że jest 1:0, potem, że 1:1, a w mojej przytomności, gdy byłem już w domu stanęło na 1:2. Mam nadzieję, że nie przeze mnie!

Komentarze
Prześlij komentarz