486. SOUTH AMERICA - 2024. dzień 18
Kolejny trudny, a zatem ciekawy dzień. Ruszają na drogę śmierci. Ale najpierw trzeba zatankować. Na 4 kolejnych stacjach nie ma benzyny. Dopiero na piątej sprzedawczyni lituje się nad nimi i tankują. La Paz jest najwyżej położoną stolicą - 3600m. Wyjazd z miasta to bardziej stresujące przeżycie niż sama droga śmierci. Zasadą ruchu jest brak zasad. Wszyscy jadą tak, jakby chcieli cę zabić. Nie ma mowy o przepuszczeniu motocykla - a raczej przeciwnie. Jest wrażenia, że polują na ciebie. Ogromny ruch, tłok i potworny bałagan. Stambuł, Bali, Marakesz to cicha msza przy bocznym ołtarzu w porównaniu. Najpierw jest dobra kręta asfaltowa droga. Krajobraz przypomina nieco Transfogarską, z tym że nie ma drzew, a lita skała porośnięta jest grubą warstwą mchu. Temperatura powoli się obniża, do 6 st. Potem asfalt się kończy i zaczyna się przygoda. Death Road. Pada deszcz, pada grad, jest mgła, ślisko i wąsko. Z góry wali woda, przelewa się przez drogę i wymywa resztki szutrowej, glinianej nawierzchni. Droga ma od 2 do 3,5 m szerokości, jest wąsko i ślisko. Na tej drodze obowiązuje ruch lewostronny. Ale dla bezpieczeństwa niektórzy jadą prawa stroną, więc wiadomo co się dzieje, gdy dwa pojazdy spotkają się na zakręcie. Jadą samochody, spotyka się rowerzystów. Krawędź drogi kończy się urwiskiem do 1000m wysokości. W pewnym momencie Piotrek zauważa, że z motocykla Radka cieknie olej. Postój, rozbiórka. Okazuje się, że odłamał się od obudowy skrzyni biegów taki nadlew-wspornik do mocowania osłony przedniej zębatki. Powstało pęknięcie obudowy skrzyni biegów. Nie sposób dociec z jakiego powodu to się stało. Nie widać śladów, by coś uderzyło, może wpadł kamień na zębatkę, może to jakaś wada fabryczna? Czyszczą odłamane miejsce, odtłuszczają benzyną, kleją szparę jaka powstała klejem dwuskładnikowym. Trzeba poczekać, aż klej wyschnie. Nadjeżdża grupa sympatycznych Czechów, chwilę rozmawiają. Oni starowali od Sambora, niektórzy nawet z Ciechanowa od Radka. Świat jest mały! Ruszają dalej. PO kilkunastu kilometrach - awaria. Dętka! Kto? Oczywiście Grzesiek. Wyciągają z opony gwóźdź długości ponad 10cm! Na szczęście już mają wprawę w naprawianiu jego dętek i demontażu koła. W pewnym momencie zaczyna się prawdziwa tropikalna dżungla. Temperatura wzrosła do 36 st. jest wilgotno. Grzesiek zdejmuje kurtkę, Hubert zakłada krótkie spodnie. Błąd! Coś ich pogryzło w odsłonięte części ciała. Dobrze, że nie sikali! Swędzi potwornie, pojawiły się wypryski. Dojechali do końca drogi, zawracają i jadą ponownie przez La Paz. Teraz mogą porównać skalę trudności i zgodnie twierdzą, że przejazd przez La Paz to większy stres niż droga śmierci, mimo, że raz było gorąco, gdy Radek poślizgnął się na niewidocznym kamieniu leżącym w kałuży i zarzuciło go w kierunki urwiska. Jest to ogromne miasto przejazd trwa dobre dwie godzxiny. Dojeżdżają do Jez. Titicaca, które pokonują promem. Do hotelu dojeżdżają ok. 22 ich czasu - więc b. późno. Hotelarze najwyraźniej nie lubią motocyklistów. Widać, że jest pusto, właściciel twierdzi, że nie ma miejsc - mimo, że widać wolne pokoje na bookingu. Robi się swoisty wyścig do komputerów, gdyż właściciel chce najwyraźniej wycofać ofertę, ale Radek był szybszy. Zdążył klepnąć rezerwację i mają spanie.










Komentarze
Prześlij komentarz