478. SOUTH AMERICA - 2024. dzień 11.
Chłopaki od dłuższego czasu znajdują się na wysokości 4 tys., często nawet wyżej. Wjechali na taką wysokość praktycznie jednego dnia. Hubi i Grzesiek biorą diuranid. Ubocznym skutkiem jest moczopędność i częste postoje, ale dają radę. Dziś Radek skarży się bóle głowy i ogólnie złe samopoczucie. Doradzam mu żeby też brał leki, a poza tym mają zapas tlenu, z którego pora chyba skorzystać. Przydałby się im też odpoczynek po dwóch męczących dniach, szczególnie wczorajszym. Powinni dziś zrobić dzień lajtowy, zanocować najniżej jak się da, żeby dać odetchnąć organizmom. Z tego co wiem, to nie przygotowywali się kondycyjnie do wyjazdu, mają też swoje lata najlepszej formy za sobą. Zresztą zgodnie twierdzą, że zeszłoroczna Patagonia - to był lajcik w porównaniu. Opowiadają też z rana, że każdy miał dziś jakieś pokręcone sny. Może to wpływ wysokości i deficytu tlenu. W końcu po śniadaniu wybrali się w drogę. Droga rozmyta po wczorajszych deszczach, dalej jest ślisko, chociaż może nie tak jak wczoraj. Niby jest asfalt, ale miejscami mocno wymyty przez wodę. W końcu dojeżdżają do miejsca, gdzie w czasie deszczu utworzył się strumień płynący w poprzek drogi i wymył spory rów. Niestety na tej przeszkodzie uszkodzeniu uległ KTM i nie nadaje się do dalszej jazdy. Ktoś kto przejeżdżał tędy wcześniej samochodem, żeby ułatwić sobie przejazd wrzucił gałęzie do sporej wyrwy i w ten sposób ją zakrył tworząc pułapkę.
Hubert wraca do miasteczka po jakiś samochód, żeby przewieźć motocykl. Udaje się załatwić do transportu policyjne auto. To na szczęście niedaleko od miasteczka, gdzie nocowali. Zajmuje to sporo czasu, więc na dziś kończą etap i wracają do San Antonio do los Cobres i tu nocują. Nie wiem czy ma to związek z tymi snami o których było na początku, ale dzień niefartowny się okazał. Hubi zdecydował, że wynajmie samochód i razem z motocyklem wraca nim do Arica, gdzie zostawi go w umówionym miejscu, a sam nie będzie czekał na grupę, tylko przebukuje bilety i wraca do Polski. Znalazł chętnego, długo trwały targi, bo to jednak kawał drogi, a właściciel za transport liczył jak zbój za swoja pałkę - jak mawiał mój ojciec. Ale wzięty w dwa ognie sporo opuścił.




Komentarze
Prześlij komentarz