471. SOUTH AMERICA - 2024. dzień 4.
Rano ekipa udaje się na spotkanie z polskim księdzem, który prowadzi tu kościół katolicki. Ksiądz jest tu lubiany i poważany. W tym kościele przez 90 dni modliły się rodziny górników uwięzionych przez zawał kilkaset metrów pod ziemią. Akacja ratownicza trwała od pierwszych dni po katastrofie. Jak pisałem wywiercono do nich kanał na taką głębokość. Około południa ruszają w dalszą drogę ku granicy z Argentyną, którą zamierzają przekroczyć. Dziś już mają być szutry. Najpierw jadą drogą N-51 w dół w kierunku zachodnim, czyli w stronę przeciwną. Z początku malowniczymi serpentynami.. Pierwszy etap biegnie po wczorajszej trasie i dopiero w okolicy m. El Prenom na wysokości ok. 200mnpm skręcają na wschód i zaczynają się szutry na drodze N-415. Następnie skręcają w główniejszą drogę nr 41 aby dojechać do rzeki Rio Elqui, która w pewnym miejscu tworzy spore jezioro. W okolicach jeziora jest już ok. 500mnpm. Cały czas jadą wzdłuż rzeki stopniowo pnąc się w górę. Widoki podobne do marokańskich z tym, że skały dużo bardziej kolorowe. Po bokach góry na 3000m. Piękna droga, super asfalty i zakręty. Ok. 18tej dojeżdżają do granicy z Chile. Tu są już na 2000m. Ok. 20 min. trwa zbieranie pieczątek i wypełnianie druków, po czym mają 160km ziemi niczyjej i dopiero jest posterunek graniczny z Argentyną. . Dla Europejczyka to niezrozumiałe. Kolejny punkt trasy już na wysokości 3200mnpm Ciekawe co było, gdyby w tym pasie ziemi niczyjej wykryto złoto? Do celu mają 300km, zobaczymy co z benzyną? W zeszłym roku nie było różowo. O 19.20 byli już na wysokości 4000m. To już poważna wysokość. Nie wykluczam, że mogą się pojawić u nich objawy choroby wysokogórskiej tym bardziej, że nie przechodzą aklimatyzacji. 19.30 - wysokość 4400m. Z mapy wynika, że to granica. Moim zdaniem zbyt ostro się wspinają, chociaż pewnie nie maja wyjścia, bo nie ma gdzie się zatrzymać na nocleg. Do tej pory jadą drogą nr 41, która przechodzi w drogę nr 150 w Pasa Agua Negra. 4700mnpm !!! To jest punkt graniczny. Od kilkudziesięciu kilometrów jadą serpentynami. Godziny podaję w/g czasu polskiego. U nich jest 4 godziny wcześniej. Z mapy i ich lokalizacji wynika, że do najbliższego miasteczka mają jeszcze 100 - 150km. Po wysokogórskich drogach!!! Los Andes Cordilieros jak śpiewał nieodżałowanej pamięci Jan Kaczmarek. W Argentynie to środek lata - więc dzień długi na szczęście. O 20tej są na 4100m, więc dają ostro w dół. Znaczy - przejechali przez przełęcz. Teraz już mają z górki. Dosłownie.
Houston - mamy problem! Kilkanaście kilometrów przed granicą po przerwie Radek z Grześkiem zostają z tyłu, Piotrek z Hubertem i Hubim jadą na przejście graniczne do Argentyny. Tych dwóch z tyłu nie dojeżdża. Nie ma zasięgu ale dociera wiadomość, że w Suzi Grześka pękła opona. Założyli drugą, ale coś nie gra. Piotrek wraca do nich chociaż jest już odprawiony. Za 7 kmk. m. Flores mają hotel, tam się meldują oba Huberty i będą czekać na resztę. W planie była dalsza trasa do San Chuan, ale w tej sytuacji nie ma sensu jechać dalej póki się nie wyjaśni co z oponą.. To stan na godz. 22.15 (18.15). Niestety z dętkami jest w razie problemów większy kłopot niż z tubeless,ami. Zdjęcie opony to już wyzwanie - a rzadko daje się dętkę zakleić bez zdejmowania koła i opony. Liczę, że Piotrek, który jest b. sprawnym mechanikiem coś zaradzi. Wiem, że brał z Polski łyżki do zdejmowania opon i preparat do łatania dętek. Dętek nigdy nie łatałem preparatem wciskanym przez wentyl. Zresztą od 30 co najmniej lat jeździłem na oponach bezdętkowych i jakoś nie mam przekonania, że preparatem klejącym, bez zdejmowania opony z felgi da się je załatać. Jeżeli dziurę powoduje gwóźdź, który tkwi dalej w oponie - to z reguły dętkę poszarpie. Dętki w motocyklach endurowych są montowane dlatego, że stosuje się szprychowane obręcze jako bardziej wytrzymałe na odkształcenia i dające się prostować młotkiem. Ale droższe modele mają już obręcze szprychowane, przystosowane do opon bezdętkowych i to jest optymalne rozwiązanie. I bez tego dzień był trudny. Spory dystans. Duże różnice temperatur i wysokości. Dolegliwości wywołane niedotlenieniem. Błoto, śnieg i szutry. Hubiemu przewrócił się motocykl - dobrze, że nic się nie uszkodziło. Bo byłby jeszcze większy kłopot.
23.15 (19.15) Radek przysłał foto z hotelu i z garażu - są w komplecie ! Pierwsza relacja od Radka, na gorąco: Grzesiek złapał gumę. Na szczęście Radek jechał za nim, bo reszta poleciała do przodu. Detka wystrzeliła i Grzesiek z najwyższym trudem opanował motocykl. Jak się zatrzymali był blady jak śnieg. Po zdjęciu koła i opony okazało się, że dętka jest porwana. Na szczęście napatoczyli się lokalesi na skuterach, którzy zaczęli im pomagać. Założyli zapasową dętkę - przecięli ją przy montażu. Na szczęście dojechał już Piotrek. Jeszcze raz zdjęli oponę i zamontowali Radka zapasową dętkę 18" na felgę 17" i jakoś dojechali do hotelu. Ale zaraz jadą do wulkanizatora, żeby zrobić z tym porządek i połatać co się da, żeby mieć zapas. Przecież to dopiero początek, a z poprzedniej wyprawy pamiętamy, że kupno opony jest tu trudne i bardzo kosztowne. A w wysokich Andach być może wręcz niemożliwe. Jeszcze sprostowanie: katastrofa górnicza była w Copiapo - tylko ksiądz Polak z tego opowiadania jest ten sam. Dzień bardzo udany, z przygodami. Był i upał i śnieg na przełęczy. Kierowcy nawet po drodze radzili im, żeby zawrócili bo śnieg pada. Były dobre asfalty i sporo szutrów. Padał deszcz, było błoto - słowem mieli to wszystko za co zapłacili grube pieniądze. Jak się bawći - to się bawić, drzwi wyjebać - nowe wstawić - jak mówi brat Piotrka. Dystans 402 km











Komentarze
Prześlij komentarz