349. SOUTH AMERICA. cz. 22
RIO SERRANO - CERRO SOMBRERO
Hotel w którym nocowali podobno prowadzą Francuzi i do śniadania miało być wino. Z naciskiem na miało. Startują już ok. 10tej. Ponieważ nie mogli się dogadać - co już wczoraj wyczuwałem z półsłówek - podzielili się na dwie grupy: budżetową i na bogato. Odpowiednio: Kondzio, Radek i Piotrek oraz Hubertowi z Lucjanem. Budżetowa postanowiła wrócić do Argentyny żeby tanio zatankować, zrobić aprowizację i jechać przez Argentynę. Grupa " na bogato" jedzie przez Chile. Budżetowa wraca na granicę, przechodzi żmudna odprawę na obu granicach, aby po stronie argentyńskiej dowiedzieć się, że droga nr 40, którą mieli się poruszać jest nieprzejezdna, gdyż prawdopodobnie zeszła lawina błotna. W ramach wdzięczności za cenną informację chcą obdarować celnika piwem, którego ten wprawdzie nie chce przyjąć, ale wzrokiem pokazuje, żeby postawić na na murku w krzakach - co czynią. Tak więc po zatankowaniu i zrobieniu zakupów oraz 60km w obie strony, za godzinę wracają z powrotem, przechodząc żmudne odprawy na oby granicach oddalonych od siebie o ok. 6 -8 km. Piwo już nie stało. Po podliczeniu oszczędności wyszło na to, że Radek zaoszczędził 1150zł (30l paliwa), Kondzio - 13 zł, a Piotrek dołożył - bo więcej zużył niż zaoszczędził. Ważne żeby był ruch w interesie! Jechali głównie asfaltami, wiało i padało. Nawet nie tyle asfaltami ile betonami - bo nawierzchnie w tej części są betonowe, ale równe. Tylko jak zaczął padać pierwszy deszcz, a padał wielokrotnie, dopóki nie zmył kurzu było b. ślisko i po dodaniu gazu zapalały się kontrolki wszystkich możliwych systemów bezpieczeństwa. Teren się wypłaszczył, a droga raczej prosta i nieciekawa. Gdyby nie deszcz i porywisty, silny wiatr - byłoby nieciekawie. Droga nr 257 zmierzali w kierunku promu.
Grupa "na bogato" była ze 150km przed nimi i do promu dojechali pierwsi. Jako ciekawostkę podam, że opłata za prom za motocykl i za konia jest identyczna. Biorąc pod uwagę, że motocykl średnio ma ok. stu koni - to spora oszczędność! Byli głodni, Hubert zamówił hot doga z jajkiem lecz kiedy mu go podali - wzywali ich już na prom. Starał się go zjeść w pośpiechu i poparzył sobie otwór gębowy. Nikt już nie powie, że ma niewyparzoną gębę. Pakuja się na prom i jadą kawałeczek do hotelu - gdzie obie grupy maja się spotkać.
A tymczasem grupa druga dojeżdża do promu i prawie z marszu na niego wjeżdżają, choć nie bez zgrzytów. Starym, motocyklowym zwyczajem omijają kolejkę i pchają się na początek, ale tu takie numery nie przechodzą. Mała awanturka i posłusznie wracają na koniec kolejki - ale się zabrali. Kondziu jeszcze liczył, że może chociaż uda się nie zapłacić, ale tylko liczył. Prom jest odkryty, wieje, kiwa i fale przelewają się przez pokład. samochodziarze po prostu włączają wycieraczki - oni mogą się tylko odwracać dupą do wiatru i wylewać wodę z butów. Tym sposobem pokonali Cieśninę Magellana, która w tym miejscu ma ok. 5km szerokości i płynie się ok. pół godziny. Dalej już tylko 20km do hotelu. Hotel okazał się barakiem jakie stoją na Antarktydzie. Warunki raczej spartańskie. Po drodze widać dużo robotników w kaskach i kamizelkach odblaskowych, którzy na noc ściągają też do hotelu. Tu chyba idą intensywne poszukiwania ropy naftowej. Nazwa Tierra del Fuego czyli Ziemia Ognista nadana została chyba nie bez powodu. Droga po której jechali nazywa się El Carrera Fin del Mundo - czyli na koniec świata. Pięknie i malowniczo. Jak dojechali na miejsce było jeszcze widno, a po chwili, bardzo szybko zrobiło się zupełnie ciemno. Ot taka ciekawostka przyrodnicza. Nastroje są takie, że Hubert ma już dosyć jazdy, inni też, ale grupa budżetowa chce kontynuować wyprawę zgodnie z planem - czyli do Ushuaia mimo, że droga zapowiada się nieciekawie w sensie, że jest płasko, prosto, zimno i mokro. Reszta - się okaże!
Jak się przyglądam tej fotografii powyżej, to wydaje mi się, że nie tylko trudy drogi spowodowały złamanie szyby, gdyż chyba był kontakt z ziemią.









Komentarze
Prześlij komentarz