348. SOUTH AMERICA. cz. 21
EL CALAFATE - RIO SERRANO
Wieczorem trwa ożywiona dyskusja nad następnym odcinkiem trasy. Trudno im uzgodnić stanowiska. Z jednej strony fajnie jak jest demokracja i każdy ma wpływ na przebieg trasy, wybór noclegów, etc., lecz jest to tez powodem konfliktów - bo każdy często ma inne zdanie lub tworzą się grupy, które usiłują przeforsować swoje koncepcje. W najlepszym razie jest to tylko strata czasu i bicie piany. W najgorszym - może być źródłem konfliktów. Im liczniejsza grupa - tym trudniej o konsensus. Ja osobiście jestem zwolennikiem rozwiązania, w którym jest szef grupy, który ma decydujący głos i jest ustalona trasa. Inaczej wyprawa się rozłazi w dyskusjach. Oczywiście konieczna jest elastyczność i uwzględnienie preferencji poszczególnych osób, możliwości sprzętowych i umiejętności uczestników. Ale demokracja na wyprawach z reguły prowadzi do konfliktów.
Luksusy ludzi rozpierają. Jeszcze w sobotę w nocy, a może już w niedzielę - bo było koło północy - Radkowi zachciało się piwa i poszli we dwóch z Piotrkiem do baru naprzeciwko. Reszta już nie dała się podnieść z wyrek. Były dwa (?) piwa, jakieś drinki. Summa summarum wrócili na bani ok. 3ciej nad ranem i nic dziwnego, że grupa ruszyła w trasę dobrze po południu. Reszta przynajmniej się wyspała. Ruszyli drogą RP 11 w kierunku drogi nr 40. Potem robią skrót po cięciwie drogi nr 40, drogą nr RP 7. Skrót jest godny, bo prawie 100km, ale droga kiepska, szutrowa. Jadą do granicy z Chile, ku Ziemi Ognistej. Jest to Archipelag wysp oddzielony od kontynentu Cieśniną Magellana. Od Ziemi Grahama na Antarktydzie oddziela go cieśnina Drakea o szerokości 1tys. km. W sumie to niedaleko. W planie rejs promem. Jak będą mieli pecha, przy złej pogodzie mogą tam utknąć! Warunki cały czas kiepskie. Nie dość, że marna nawierzchnia, to jeszcze cały czas towarzyszą im mocne porywy wiatru. GS Huberta nie wytrzymał trudów i ułamała się w nim przednia szyba - co najlepiej świadczy o jakości dróg. A może motocykla? Ponownie dojeżdżają do drogi nr 40 i mają do wyboru: jechać do granicy z nadzieją, że paliwa wystarczy do najbliższej stacji na drodze nr 40 lub odbić w bok 40km, żeby zatankować. Piotrek i Konrad jadą na rezerwie, mają najmniejszy zasięg - więc decydują się nadłożyć te w sumie 80km trasy. I to była dobra decyzja, gdyż zobaczyli przy okazji urocze, górnicze miasteczko i pozbyli się stresu z tankowaniem. Za paliwo zapłacili po 2,50zł. Tymczasem reszta grupy jedzie dalej no i jest problem z paliwem. Po drodze benzyny oczywiście zabrakło bo na dystansie 300km nie było stacji benzynowej i błagajali na kolanach przejeżdżających kierowców o ratunek. Załatwili! Podobno wyszło po 20zł za litr i to z wielką łaską. Stacja oznaczona na mapie okazuje się stacją benzynową na potrzeby hotelu przy którym się znajduje i tu cena konkurencyjna - tylko 13zł za litr paliwa. Tak więc opłacało się z pewnością zrobić te dodatkowe 80km w obie strony tym bardziej, że Piotrek z Kondziem grupę i tak dogonili, a nawet na nich czekali. Gdy dotarli do Torres del Pain, które jet parkiem narodowym i zapytali o grupę motocyklową, wszyscy obecni zgromadzeni ryknęli śmiechem bo widzieli jakie problemy z kupnem paliwa miała ich główna grupa. To podobno najładniejsze miejsce jakie na tej wyprawie widzieli. Ostatecznie docierają do maleńkiej miejscowości Rio Serrano. Okolica piękna, lecz prawie bezludna i dlatego był problem ze znalezieniem zakwaterowania. Po drodze jezioro za jeziorem. Ostatecznie znaleźli nocleg. Pokoje 3osobowe po 180$ za dobę. Jest zimno, temperatura w okolicach 10st (jest środek lata), pod koniec dnia zaczęło padać, a żeby był komplet wrażeń - oczywiście cały czas wieje potężnie.Fotografie jeszcze do mnie nie dotarły, więc uzupełnię je później !




Komentarze
Prześlij komentarz