340. SOUTH AMERICA. cz. 13.
TREVELIN - COYHAIQUE
Byłem ciekawy jak chłopaki oceniają motocykle. Czy lepiej jedzie się na lekkiej Tenerce, czy na ciężkim GSie, gdyż sugerowałem zabranie motocykli lekkich. Jak do tej pory Piotrek się wypowiedział, że na Tenerce jedzie mu się znakomicie. Jego opinia ma znaczenie, gdyż jeździł i na dużych motocyklach GS 1250, KTM 1300 - więc ma doświadczenie. Do tego b. dobrze jeździ. Lekki motocykl łatwiej opanować. A tu na szutrach bywa różnie. To przecież nie tylko płaskie odcinki ale również ciasne, niewidoczne agrafki zza których nagle wyłania się wielki TIR. A tu duży może więcej i to ty musisz spierdalać na bok. Duży GS Adventure z pełnym zbiornikiem i bagażem spokojnie waży ponad 300kg i ma ogromną bezwładność. Opanowanie go na sypkiej nawierzchni nie jest łatwe. Nie mówię już o podniesieniu go w pojedynkę w razie wywrotki.
A jazda po szutrach okazuje się wymagająca, gdyż jak pisałem wcześniej droga przypomina tarkę i motocykl trzęsie niemiłosiernie. Lekarstwem na to jest zwiększenie prędkości. Najpierw motocykl wpada w rezonans i zdaje się, że za chwilę się rozpadnie, a po dalszym przyśpieszaniu się uspokaja. Tyle, że to może być prędkość rzędu 80 - 120 km/h - a wtedy jest niebezpiecznie. To nie jest równa, piaszczysta droga. Po bokach leży wałek z kamieni odrzuconych przez koła samochodów i taki sam na środku. Do tego dochodzą leżące luźno, spore kamienie. Więc trzeba nieustannie uważać, szczególnie przy wyprzedzaniu, czy wymijaniu, bo przecież są jeszcze spore dziury. To nie Islandia gdzie po szutrowej drodze jechała równiarka, a za nią polewaczka, żeby się nie kurzyło. A poza tym jak zwykle - duży może więcej i trzeba ustępować ciężarówkom.
Zdarzyły się już chyba pierwsze wywrotki, na szczęście bez konsekwencji. Mam wrażenie też, że pojawiły się pierwsze zgrzyty w ekipie. Anie do pierwszego, ani do drugiego się nie przyznają. Lucjan - wydaje się mi - że jest legalistą nie przyzwyczajonym do lekceważenia podstawowych zasad ruchu drogowego - a reszta, wychowana na zlotach, ma raczej luźny stosunek do przepisów. Byle do przodu. Cóż - muszą się dotrzeć.
Poza tym nic ciekawego. Dzień przelotowy. Po cienkim śniadanku (czyżby pani zabrała im jajka) zrobili ok. 450km z postojem na posiłki. Na najpierw drogą 231, przed Aysen skręt w drogę nr 7 i potem w 240. Zaczyna wiać. Jutro w planie jakaś wycieczka po jeziorze. Wiatr ma osiągać do 120km/h - a to już problem i to duży. Nie tylko na wodzie ale i na lądzie. Grzesiek już ich uprzedzał. Droga pół na pół: dobry asfalt - kiepski szuter, a do tego jeszcze kurz jak diabli. Chłopcy trochę już zmęczeni tym szutrem, bo jazda jest męcząca. Od stania na motorze bolą kolana, bolą ręce po paru godzinach jazdy. Do tego upał, chociaż już temperatura spada. Dziś już było poniżej 20 stopni. Najlepszą kondycję na Kondzio (zbieżność przypadkowa). Reszta już nie koniecznie, a chyba potrzebny byłby trening na parę tygodni prze wyjazdem. Ale oni jak na narty, po polsku: wstaje się od biurka, samochód i wieczorem już na stoku po rocznej przerwie.

Komentarze
Prześlij komentarz