319. OPONY ZIMOWE - TROCHĘ WSPOMNIEŃ
Jestem tak stary, że pamiętam czasy, gdy nie było opon zimowych i letnich. Były po prostu opony - jeżeli w ogóle były. Ponieważ były drogie i trudno dostępne jeździło się na oponach praktycznie tak długo jak długo było widać bieżnik, a i wtedy dalej "nadawały się" do dalszego użytku, gdyż można było je bieżnikować lub nacinać. W Polsce bieżnikowanie nie było zbyt popularne, ale w Stanach chyba tak - sądząc po ilości kawałków oderwanego bieżnika z opon ciężarówek, leżących na autostradach. Bieżnikowanie z grubsza rzecz biorąc polegało na starciu mechanicznym resztek bieżnika i zwulkanizowanie z tak przygotowaną oponą nowego pasa gumy z bieżnikiem. Ponieważ zajmowały się tym firmy rzemieślnicze - jakość i trwałość takiej opony była problematyczna. Jedynie cena była atrakcyjna jako ułamek wartości nowej opony.
Znacznie bardziej drastyczną operacją było nacinanie bieżnika w zużytej oponie. O ile - pomijając bezpieczeństwo - miało to jakiś sens w oponach ciężarowych, gdzie między bieżnikiem, a kordem jest jeszcze stosunkowo gruba warstwa gumy, o tyle np. w oponach motocyklowych nacinanie - graniczyło z lekkim szaleństwem. Ale czasami nie było innego wyjścia. Jak pojawiły się pierwsze motocykle japońskie - przez wiele lat nie było do niech serwisów i żadnych części zamiennych, nawet tych eksploatacyjnych jak opony, łańcuchy czy filtry. Trzeba było sobie radzić. Nacinanie polegało na tym, że w elektrycznej jakby lutownicy był umieszczony grot w kształcie litery V, którym po odpowiednim rozgrzaniu wycinało się paseczki gumy tworząc nowe rowki bieżnika głębokości 2-3 mm. Często aż do płótna. Oczywiście taka opona była szczególnie narażona na przebicie - a na drogach wtedy było znacznie więcej ostrych przedmiotów - chociażby gwoździ - niż obecnie. Pozwalało to na przejechanie dodatkowych 2-3 tys. km ze sporą dawką adrenaliny. Zużyta opona ze szrotu z Niemiec była przedmiotem pożądania - w Polsce wtedy sprzedawana w cenie nowej.
Opony zimowe do aut pojawiły się w Polsce pewnie ze 20 lat temu, a powszechne stały się pewnie z 10 lat temu. Dlatego "za Gierka" pomykało się często zimą na prawdziwych slickach - chociaż tej nazwy jeszcze chyba nie znano. I zimy były nie takie: były mrozy do 30 stopni i śniegi po dwa metry. Jezdnie były ośnieżone i oblodzone. I też się jeździło!
Dlatego jak słyszę, że jest horror na drogach - bo nie wszyscy zdążyli zmienić opony na zimowe - trochę mnie to śmieszy. Oczywiście nie neguję przewagi opon zimowych zimą - ale to nie jest tak, że bez nich to tylko sznur i się powiesić.
Uwielbiam jeździć zimą po białej nawierzchni. Moje recepta: im szybciej jedziesz - tym krócej trwa niebezpieczeństwo ! 😋 - ale naprawdę auto jest stabilniejsze i dąży do utrzymania kierunku. Oczywiście skutki błędu są wtedy odpowiednio większe. Ale działa tu żyroskopowe działanie kręcących się kół, które stabilizuje jazdę. Druga zasada - nie reagować na drobne uślizgi i trzymać swobodnie kierownicę. Trzecia - trening. No i znajomość kinematyki pojazdu: różnicę w zachowaniu auta przy przednim i tylnym napędzie, dociążanie i odciążanie odpowiedniej osi przy przyśpieszaniu i hamowaniu i parę innych rzeczy.
Wolna jazda niczego nie uczy poza złymi nawykami. Trzeba ćwiczyć w każdym bezpiecznym miejscu licząc się z tym, że czasami" nie wyda". Samochód sam nie wpada w poślizg !!! To my go w poślizg wprowadzamy przez zbędne i gwałtowne reakcje kierownicą na najdrobniejsze uślizgi, połączone z panicznym hamowaniem.
Najbardziej zdradliwa jest wbrew pozorom jazda po śliskim z prędkością 30-40km/h, gdy działanie żyroskopowe kół jest niewielkie, a auto myszkuje - gdyż koła ześlizgują się z każdego oblodzonego garbu na jezdni. Jak widzę takiego kierowcę zimą i do tego w kapeluszu - wiem, że można się spodziewać po nim, że za chwilę wyląduje w rowie. Co nie znaczy, że mnie się nie zdarzało !
WESOŁYCH I BEZPIECZNYCH ŚWIĄT ZA KIEROWNICĄ
JAP
Komentarze
Prześlij komentarz