241. MAROKO 2022. DZIEŃ 8. MARAKESZ - ZAGORA.

 

Rano opuszczamy Marakesz,  ale na prośbę Radka podejmujemy jeszcze próbę wyważenia koła. Radek znalazł w internecie autoryzowany serwis opon, bodajże Continental, na stronie widać wyważarkę firmy którą dobrze zna - bo handluje częściami i wyposażeniem warsztatowym -  i która powinna mieć standardowo przystawkę do wyważania kół motocyklowych. Nie bardzo po drodze, ale czego się nie robi dla kolegi. Docieramy na miejsce, wychodzi kobieta z obsługi - nie bardzo rozumie czego chcemy - woła kolegę. Stwierdzają, że nie mają wyważarki, ale tenże kolega zaprowadzi nas do serwisu motocyklowego - gdzie wyważarkę mają na stówę. Oczywiście ???     Nie mieli.  Straciliśmy tylko czas. Podobno najbliższa wyważarka w Casablance. Coś jak z tarasem widokowym z Misia.  Jest upalnie, opuszczamy Marakesz i jedziemy dalej na południe. Zatrzymujemy się za miastem na nowej stacji benzynowej, żeby napić się kawy. Jest też tam serwis opon. Kto zgadnie czy mają wyważarkę? Mają, nowiutką ale oczywiście bez przystawki. Zagaduje do nas Francuz, który podjechał na nowym GSie i twierdzi, że w Marakeszu jest przedstawiciel KTM, który na bank wyważarkę musi mieć. Może i ma, ale nie mamy już siły i ochoty wracać kilkanaście kilometrów do miasta, bu po raz kolejny się rozczarować. Trzeba się pogodzić z faktem, że w Maroku opon motocyklowych się nie wyważa. Zresztą prawdziwych, czyli markowych, ciężkich motocykli na marokańskich tablicach prawie nie widać. Pojedyncze sztuki co kilka dni. Więc nic specjalnie dziwnego.




Proponuję po raz kolejny żeby wyważyć koło samemu na ile się da, ale do tej pory mnie nie słuchali. Przecież na feldze są ślady po ciężarkach, a więc wiadomo gdzie były przyklejone i jakiej mniej-więcej wartości. Kupujemy w serwisie obok stacji pasek ciężarków, Piotrek myje benzyną felgę i na próbę przykleja 15g. Przy okazji mycia okazuje się, że uszczelka w nowym kanistrze Huberta przeznaczonym do paliwa, który mocowaliśmy mu do kufra w Marbelli  - zupełnie się rozpuściła. Ot taka ciekawostka przyrodnicza. A bańka z atestem! Wyważenia zadziałało. Potem doklejamy jeszcze kolejne 15g i okazuje się, że da się jechać. To przednie koło, więc ulga dużą.

Podążamy na południe w kierunku sławnej, najwyżej położonej bodajże w Maroku przełęczy (ok. 2200mnpm) Tizi n Tiszka.  Celem jest Zagora blisko granicy z Algierią. To ponad 400km i Francuz twierdzi, że plan niewykonalny. Droga wspina się stopniowo pod górę, ale niestety jest w remoncie. Odcinki  asfaltu rozebrane, w ich miejscu szutrowe kawałki, objazdki, światła. W pozostałym asfalcie pełno dziur. Mój TT ma krótkie skoki zawieszenia, parę razy przód mi dobija - muszę jechać ostrożnie. Na szczęście jeszcze przed wierzchołkiem przełęczy droga jest już po remoncie. Ta droga to marzenie motocyklisty. Super-nowa nawierzchnia, ostra i przyczepna, podjazdy dwupasmowe, niewielki ruch samochodów. Tylko śmigać - więc śmigamy ile odwagi starczy.  Bajka. Nawet jeżeli w Alpach są podobne trasy - to z reguły zatłoczone w sezonie. A tu pusto. Łatwo stracić głowę i przegiąć. Tu na szczęście nie ma policji - ale o niej w innym miejscu. Droga w dół też cudowna, asfalt bez zarzutu.   Maroko to przecież biedny kraj                  ( stowarzyszony z Unią Europejską - taka ciekawostka przyrodnicza) ale drogi główne w większości ma idealne. IDEALNE!!!

Dojeżdżamy do Warzazat, gdzie jest studio filmowe Atlas. Można je zwiedzać, tzn. głównie do obejrzenia są dekoracje filmowe. A kręcono tu nie byle co bo i Kleopatrę i Gladiatora dla przykładu.  Radek z Piotrem idą zwiedzać, ja pilnuję rzeczy, a Hubert jedzie w interior wzdłuż ogrodzenia studia. Musi wypróbować swego nowego KTM w off roadzie. Nie ma go dość długo, nawet za długo jak na mój gust. Nie powiedział za ile wróci - więc nie wiem czy mam się denerwować. Po jakimś czasie widzę, że w stronę, w którą się udał jadą dwa quady. Okazało się, że była to samozwańcza, amatorska grupa ratunkowa. Widzieli z oddali, że Hubert się glebnął i nie jest w stanie na zboczu podnieść motocykla z bagażami, i pojechali mu pomóc. Piękny gest. Potem Hubert opowiadał, że chciał wjechać pod wzniesienie po twardej szutrowej nawierzchni pokrytej piaskiem - ale zabrakło przyczepności, koło zabuksowało, a reszty dokonała siła ciążenia. I tak leżał jak żuczek. Wstał wprawdzie ale motocykla z bagażami nie był w stanie sam podnieść.






W tzw. międzyczasie zaczął padać deszczyk, a potem nawet deszcz. Trochę mnie to zmartwiło, ba na nas i na motocyklach było pełno brązowego pyłu, który zmieszany z deszczem na trwałe zabarwiłby ubrania i motory. Schroniliśmy się w Studio, po paru minutach przestało padać, a krople natychmiast wyschły. 

Do Zagory dojechaliśmy już o zmroku. W Maroku czas jest o dwie godziny przesunięty do przodu, a im dalej na południe - tym zachód słońca jest coraz wcześniej. Na stacji benzynowej przyczepił się od nas gość w terenówce - jak to u nich w zwyczaju  - i proponował hotel. Auto miał oklejone reklamami samochodowymi, okazało się, że prowadzi serwis samochodów terenowych, nawet zaprowadził nas pod jego bramę i na pytanie już standardowe na tej wyprawie: czy wie gdzie można wyważyć koło w motocyklu, odpowiedział niestandardowo, że wie, a nawet sam je jutro rano wyważy. No to super. Potem jeszcze pojechał za nami pod nasz hotel, proponował swój, jakieś atrakcje na pustyni, etc. Ja już wiedziałem jako naturalizowany (prawie) Marokańczyk, że to naciągacz. Nawet założyłem się z chłopakami, że nie ma on żadnej wyważarki.

Wieczór zakończyliśmy przy piwku nad basenem hotelowym. Kąpieli nie było - woda zimna mimo, że to już Sahara .Nie było też za gorąco - wbrew oczekiwaniom. Przed wylotem obiecywano ponad 30st. Było ok. 16 - 18.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1