240. MAROKO 2022. DZIEŃ 7. WODOSPADY OZOUD - MARAKESZ

 Rano śniadanie hotelowe i jedziemy zobaczyć wodospady. Zatrzymujemy się na ostatnim parkingu, zaprasza nas starsza kobieta. Widać tablicę z napisem: Cascades 2 min. Totalna ściema. Jak to w Maroku.





Wodospady Ozoud znajdują się za miastem Beni Mellal, koło miasteczka Azilal. Podobno drugie co do wielkości w Afryce  po Wodospadach Wiktorii. Co do wysokości (ok. 130m spadku) - bo wody w nich znacznie mniej niż w tych pierwszych. Nawet po deszczach, gdy zdarzyło mnie się tam być z Markusem. Zajeżdżamy na prywatny parking, bezpłatny ! Syn właścicielki zaraz ustanawia się naszym samozwańczym  przewodnikiem i prowadzi w dół,  do miejsca widokowego. Dla mnie nie była to najlepsza decyzja - bo po pierwsze byłem tam kilka razy. Zrobiło się gorąco, niedawno padało - więc jest duszno - a idzie się po gliniastym podłożu - więc chwilami ślisko. Zejście jest bardzo nierówne i strome. Na parkingu była informacja:  dojście 2 minuty. Ale chyba do początku ścieżki, bo do 2/3 drogi idzie się mniej więcej 20 minut. Po drodze kilka "barów". To znaczy wbity w ziemię parasol, jakieś b. brudne dwa krzesła, stolik i skrzynka z napojami. Zatrzymujemy się na trochę lepszym miejscu z tarasem widokowym. Bierzemy świeży sok pomarańczowy do picia. Odpoczynek. Chłopcy idą jeszcze w dół - ja zostaję , odpoczywam. Mam swoje lata, boli mnie kolano od kilkunastu dni i zejście w dół nawet do tego miejsca  nie było najlepszym pomysłem. Jest jeszcze przed sezonem, więc inne atrakcje jeszcze nieczynne. Jak byliśmy tu z Markusem, pontonem popłynęliśmy w pobliże spadku wody, potem na drugą stronę rozlewiska i weszliśmy po zboczu na drugiej stronie do restauracji ze stolikami na tarasie z pięknym widokiem na wodospad. Tam też jedliśmy obiad z tego co pamiętam. W powrotnej drodze od tej restauracji, którą się okrąża wodospad, na gałęziach można spotkać małpy - jedną z  atrakcji tego miejsca.

Powrót pod górę wyczerpujący. Trochę zostaję z tyłu, odpoczywam co jakiś czas bo serce mało mi nie wyskoczy z piersi (oj, chyba wieńcówka się odzywa) i zastanawiam się po kiego grzyba tam schodziłem - skoro wiedziałem co mnie czeka. Na parkingu robimy foty ze staruszką - właścicielką.  Można skorzystać z WC i komu w drogę....

Dojeżdżamy do dzisiejszego celu wyprawy, do Marakeszu. Miasto znane na całym świecie jako atrakcja turystyczna, głównie z Placu Straceń - czyli El Fnaa. Kiedyś z Piotrem na wcześniejszej wyprawie nocowaliśmy w hotelu nie najwyższych lotów ( gdzie nie dano nam obiecanego śniadania) - ale za to położonym blisko Placu. I miał swój podziemny garaż.  Garaż lub parking to był podstawowy wymóg dla wyboru hotelu. Nie pamiętaliśmy nazwy, ale sądząc po położeniu na planie miasta w Googlach wybraliśmy jeden z blisko położonych - to powinien być ten!  Prowadzi Radek - jak zwykle - cel nastawiony w Google Maps. Nawigacja prowadzi nas przez coraz węższe uliczki, przez medynę i częściowo przez bazar. Uliczki mają po 2 metry szerokości, niektóre węższe i w dodatku obstawione straganami. Co chwila zdaje nam się, że utkniemy na dobre. Ludzie o dziwo nie złorzeczą, usuwają się bez protestów, zabierają nam z drogi wieszaki z ubraniami i maty z rozłożonym towarem. W końcu utykamy na dobre. Ciasny zakręt, ledwo się można w niego wpisać, a z przeciwka jadą dwa dostawcze trójkołowce, które zabierają prawie całą szerokość uliczki. Do tej pory zastanawiam się jak w tych warunkach udało nam się z nimi wyminąć, ale się udało. Ktoś się cofnął, ktoś się usunął, ludzie pomogli manewrować i się minęliśmy.                               W końcu dojeżdżamy pod sam hotel. Już widzę, że to nie ten. Radek idzie na zwiady. Miejsca są - ale parkingu nie ma. Idą z Piotrem piechotą sprawdzić inne  pobliskie hotele. Wszędzie to samo. Cały misterny plan - w pizduuuuu!!! W końcu decydujemy się na porządny hotel na przedmieściach. Hotel fajny, bardzo przestronny, z charakterystycznym, marokańskim wystrojem, przyjemne pokoje. Krótki odpoczynek i jedziemy taxi na El Fnaa. Już jest szarawo, już powinno być ciekawie. Ale nie jest! Ludzi mało, straganów z jedzeniem jakby mniej, nie widać zespołów z głębi Afryki, które zwykle muzykowały na tym placu. Nie widać opowiadaczy bajek. Nie ma dentysty, który na rozłożonym dywaniku świadczył swoje usługi - głównie rwanie zębów - bo przecież nie leczenie zachowawcze. Ogólnie marnie jakoś. Idziemy na taras jednej z restauracji, z którego jest widok na Plac. Tych tarasów z każdym rokiem przybywa. W restauracjach wokół Placu są dobudowywane kolejne piętra. Kiedyś to musi runąć. Przy stoliku strasznie ciasno, bo są maksymalnie stłoczone. Zamawiamy tajiny ( tażiny). Ja tradycyjnie z kurczakiem - bo zakładam, że to najbezpieczniejsze danie - przynajmniej do zidentyfikowania surowca wyjściowego. Jest twardy, niesmaczny, przyprawiony zbyt mocno. Nie jestem fanem kuchni marokańskiej, która zbiera zawsze pochwały - chyba, że w dobrej, czystej restauracji. Bo z reguły jest brudno, naczynia niedomyte, etc. Jem bo muszę, ale zwykle z obrzydzeniem. Inna rzecz, że jestem wybredny i wielu rzeczy nie lubię: papryki - podstawy kuchni orientalnej, przyprawy curry, ogólnie warzyw. Do dziś odbija mi się polewka serwowana w Himalajach z zielonej soczewicy, dla której przyjęła się na tamtej wyprawie moja autorska  nazwa: green shit.  Schodzimy na dół, obejść jeszcze raz plac. Właściciele kramów z jedzeniem są natrętni, niektórzy zabawni. Jak się orientują, że my z Polski ( wiedzą to od razu i bez pytania )  lecą od razu teksty: Lewandowski, dobra dobra dupa z bobra, wódka za darmo i jebać pis. Hubert zamawia szaszłyk. Jest tani, ale malutki i niesmaczny. Trochę zdegustowani wracamy do hotelu. Radka namawiają do zajęcia miejsca na stoisku z napojami. Zakładają mu czerwony fez z frędzelkami. Wygląda stylowo.














Od 2005 roku, gdy byłem tu pierwszy raz Marakesz bardzo się zmienił i to niestety na gorsze. Stracił wiele na swym kolorycie i stał się niezwykle komercyjny. Tylko natręctwo takie samo. Za zrobienie ukradkiem foty z kobrą czy małpą na trotuarze, bez pozowania zaraz domagają się zapłaty. Wypatrzą aparat z kilometra i są nachalni. Drogo i kiepsko. Mamy jeszcze zapasy alkoholu z promu więc pocieszamy się w hotelu. 

Trasa ok. 400km

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1