238. MAROKO 2022. DZIEŃ 1 - 5. MARBELLA - WAZAAN
Dziś nad ranem wróciłem i siadam do spisania relacji na gorąco.
Skład: Piotrek - Gs 1250, Radek - KTM 1290, Hubert - KTM 890, ja - Triumph Tiger 800.
Jak pisałem wcześniej przed wyjazdem pełno było przeszkód i niespodzianek, i do ostatniej chwili praktycznie nie było pewności, że wypali. Właściwie to już byliśmy pogodzeni z tym, że będzie to wyprawa po Hiszpanii, ew. jeszcze po Portugalii. Bilety na samolot do Malagi mieliśmy wykupione na 19.04.22 i w tym dniu otworzyło się Maroko dla turystów zmotoryzowanych !!! To szczęśliwy zbieg okoliczności. Ale był wielki problem z transportem mojego motocykla. Ich motocykle były w Hiszpanii już od kilku tygodni, mój miał dotrzeć transportem Mototurist tuż przed Świętami Wielkiejnocy. Najpierw transport spóźnić miał się o jeden dzień z powodu awarii samochodu. I rzeczywiście kolejnego dnia przyjechał pracownik Artura - Lubosz, załadował mego sprzęta i pojechał w trasę. Nie Iveco jak zwykle lecz awaryjnie Audi Q7 z lawetą i dopiero po odebraniu Iveco z serwisu miał być przeładunek. Potem okazało się, że Audi też miało awarię ale serwis w tzw. międzyczasie zdążył naprawić Iveco, które ruszyło w trasę z motocyklami. Niestety okazało się, że po przejechaniu kilkuset kilometrów Iveco znowu stanęło i utknęło ponownie w serwisie. Był to już jednak Wielki Piątek i auto musiało czekać na naprawę do wtorku - czyli do 19.04. - do dnia naszego lotu. Już było wiadomo, że będą komplikacje. Laweta wiozła jeszcze inne motocykle i wyobrażam sobie co się musiało dziać na łączach telefonicznych Artura. Firma Mototurist działa w pełni legalnie, CMRy, tachometry, pauzy kierowcy, etc - więc podróż trwała znacznie dłużej, niż technicznie było to możliwe.
Mieliśmy zarezerwowane dwa noclegi w Marbelli, bo tam czekały motocykle Radka i Piotra. Huberta KTM czekał w na niego w Maladze - mój miał dojechać do Marbelli. Żeby nie przedłużać: po wielu perypetiach mój motocykl dotarł dopiero w piątek późnym popołudniem i ruszyliśmy pełni nadziei - że limit nieszczęść się wyczerpał - dopiero w sobotę rano. Najpierw ok. 150km do Tarify do terminala promowego. Nie wszystkie promy kursowały, więc musieliśmy zaczekać do godziny 13tej. W czasie oczekiwania pojechaliśmy na kawę do pobliskiej kawiarni. Było słonecznie, ale wiało dosyć mocno. W końcu wjechaliśmy na prom, obsługa zajęła się mocowaniem motocykli. Są do tego przygotowani, maja odpowiednie pasy, kliny pod koła, nakładki na siedzenia.. My udaliśmy się na górny pokład. W czasie rejsu - który trwa niecałą godzinę - trochę bujało, obsługa wydała stosowne torebki po czym pierwsi pasażerowie zaczęli z nich korzystać.Pod koniec rejsu pojawiło się na pokładzie dwóch urzędników marokańskich, którzy wyjęli przenośne biura i dokonali odprawy paszportowej jeszcze w czasie rejsu. Jest to doskonałym pomysłem - bo po zjeździe z promu jest już tylko szybka odprawa celna w Tangerze. Każdy dostaje karteczkę wielkości wizytówki, która jest chyba potwierdzeniem odprawy warunkowej na pojazd. I trzeba jej pilnować jak oka w głowie. Wiele się zmieniło od czasu mego pierwszego pobytu w 2005 roku, gdy w Ceucie stało kilka kontenerów i chodziło się od jednego do drugiego zbierając tajemnicze pieczątki. Zaraz za granicą pojawił nam się pierwszy naganiacz, który zaoferował wymianę EUR na dirchamy. Kurs 1:10. Trochę niższy niż rynkowy ale niech chłopina coś zarobi. W Marakeszu w kantorze wymiana 100EUR = 1046 DIR. Bilet na prom w obie strony 1 osoba z motocyklem to 232 EUR. Dwa lata temu było taniej. Ok. 150 bodajże. Zresztą to zależy skąd i dokąd się płynie. Można z Algeciras do Ceuty lub jak my z Tarify do Tangeru. Na promie jest sklep bezcłowy w którym można kupić alkohol i kosmetyki. Jest też bar w którym można dostać coś do zjedzenia i napić się kawy. Po drugiej stronie cieśniny - już w Afryce - byliśmy ok. 16tej. Zaczęła się prawdziwa wyprawa!
Początkowo w/g planu mieliśmy ruszyć w Góry Rifu wzdłuż południowego wybrzeża Morza Śródziemnego, ale z uwagi na silny wiatr - który utrudniałby jazdę wzdłuż klifowego wybrzeża - zmieniliśmy plany i zaczęliśmy objazd Maroka w drugą stronę. A więc z Tangeru na południe do Tetuan, potem Szafszawan. W Szafszawan szukaliśmy opisywanych we wszystkich przewodnikach błękitnych domów - ale nie było ich zbyt wiele. Zabrnęliśmy za to w tak wąskie uliczki w medynie, że nie było jak zawrócić i się wycofać. Dalej do Wazaan i tam pierwszy nocleg. Pościel w hotelu nie była pierwszej świeżości, więc mniej odporni spali w ubraniach !
W okresie naszego pobytu był ramadan - czyli okres miesięcznego postu muzułmanów. To niezbyt sprzyjający okres na podróżowanie, gdyż do zachodu słońca restauracje są nieczynne. Otwarte - ale nieczynne - praktycznie w ciągu dnia nie sposób coś zjeść, a nawet napicie się kawy nie jest proste. Handel niby się odbywa, ale sklepy spożywcze w zasadzie nie pracują. Ramadan skończył się w dniu naszego wyjazdu z Maroka tak, że cały nasz pobyt związany był z trudnościami zaopatrzeniowymi. Na szczęście byliśmy przygotowani i mieliśmy ze sobą konserwy i zupki. Kuchenkę gazową.
Trasa ok. 340km





Komentarze
Prześlij komentarz