227. MOTOCYKLE Z KOSZEM

 A skąd mi się wzięła ta historia?  Otóż przypomniałem sobie ostatnio, że mój ojciec  w latach pięćdziesiątych trzymał w szopie bombę lotniczą  (oczywiście rozbrojoną)  z której miał zrobić boczny wózek do motocykla. Nigdy zresztą tego pomysłu nie zrealizował. Bomba musiała być jedną z większych: miała ok. 2m wysokości  (gdy stała pionowo na lotkach) i miała z 60 - 70 cm średnicy. Świetny materiał wyjściowy do budowy. Wystarczyło dorobić zawieszenie i mocowanie oraz wyciąć otwór dla pasażera i zrobić mu siedzenie.  W tych latach wielu rzeczy nie można było kupić i pomysłowość motocyklistów w tym aby utrzymać przy życiu swoje maszyny lub je zmienić po prostu nie miała granic. Z tego okresu, który przecież doskonale pamiętam pozostało i u mnie przyzwyczajenie, żeby wielu rzeczy nie wyrzucać: bo może się przydać. I nawet obecnie, gdy w zasadzie wszystko można kupić - ta zasada u mnie działa. Nie wyrzucam żadnej sprężynki, gromadzę nietypowe śrubki, plastikowe elementy, które kiedyś mogą być podkładkami czy dystansami.  Jakieś tulejki, nietypowe podkładki, przełączniki, złączki, itp. I często mi się przydają. Rzadko się zdarza, by w sytuacji gdy potrzebuję jakiegoś nietypowego elementu - w moich zasobach się nie znalazł. Tylko moi spadkobiercy będą mieli kiedyś problem, gdzie to wszystko wyrzucić.

Boczne wózki , kiedyś zwane raczej  "koszami" pojawiły się bardzo wcześnie, prawie tak dawno jak same motocykle. Mówi się, że taki zestaw ma wszystkie wady motocykla i samochodu jednocześnie, tzn. pada w nim na głowę w czasie deszczu, jest mokro i zimno, a jednocześnie jest tak szeroki jak samochód - co uniemożliwia przeciskanie się w korkach.

Te wózki boczne były konstruowane z różnych materiałów. Najbardziej oryginalne chyba były wyplatane z wikliny jak koszyki.  Pewnie ze względu na mały ciężar. I stąd może wziął się termin, który powoli wychodzi z użycia:  "motor z koszem".  W wózku można było przewozić pasażera, czasami dwóch, bagaże. Służyły do turystyki, dojazdów do pracy, handlu. Pracowały na poczcie i w policji. To prawie niezrozumiałe jak dawały sobie radę z nimi motocykle, które przed wojną legitymowały się mocami na poziomie ok. 20KM. Inna rzecz, że miały z reguły silniki dużych pojemności i z ogromnym momentem obrotowym. A drogi w większości były gruntowe. Nigdy nie były za bardzo popularne - najbardziej chyba przed wojną - a ich ceny zbliżały się do wartości popularnych samochodów.

Polskim przedwojennym motocyklem który sprzęgano z wózkami bocznymi był legendarny już Sokół 1000. Z widlastym dwucylindrowym silnikiem, z przeniesieniem napędu łańcuchem. Jego poprzednikiem były motocykle CWS - też o pojemności 1000cm. Jedną z ciekawostek tych konstrukcji były pompki olejowe umieszczone na zbiorniku paliwa, przy pomocy których trzeba było co jakiś czas wstrzyknąć naciskając na tłoczek jak w strzykawce - porcję oleju do smarowania silnika.  Powojenny Junak również był przystosowany do wózka i fabryka wypuszczała takie gotowe zestawy.

Wojskowe motocykle z wózkiem często miały napęd na koło wózka, a co za tym idzie mechanizm różnicowy i blokady napędu. Legendarnym przykładem takiego motocykla  było BMW Sahara. W ZSRR też produkowano na potrzeby wojska M-72,  K-750,  Dniepry i Urale z wózkami bocznymi.

Obecnie zestawy z wózkami bocznymi są już bardzo rzadkie i stanowią raczej ciekawostkę dla fanów takiej jazdy. Profesjonalny zestaw ma zmienione przednie zawieszenie - z reguły na wahacz, zmniejszoną średnicę przedniego koła i jest potwornie drogi.

Technika jazdy motocyklem z wózkiem jest zupełnie inna niż motocyklem solo. Pisałem już kiedyś o tym wcześniej.  Jazda jest raczej męcząca, gdyż praktycznie nieustannie trzeba korygować tor jazdy. Wózek stawia niesymetryczny opór i ciągnie na swoją stronę. Ten opór jest korygowany wprawdzie ustawieniem zbieżności z motocyklem - skierowany jest lekko w lewo żeby ten opór równoważyć - ale kierownicy raczej puścić nie można.

Przed laty wprowadzono modyfikacje w takich zestawach, Harley jako pierwszy bodajże. Polegały na tym, że kosz zawieszony był wahliwie i pochylał się w zakrętach razem z motocyklem. Pozwala to na szybsze pokonywanie zakrętów. Jechałem kiedyś za parą motocyklistów.  W ich  motocyklach było to rozwiązane w bardzo prosty (tak mi się wydawało) sposób. Kosz utrzymywał się praktycznie pionowo, ale motocykl się pochylał. Rozwiązanie na pierwszy rzut oka wydawało się proste. Po silnikiem motocykla biegła wzdłużnie rura, do której na obejmach w dwóch punktach jedynie przymocowany był kosz. W ten sposób motocykl ciągnął wózek, a jednocześnie mógł się pochylać. Tradycyjne mocowanie kosza, szczególnie w wojskowych motocyklach jest czteropunktowe. W starych BMW np. były to dwa punkty mocowania nisko i dwa wysoko (przy główce ramy i pod siedzeniem). Nisko przy ramie były dwie kule jak w haku samochodowym na których zaciskało się dwie obejmy mocowane do przyczepy - coś jak w ołówku automatycznym. To służyło do sprzęgnięcia zestawu i regulacji zbieżności wózka z motocyklem. Górne mocowania szły od dołu wózka, do góry motocykla w formie zastrzałów i służyły do regulacji pochylenia wózka względem motocykla.

Sam miałem kilka motocykli z koszem: BMW R-12, i drugie R-11, potem M-72 i K-750. Jeździłem zresztą na nich głównie solo. Miałem też czerwoną Jawę 350 z wózkiem Velorexa. Wózek był piękny, z włókna szklanego, z zamykaną kabiną i bardzo lekki. Tak lekki, że trzeba było bardzo uważać, żeby na prawym zakręcie go nie podnieść i wywrócić.  Kupiłem go w bardzo nietypowy sposób. Jechałem autem do pracy, a przede mną pomykało dwóch gości na nowiutkiej Jawie z wózkiem na ruskiej rejestracji. Zatrzymałem ich i spytałem po angielsku:" na prodanje. Da! - odrzekli,  pojechali za mną do domu i  "pradali". Wózek był więcej wart od motocykla.  Po dwóch latach sprzedałem go i był dalej prawie nowy. Młody właściciel, któremu przekazałem instrukcję techniki jazdy widać "nie ogarnął" zaraz na drugi dzień zawinął się nim na drzewie. Jazda z wózkiem nie jest prosta. Wiem coś o tym.

Komentarze

  1. Ciekawi mnie tylko ile ta skorupa po bombie mogła ważyć. Pomysł super, szkoda że niezrealizowany. To by był przebój: pojeździć sobie w bombie.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1