149. TOSCANIA cz. 1 DOJAZD ZAKWATEROWANIE.

Wyprawa do Toscanii była trochę improwizowana, gdyż mieliśmy jechać z grupą moich znajomych i nie zajmowalibyśmy się logistyką.  W ostatniej chwili trzeba było zmienić plany, bo okazało się, że nie ma jednego auta, które miało ciągnąć przyczepę z naszymi motocyklami.

Szybka decyzja: TOSCANIAHiszpania - za daleko na krótka wyprawę, w Alpy - może być już zimno i śniegi w wysokich partiach, Rumunia już się trochę znudziła. Zatem Włochy. Jednym z argumentów było to, że z Wiednia do Livorno  (ok. 800 km) można dojechać pociągiem Nightjet, a więc zaoszczędzić jeden dzień dojazdu, gdyż pociąg jedzie nocą.  Można się przespać i rano ruszać od razu w trasę. Tuż przed wyjazdem okazało się, że jest problem z biletami. Powrotnych wcale już nie ma (do listopada!), a do Livorno są tylko miejsca siedzące. W dodatku w dwóch różnych przedziałach. Nie ma  wyboru.

Jest jeszcze jeden problem. W/g pierwotnego planu start miał być w sobotę nad ranem, a teraz pociąg mamy w piątek po 18tej. Niby nic strasznego, ale Radek potwierdził swój udział w weselu, na które został zaproszony wraz z córką. Na czwartek!  Tak, tak. Odrabiamy zaległości i wesela odbywają się już nawet w czwartki ! A my w piątek na 18tą mamy być w Wiedniu. Pogoda też nie za specjalna, spodziewamy się po drodze deszczu, nawet nawałnic - więc trzeba wystartować z zapasem czasu. Start o 6tej rano z Ciechanowa, więc wesele dla Radka siłą rzeczy w wersji short program.

Radzio dojeżdża na 6.30 i ruszamy. Jest dosyć zimno i wilgotno, ale nie pada. Pierwszy etap Valtice przy granicy z Austrią. Tam jemy obiad w naszej restauracji Valticka Rychta. Polecam. Pełno rowerzystów, dziesiątki ja nie setki. Do jakieś święto winobrania. Dosiadamy się do stolika, bo pełno. Tradycyjne knedliki z gulaszem i małe piwko. 

 Do Wiednia mamy już rzut beretem, ok. godziny jazdy. Nie lubię dojazdu na ostatnią chwilę, bo nawet na dystansie 70km może się coś wydarzyć: korek, guma, policja, itp. Ale czasu mamy sporo. Dojeżdżamy na dworzec, kierują nas ku rampie, a tam szok. Jest ponad sto motocykli ! Kilka razy już podróżowałem w ten sposób, min. z Berlina, ale motocykli zwykle było kilkanaście. Samochodów też sporo. Nic dziwnego, że z biletami był problem. Jakoś tak wjeżdżamy w ten tłum, że znajdujemy się blisko czoła. Załadunek. Motocykle na dolny pokład, auta na górny. Radek wjeżdża przede mną. Pojawia się nieoczekiwany problem. Szyba jego motocykla nie mieści się pod pokładem. Brakuje ze dwa centymetry wysokości. Facet z obsługi uciska szybę i jakoś wjeżdża. Na środku lory jest na szczęście lekkie obniżenie. Za nim wjeżdżam ja. Jest naprawdę nisko. Jestem w kasku, mam podniesioną przyłbicę i czuję jak ociera się o sufit. Nie mogę się bardziej pochylić, bo mam przed sobą tank bag. No to już po szybie sobie myślę. Na szczęście przyłbica razem z szybą wywinęła się na tył kasku i nie uszkodził się w najmniejszym stopniu. Załadunek trwa dosyć długo. Każdy motocykl ma blokowane koła takimi blokadami ustawianymi na podłodze i jest wiązany na sztywno pasami w trzech punktach. To robią profesjonalnie i nic im raczej nie grozi. Potem trzeba się przebrać na czas jazdy pociągiem, pomyśleć i zabrać co będzie potrzebne - bo już poprawić się nie da. Kufry zostają na motocyklach. Po załadunku, czeka się jeszcze, aż przetoczą lawety i podepną do składu pociągu. Jest sporo czasu. Rozmawiamy z dwoma chłopakami z Tomaszowa Maz.: Markiem I Jankiem, którzy jadą na Sardynię i Korsykę. Są przygotowani na traperkę, tzn. namioty, etc. Marek początkujący na Africe, Janek doświadczony na GSie. Kazachstan i te kierunki już ma za sobą. Miło nam się gawędzi,  umawiamy się na dalszą rozmowę w pociągu. Miejsca siedzące wcale nie są takie złe, bo przedziały są wprawdzie 6 osobowe, ale mają być tylko po trzy osoby, a siedzenia się rozkładają do spania. Ludzie łażą po przedziałach, szukają lepszych miejsc lub towarzystwa. Konduktor sprawdza kody QR o szczepieniach. Ruszamy. Idziemy z flaszką do nowych znajomych. W przedziale z nimi jest jeszcze jakiś młody - okazuje się student medycyny.  Rozmowa toczy się wartko, każdy opowiada o swoich przygodach, polewamy gęsto - również studentowi - który "zasadniczo nie pije" i zastanawia się co powiedzą rodzice jak go zobaczą. Impreza kończy się dobrze po północy. Wracamy z Radkiem do przedziału, w którym do tej pory byliśmy sami, a tam - dwoje pasażerów z wielkimi tobołami.    Chrapanie ma też swoje zalety. Podobno po kilku minutach moich wydechach, obydwoje wynoszą się z przedziału.  Jest całkiem wygodnie. Dopiero koło 5tej nad ranem obudziłem się stwierdzając, że śpię na nie do końca rozłożonych fotelach i trochę wiszę w powietrzu między nimi.

Na miejscu w Livorno jesteśmy po ósmej, trochę trwa rozładunek. Żegnamy się nowymi znajomymi i w drogę. Z Livorno na kwaterę mamy ok. 200km, to są okolice Arezzo i Cortony

Nie śpieszymy się.  Chłopaki mają prom na Sardynię dopiero koło 18tej - więc jadą z nami do Pizy.  To jakieś 50km od Livorno i na północ, więc pasuje zajechać tam w drodze na kwaterę.  W mieście gubimy się w poszukiwaniu parkingu i katedry. Ponieważ byłem tu już kilka razy i trochę się orientuję w mieście - wraz z Radkiem docieramy najbliżej jak się da placu z katedrą i Krzywą Wieżą. Parkujemy w ostatniej poprzecznej uliczce 50m od placu. Oczywiście jakiś czarnoskóry, którego chyba nawet kojarzę z wcześniejszych pobytów, usłużnie wskazuje nam miejsce do parkowania ( które sami znaleźliśmy )  i deklaruje opiekę nad motorami. Na placu tłumy. Nie takie jak latem, w sezonie, ale tłumy. A to już przecież koniec sezonu w najlepszym razie. Wszyscy robią sobie i innym najbardziej banalne zdjęcia na świecie, takie. z wyciągniętymi rękami, które "podtrzymują " wieżę, aby nie upadła. Jest nawet kolejka do lepszych stanowisk. Odnajdujemy się z chłopakami, wspólne zdjęcie na pamiątkę spotkania i żegnamy się.  Jeszcze woda mineralna i kawa w kawiarni na ulicy i w dalszą drogę. Oczywiście samozwańczy opiekun parkingu upomina się o zapłatę.  Dostaje 1 EUR na odczepnego i ruszamy .Zawadzamy o Sienę, oglądamy  ( z zewnątrz) duomo - czyli katedrę pomalowaną w charakterystyczne pasy i zjeżdżamy w kierunku na południe. To w Sienie odbywają się słynne końskie gonitwy reprezentacji dzielnic miasta. Po drodze mamy jeden z piękniejszych widoków toskańskich na drodze 438 między Siena a Asciano na mapie oznaczony jako  Le Crete. Droga w tym miejscu biegnie po wzgórzu, jest piękny widok na zaorane pola, pagórki, kilka gospodarstw i wijącą się drogę. Jest miejsce widokowe z parkingiem. Jak na landszafcie - tak słodko. 

Kwatera nasza jest na wysokości miejscowości Sinalunga, ale na zachód, po drugiej stronie autostrady. Większe miasto w pobliżu to Cortona. Tego miejsca nie ma nawet na mapie. Docieramy już o zmroku. Czeka na nas Kristina, która odbiera kaucję (300 E) i informuje o opłatach "miejscowych" - coś jak nasze "klimatyczne". I jeszcze opłata 75 EUR za sprzątanie. Koszty się mnożą jak króliki!   Dojazd drogą szutrową dobrych kilka kilometrów. Najbliższy sklep 5 km, pizzeria 7km, a market coś koło 15km. To prawdziwe toskańskie gospodarstwo, z dojazdem alejką z cyprysami, bramą, winnicą, itp. Jest też spory, podświetlany basen. Jest tu jeszcze jakaś para z małym dzieckiem i nikogo więcej. Nikt to poza nami tu nie mieszka.  Do dyspozycji mamy część piętra: dwie duże sypialnie, salon z aneksem kuchennym i łazienkę. Stare stylowe meble. Belki na suficie, kominek i tv. WiFi.   Dobrze, że mamy jakieś zapasy , bo już nic nie dałoby się kupić.

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1