137. RUMUNIA ... cz.2
Rano, po śniadaniu mamy startować. W jadalni zwracają nam uwagę, że nie mamy maseczek! Jedno ze spostrzeżeń z wyprawy jest takie, że Rumuni bardziej (o dziwo!) stosują się do obostrzeń niż Polacy w Polsce. Kilka razy mieliśmy z tym problem.
Ale to nie koniec problemów. Przed hotelem, gdy mamy już ruszać - Sławek melduje, że nie działa mu ogrzewanie manetek i nie ma prądu w gniazdku zapalniczki, potrzebnego do ładowania telefonu w czasie jazdy, żeby korzystać z Googla. Na razie jest słonecznie, zabieramy się za szukanie przyczyny. Podejrzenie pada oczywiście na spalony bezpiecznik. Dostajemy się do bezpieczników. Wszystkie wyglądają na dobre. Nie widać też by oba (akcesoryjne) urządzenia były do nich podpięte. No to pewnie jest osobny bezpiecznik, tylko pytanie gdzie? Zakładał mu to elektryk, może będzie pamiętał? Sławek dzwoni do niego. Nie pamięta. Więc szukamy. Dostęp jest beznadziejny, znajdujemy kable zasilające, a po nich docieramy do sporego zgrubienia na fabrycznych przewodach. To pewnie tu. Trzeba odwinąć izolację, która już się zwulkanizowała i uważać przy tym, żeby czegoś nie urwać, bo trzeba wyciągać siłą jej fragmenty. Łatwo się pokaleczyć. W końcu udaje się jej pozbyć. Niestety to tylko kostka do której podpięta jest zasilanie - a bezpiecznika nie ma. Może jest pod deską rozdzielczą, ale nie mamy narzędzi żeby ją odkręcić. Odpuszczamy.
Współczuję Sławkowi, bo chwilami jest naprawdę zimno. Ja często włączam ogrzewanie, chwilami na maxa. Korzystamy z mat grzejnych na piersi. Chociaż Sławek chwilami grzeje nimi jajka. Uprzedzam go. Oj! Będą zbuki. Czekam kiedy nagle podskoczy w górę, jak przez mokre ubranie dostanie kopa prądem po jajach. To jednak delikatna część ciała. I dosyć ważna! Widać nie dla wszystkich. Każdy chyba to stwierdził; w czasie deszczu, żeby nie wiem jak się zabezpieczać - krocze zawsze jest mokre.
Przez ten czas oczywiście zaczęło padać. Jest blisko południa. Jesteśmy w niedoczasie. Odpuszczamy. Ruszamy na północ drogą nr 1 C na Dej, a potem 17 D na Nasaud (zostaje z boku) i Moisei. Na tym odcinku są roboty drogowe na kilkunastu kilometrach i jak to w Rumunii, droga jest rozebrana do podłoża. A, że popaduje jest błotnisto. W Moisei odbijamy na wschód, drogą nr 18 na Borsa. Od tego miejsca zaczyna się super jazda.. Jedziemy nią do drogi E 68 ( 17A) - kierunek Sucevita. Też jest bosko. Jednakże za miejscowością Sadova dobry asfalt kończy się i zaczynają się wyboje. Jedziemy jeszcze kilka kilometrów, ale nie ma poprawy. Zawracamy i kierujemy się do Vatra Dornei drogą E 58. Zaczyna bardziej padać - starczy na dziś. Szukamy noclegu. Nocowałem tu kilka razy w pensjonacie za miastem na wzgórzu, ale okazuje się, że mają wesele. Nie ma miejsc. Pada, szukamy pośpiesznie noclegu na Bookingu. Jest! Dobra cena 190 lei za dwójkę. Poganiam Sławka: klep, jest OK. Klepie. Po sprawdzeniu okazuje się, że to 140km od nas. Musimy zrezygnować, kasa przepadła. Co nagle.... Szukamy innego. Jest w Vatra D. apartament: dwa pokoje z kuchnią dla 4 osób, ale już za 270 i bez śniadania. Pada na łeb - więc bierzemy. Po drodze jeszcze zakupy w Lidlu, na rano na śniadanie. Pensjonat taki sobie. Czyto, ale w pokoju jest tv, za to nie ma żadnego stolika , czy krzesła. Rzeczy leżą na podłodze. Jakoś dziwnie.




Komentarze
Prześlij komentarz