88. 2020. PECHOWE SPOTKANIE W KUDOWEJ ZDROJU
Jesienią 2020 Hubert z Magdą zaproponowali spotkanie dla przyjaciół w Kudowej Zdroju. To super, że są osoby, którym się chce. Na początku mojego uczestnictwa w Rajlawen*** organizowaliśmy z Jolą dwa co najmniej spotkania, ale potem czekaliśmy na przejęcie inicjatywy przez innych. Raz robiliśmy imprezę w wiejskiej chacie w Broku nad Bugiem, raz w zajeździe Pazibroda pod Makowem Maz. Piotr też organizował ze dwa spotkania u siebie jak nabył swoją posiadłość na skraju Puszczy Kampinoskiej. Było też spotkanie w Spale które organizował Marek. A potem duch w nardzie upadł. Impreza w Broku była na cztery fajery, łącznie z paleniem gumy na sali. Rozbawił nas właściciel, który mówił, że to nic - rano się wytrze. Nie wiedział, że nie ma takiej możliwości żeby to się dało zetrzeć. Ale jak mówi mój znajomy: jak się bawić - to się bawić; drzwi wyje... - nowe wstawić!
Mamy spotkać się w Kudowej. Jestem umówiony ze Sławkiem na zjeździe z autostrady w Wiśniowej Górze. Mój GPS po drodze zwariował, musiałem go wyłączyć i jeszcze zjechać z trasy gdzieś koło Bełchatowa, bo kończyło mnie się paliwo. Przez to długo nie mogliśmy się znaleźć, w końcu jakoś się udało, ale straciliśmy ze dwie godziny na wzajemne szukanie się. Pomykamy szybko, bo zrobiło się późno ale ciekawie, bo przed Kudową zaczynają się fajne zakręty. Sławek pierwszy, prowadzi. On na Kawie Z 1000, ja na Tigerze 800. Droga fajna, ale i ruch spory. Szczególnie TIRy psują frajdę z jazdy. Na jednym ze zjazdów Sławek zjeżdża do boku i zatrzymuje się. Przez intercom nadaje, że chyba stracił ciśnienie w tylnej oponie. Rzeczywiście wygląda na pustą. Obok nas śmigają TIRy. Jest wąsko. Zjeżdżaj w dól na kapciu zanim nas rozjadą - mówię. Jedź śmiało, tylko nie za szybko. Nic się nie stanie. Dojeżdżamy do zatoczki po prawej, stajemy. Już wiadomo co się stało. Naderwał się wentyl w tylnej feldze z założonym akcesoryjnym czujnikiem ciśnienia. To już nie może być przypadek, bo w zeszłym roku stało się to samo w jego przednim kole tyle, że na autostradzie i przy 140km/h ! Dziś tył - w porównaniu z tamtą przygodą to jak cicha msza przy bocznym ołtarzu.
Fabryczne czujniki są umieszczone wewnątrz felgi i tylko przy zamianie opon trzeba na nie uważać. Akcesoryjne są nakręcane na wentyl. Mają średnicę ok. 3 cm, ale i coś tam ważą. Prawdopodobnie z powodu tego dodatkowego ciężaru wentyl przy zmianie tempa i hamowaniu przechyla się pod jego ciężarem i po iluś takich przechyłach nadrywa się jego guma i powietrze dosyć gwałtownie ucieka. Raczej nie polecam takiego urządzenia.
Stoimy zatem w zatoczce - i co dalej z tak pięknie rozpoczętym dniem? Jest weekend, godzina po 20tej ! To też prawidłowość, że jak się coś psuje - to zawsze w weekend - żeby było ciekawiej. Cóż robić: internet i szukamy wulkanizatora. Obdzwaniamy wszystkich dwóch jacy są w promieniu 30km. Jeden nawet odbiera. Jest chętny do pomocy - ale to crossowiec i jest gdzieś w terenie na wyjeździe. Wróci późno, ale proponuje by zostawić motor u niego pod warsztatem - w nocy wróci, to rano naprawi. Sławek wzywa assistance. Przyjeżdża w miarę szybko, ale pojawia się problem. Mamy zostawić motor po drodze i dalej Sławek musi dostać się do hotelu z klamotami. Problem polega na tym, że facet motocykl może odwieźć - ale klienta już nie - bo tego nie obejmuje umowa i mu za to mogą nie zapłacić. Taka karma ! W końcu po konsultacjach ze swoim szefem godzi się Sławka podrucić do Kudowej.
Do hotelu dojechaliśmy przed północą, uczestnicy siedzieli dalej stole pod dobrą datą - ale nas jeszcze poznali! To już dobrze. Powitania, uściski - jak to po dłuższym niewidzeniu się między przyjaciółmi. Bo trzeba powiedzieć, że grupa jest mocno zżyta ze sobą i niektóre znajomości trwają już prawie 20 lat. Przyjechało sporo osób: organizatorzy Hubert z Magdą, drugi Hubert - z Kielc, Marek z Tomaszowa i drugi Marek z synem Pawłem z Lublina, Andrzej z okolic Lublina, Grzesiek z dziewczyną z Krakowa i ja ze Sławkiem. Jak na spontaniczną imprezę - całkiem sporo osób. Gdy zamykają restaurację przenosimy się jeszcze do pokoju do Huberta i Magdy. Nie uwierzycie - wy którzy znacie nasze towarzystwo! Sławek wyszedł pierwszy - a ja ostatni!!!
Rano najpierw odwozimy Sławka po motocykl i jedziemy na wycieczkę. Właściciel warsztatu - motocyklista podpowiada nam ciekawe trasy. Trochę po Polsce - trochę po Czechach.
Trafiamy na piękną trasę k. Jesionika w Czechach na drodze 44 z Loucna nad Desnou do Bela pod Pradedem. Rewelacja. Miejsce znane u nas, ale popularne w tej części Czech. Super nawierzchnia i super zakręty. Takie szybkie, które najbardziej lubię. Niestety na jednym z ciaśniejszych w silnym złożeniu mój "lekko podniesiony low" zaczepia lewym podnóżkiem, robię bączka i ślizg. Gleba - sam nawet nie wiem jak. Za szybko to raz! Ale chyba też jest to skutek jazdy na dwóch motocyklach różnej klasy jednocześnie. Ducati ma 160KM, więc Tigera traktuję trochę jak motorower. A ma też swoje prawie 100 KM i na ciasnym zakręcie, na niskim biegu jak się odwinie za mocno to można złapać uślizg. No i złapałem ! Motocykl (zaczynam od niego - bo on ważniejszy) ma tylko uszkodzony kierunkowskaz i otarty gmol. Ja trochę gorzej: rozerwane spodnie na lewej łydce i rękaw kurtki. Trochę tarłem organizmem o asfalt więc mam też spore otarcia skóry - ale powierzchowne. Do wesela się zagoi. Boże - kolejne wesele - czyżby? Hubert z Magdą, którzy jechali za mną pomagają podnieść motor, zjeżdżamy na najbliższy parking i dopiero tam robię pośpieszne naprawy - głównie klejeni kombinezonu panzertaśmą, gdyż radośnie powiewają oderwane jego części.
Wracamy przez Szklarską Porębę. Przed granicą obiad w przydrożnej restauracji, potem zakupy w sklepiku z alkoholem i trawką. Można kupić absynt różnej mocy i jakiś napitek z marychą po którym podobno "przez dwie doby na rzęsach". Od granicy do Szklarskiej jest piękna droga tyle, że ruch spory. Dalej w dół w kierunku Jeleniej Góry też super.
Grupa się rozciągnęła, czekamy na Andrzeja. Andrzej ma problemy ze stawami biodrowymi i jeździ ostrożnie. I tak zuch, ma serce do walki, skoro z pod Lublina dojechał do nas. Niestety ! Okazuje się, że zaliczył mały ślizg na liściach i piachu. Na szczęście nic sobie nie zrobił, ale stłukł biodro i skaleczył się w dłoń. Stary, a .... . Często jeździ bez rękawiczek, bo mu zawsze za gorąco. Gdyby miał - pewnie by się nie skaleczył. Pytamy - czy da radę dojechać do hotelu. Tak naprawdę nie ma wyjścia - musi jakoś wrócić. Ale wieczorem, gdy idziemy na kolację dwie ulice dalej, już z trudem się porusza. Chleb podobno zawsze masłem na dół, a on potłukł biodro, które i tak już mu wcześniej dokuczało. Idziemy. Wspiera się na moim ramieniu. Po drodze spotykamy jakiegoś menela, który wędruje po ulicy przy pomocy chodzika z wystającym piwem w kieszeni. Proponuję Andrzejowi, że może wypożyczymy ten chodzik od niego za małą flaszkę. Ale nie chce. Przy stole wesoło. Kielce rządzą. Pijemy jakieś drinki w dziwnych konfiguracjach. Hubert K. żegna się przy stole, bo musi wcześniej wracać. Okazuje się, że postawił wszystkim kolację i zapłacił rachunek. Trzeba mieć gest. No i kasę! Ale było bardzo miło.
Rano okazuje się, że Jędrek nie nadaje się do jazdy. Jest cierpiący. Czeka od jakiegoś czasu na wymianę stawu biodrowego i ta wywrotka wcale mu nie pomogła. Trzeba mu pomóc. Jak zwykle Hubert jest niezawodny i pomocny. Organizuje busa, BMW Andrzeja ładujemy na pakę z tyłu, a właściciela pakujemy do szoferki i wraca na czterech kołach jako pasażer. Z Kielc, gdzie zostawili swój motocykl, Hubert z Magdą odwieźli go do domu pod Lublinem. Cóż zdarza się i tak.
Przed wyjazdem z domu kontrolowałem stan łańcucha w swoim Triumphie. Już był wyciągnięty, ale nie miałem czasu na wymianę i uznałem, że te 1500km jeszcze wytrzyma. Indor też myślał ! Ponieważ cały czas była ostra jazda, łańcuch przekroczył punkt krytyczny - co polega na tym, że od jakiegoś momentu zaczyna się rozciągać jak szelki. Tak było i tym razem i codzienna regulacja na tym wyjeździe niewiele już dawała. Łańcuch nigdy nie wyciąga się równo - co byłoby pożądane -, ale zawsze robi się tak, że przy kontrolnym obrocie kołem - w jednym miejscu zwisa, a w drugim jest napięty. Może nie tak jak baranie jaja - bo do tego nie można dopuścić, gdyż wtedy grozi to jego zerwaniem, a co najmniej szybkim zużyciem łożysk na wałku zdawczym - czyli tym z zębatką. Rano przed powrotem ponownie wyregulowałem łańcuch, ale jego stan był krytyczny, gdyż zaczął już strzelać - co ma miejsce wtedy, gdy rolka łańcucha nie trafia już na ząb zębatki. To już stan taki jak covidowca pod respiratorem!
Wracam ponownie razem ze Sławkiem. Najpierw powoli, ostrożnie ale ponieważ nic się nie dzieje, to na autostradzie tniemy już ok. 140km/h. W pewnym momencie nasze drogi się rozdzielają: on na Toruń, ja na Przasnysz. Znowu jadę ostrożniej bo jestem sam i w razie bólu nikt mi nie pomoże. Stało się !!! 15 km przed Ciechanowem nagle tracę napęd. Znam to uczucie, bo kilka razy zdarzyło mi się zerwanie łańcucha w mojej pierwszej CB400F. Z rozpędu zjeżdżam jeszcze na parking w miasteczku gdzie to się zdarzyło. W cień - bo jest upał. Zsiadam, robię inspekcję. Na tylnej zębatce nie widać łańcucha. Zerwało się bydlę na 50 km przed domem. Telefon do Ciechanowa do Radka - bo najbliżej i na niego zawsze można liczyć. Jak było trzeba - pojechał po lakier dla Piotrka, który był wtedy uziemiony, aż pod francuską granicę. Szacun. Huston mamy problem. Mam rzeczywiście, bo Radek jest w Warszawie z córką, która koncertuje jako finalistka Voice of Poland. Ale nagle w czasie rozmowy stwierdzam, że łańcuch wcale się nie zerwał, tylko spadł z zębatki w stronę koła i bezszelestnie się po piaście przesuwał, tak że go nie słyszałem gdy toczyłem się z rozpędu. Jak tak - to jesteśmy w domu! Szybka naprawa i po kwadransie jadę dalej i dojeżdżam szczęśliwie do domu. Ale emocji trochę było.
Wiadomość z ostatniej chwili: Andrzej już po operacji wymiany stawu biodrowego, rehabilituje się i już przebiera nogami, żeby dosiąść swojej BMW. Trzymamy kciuki. Oby jak najszybciej. Zdrowia !!!




o ile pamiętam, Andrzej K. wyglebił dwukrotnie: raz ten, który opisałeś, i raz kiedy jakiś debil na rowerze wyjechał Mu prosto pod koła z bocznej dróżki na rowerze. I tu trzeba przyznać, że straszny z Niego twardziel - oprócz potłuczonego biodra miał uszkodzony jeszcze staw skokowy a mimo to dał radę dojechać do hotelu i odgrażał się, że do Lublina pojedzie! Twój piruet na serpentynce też był spektakularny i efektowny. To tu było przemywanie ran resztką wody i szmaaaateczką ;)). Dołączając przykrą przygodę Słąwka, było Was trzech pechowców. Za to Madzia i ja byliśmy wielkimi szczęściarzami, unikając o tzw. p*czy włos rozdrzyzdania na masce tira. Na samo wspomnienie, ciary przechodzą po plecach.
OdpowiedzUsuńMimo to, wyjazd był extra. Jak zazwyczaj.
Cała ta relacja jest dla mnie mocną zachętą do sprzedaży moich motocykli. Przewrotki, awarie, skręcone stawy, pokaleczona skóra, porwane ubranie, postoje na poboczu do nocy, zerwane łańcuchy, prawie czołówka na Tira itd. itd. A to tylko krotki podjazd w Polsce. Zostało mi zbyt mało czasu i wcale ta zabawa (w tym wieku) nie jest fajna. W porę zrozumiał to Wojtek B.
OdpowiedzUsuńKRIS!!!
OdpowiedzUsuńPamiętamy, że miałeś bardzo ciężką przygodę na moto - a mimo to wróciłeś do dwóch kółek. Zrobi się cieplej i pewnie zmienisz zdanie.
Jedni się wspinają na K2 - inni oglądają to w tv.
Jedni i drudzy potrafią uzasadnić swoje stanowisko.
Jest ryzyko - jest zabawa.
Co powiesz jak będziesz miał moje lata {:
Pozdrawiam.
Ty jesteś wręcz niezwykle, jak to mówią, sfokusowany na jazdę motocyklem. Aż mnie to czasem złości. Ja tego nigdy nie miałem w zblizonym nawet stopniu. Po 50 km mam już dość jazdy na tydzień. Może dlatego, że ledwie trzymam się na motocyklu a już szczególnie nie lubię zakrętów
UsuńByło super! I towarzysko i motocyklowo.Droga nr 44 to poezja, musimy jeszcze raz to zaliczyć.
OdpowiedzUsuńTowarzysko było chyba tak samo jak zwykle, więc czemu super!? Co cię tak anonimowy komentatorze urzekło? Raczej był to standard.
UsuńByła szczególna atmosfera. Dużo rozmów przy stolikach na tarasie, dobra pogoda, wesoło. Niby jak zwykle, ale jednak b. fajnie. Działo się też dużo...
OdpowiedzUsuń