77. NORMANDIA I BRETANIA. MEGALITY. MT.S. MICHELE. ZAMKI nad LOARĄ.

 

W zachodniej Francji chciałem zobaczyć dwie rzeczy:   megality w Carnac i Mont Saint Michele. Oczywiście przy okazji kilka innych rzeczy, ale te dwa miejsca przede wszystkim. Zamki nad Loarą - oczywiście niektóre - widziałem już wcześniej.

Jedziemy kamperem, w trójkę z Jolą i jej siostrą Bożeną. Właściwie w czwórkę bo jest z nami nasz maltańczyk - Roki.  Wyprawa może trochę ryzykowna, gdyż kamper wprawdzie dobrej firmy ( Tabbert FFB 660 ), ale z przebiegiem na liczniku ok. 190tys. km   (co najmniej?) , po kilku właścicielach, produkcji 1996 r.  Niby wszystko jest Ok, ale jednak swoje lata świetności ma za sobą zdecydowanie.  Ten model jest wyjątkowo wygodny, gdyż to tzw. integra - czyli nie nadbudowa dodana do furgonu, lecz kamper zbudowany od podstaw na podwoziu Peugeot J 5, 2,5 litra turbodiesel. Niestety tylko 90 KM -w papierach, bo na prawdę chyba już trochę mniej. No dupy nie urywa! Wtedy  w  1996 r to był topowy silnik - teraz mocą nie poraża. Za to silnik podobno jak rekrut - nie do zajebania.  80-90km/h na trasie jeszcze można jechać. Problem jest inny.  DMC 3,5 tony, w papierach ciężar własny 2800 kg ale chyba bez zabudowy - bo w rzeczywistości waży z pełnym bakiem (ale bez wody) - 3300kg.  Zatem na 3 osoby i bagaż ( nie mówiąc już o pięciu osobach)  pozostaje 200kg. ładowności. Trochę mało.   Zatem jest trochę przeładowany.  Mamy urlop - nie jedziemy na wyścigi. Byle po drodze nas nie ważyli - co się czasami zdarza. Jest wyjątkowo obszerny, gdyż salon i kuchnia tworzą jedną całość z kabiną kierowcy.  Nad kabiną duże dwuosobowe spanie, które na noc opuszcza się na wysokość zagłówków przednich foteli. Stolik w salonie obniża się i na nim i na bocznych sofach można ułożyć spanie dla kolejnych 3 osób.  Gazowa kuchenka na 3 palniki, zlewozmywak dwukomorowy, lodówka, na tyle pojazdu za ścianką: WC, umywalka i natrysk. Na dachu 3 solary, 2 zbiorniki na wodę czystą, jeden na brudną, podwójny zbiornik paliwa. Słowem luksus. Brak tylko klimy! Ale za to jest ogrzewanie !

Ruszamy z Przasnysza, w Gliwicach zabieramy Bożenę i jej bagaże. Start. 




Przez Niemcy jedziemy autostradami - szybciej i taniej. Dla kampera też lżejsza jazda. Celem jest Dunkierka, a potem będziemy posuwać się na południe. Dunkierka ściśle związana z historią drugiej wojny.  Najpierw ewakuacja wojska angielskich i francuskich na Wyspy Brytyjskie, a potem lądowanie i zdobywanie w 1944r.  Jak się patrzy na archiwalne zdjęcia z 40tego roku, na te setki i tysiące sztuk sprzętu wojskowego, który pozostał na plażach - w tym motocykli - serce każdego kolekcjonera wyje z bólu. 

Ten obraz jakoś kojarzy mi się obecnie z jednym z moich ulubionych programów na kanale  76  DTX  w Polsacie  "Militaria na warsztat".  Serial jest o Greku  Michaelu Manousakisie mieszkającym w Niemczech, prowadzącym firmę Morlock Motors,  która ma wyłączność na zakup całego sprzętu wycofywanego z użycia przez armię USA na terenie Europy.  Całego - co oznacza nie tylko auta, ale i fotele ginekologiczne, schody lotniskowe, kina polowe,  spiwory, łopaty,  etc.   Na placu u niego stoi ok. 1500 samochodów wojskowych   ( i nie tylko), które remontuje i sprzedaje. Przy tym facet jest b. sympatyczny i dowcipnie opowiada o swoim zajęciu. Jest tez lotnikiem i ma kilka ( ! )  samolotów. Przeleciał starym Antkiem 24 kupionym nota bene w Polsce z Niemiec do USA. Postrzelony, fajny gość.




Z Dunkierki jedziemy na południe,  na plaże Normandii - również znane z lądowania aliantów.  Przy plażach stoją pomniki upamiętniające te straszne wydarzenia.                     Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś każe mi założyć mundur, zeskoczyć z barki w morze i brnąć do brzegu pod ogniem karabinów maszynowych z szansą 1:1000, że dojdę cały.  On sam siedzi 10tys. km ode mnie w ciepłym sztabie i nic mu nie grozi, a ja jestem dla niego ziarenkiem piasku.  To jest przerażające, że można dostać chociażby jutro powołanie do wojska i nie masz wyjścia. Zostawiasz rodzinę, dzieci i musisz iść na pewną śmierć - bo politycy tak zdecydowali.                                                                                    Do oglądania za wiele tu nie ma. Te miejsca traktuję symbolicznie. 




  Po drodze przejeżdżamy przez urocze miasteczka. Tu trochę inna atmosfera jak na południu.  Klimat jest ostrzejszy, zatem nie widzi się przesiadujących przy stolikach emerytów. Ulice raczej puste. Dziewczyny nie mogą się napatrzeć kwiatom. Szczególnie hortensje są tu bardzo okazałe. Połowa fotografii z wyjazdu to kwiaty.  

Jako kierowca zwracam uwagę na to, że nawet jadąc przez wąskie ulice w tych miasteczkach - wszędzie prędkość jest podniesiona do 70km/h. Trend jakby odwrotny do naszego. Zresztą może teraz tam jest inaczej, ale nie sadzę. Z ograniczeniami prędkości - to jakieś szaleństwo ogarnęło polityków. W Szwecji i nie tylko, w miastach 30 km/h. Na drogach buduje się przeszkody zwalniające, wysepki, śpiących policjantów. Niedługo będą kopać wilcze doły. A jakoś tak się dziwnie dzieje, że w USA, gdzie ograniczenia są duże,    a wyprzedzanie traktowane jest jako manewr zagrażający życiu innych uczestników ruchu - śmiertelnych wypadków jest więcej, niż w Niemczech, gdzie ograniczenia są znacznie mniejsze, zaś  wypadków jest zdecydowanie mniej. Niestety i u nich coraz mniej autostrad bez limitów prędkości. A przecież samochód wynaleziono po to by poruszać się szybciej niż konno, jego konstrukcja przeszła szaloną ewolucję w kierunku bezpieczeństwa. Kiedyś wymagano, by auto zatrzymało się na dystansie max 40 metrów z prędkości 50km/h, a teraz jest w stanie się zatrzymać na tym dystansie z prędkości 100km/h.  A droga hamowania rośnie w kwadracie prędkości !!!    I zataczamy koło. Za chwilę będziemy jeździć wolniej niż konne zaprzęgi.  

 

Zwracamy uwagę na sposób rozgraniczania działek, szczególnie na wsiach. Granicę wyznacza wał ziemny wys. ok. 1 m, a na nim rosną duże drzewa. Trochę to solidniejsza granica niż nasza przysłowiowa miedza.

Żałośnie wyglądają kanały i małe porty w czasie odpływu.  Na mulistym dnie leżą na boku motorówki, jachty, łódki.  Boje leżą przymocowane do długich lin. Widać śmieci, wyrzucone opony itp.

Nocleg na kempingu obok Mont Saint Michele. Pełna samoobsługa. Płatność kartą, podnosi się szlaban, można wjechać i zająć jedną z przygotowanych pod kampery kwater. Jest podejście do wody, do prądu, jest miejsce, gdzie można zrzucić nieczystości. To chyba świeże miejsce, bo drzewka małe nie dają cienia - takie:  a la rahitic.  Nazajutrz jedziemy autobusem do nieodległej wyspy? czy półwyspu ? To zależy od stanu pływów, które tu osiągają rekordowe parametry. Podobno w szczytowych okresach różnica poziomów wody przekracza 10 metrów !!!  Woda cofa się na kilka kilometrów, a potem dosyć prędko przybiera. Jak się cofnie - odsłania wielką połać dna - plaży. To często pułapka dla  nieświadomych turystów, którzy udają się po tej plaży daleko w kierunku wody oceanu, a jak zaczyna się przypływ - nie są w stanie uciec przed wodą. Ona nie przybiera gwałtownie w tym sensie, że idzie wał wodny na 10 metrów wysokości, ale po płaskim dnie woda przesuwa się zaskakująco szybko w kierunku lądu. Dlatego są specjalne służby, które ratują optymistów, którym się wydaje , że zdążą. Widzieliśmy akurat przypływ i mieliśmy kłopot, żeby wyjść z miasta nisko położoną bramą, która na naszych oczach była zalewana wodą tak, że weszliśmy do miasta suchą nogą, a po godzinie woda sięgała kolan. W bramie wejściowej!



Widok tego miasta na wzgórzu jest bajkowy. W Toskanii zdarzają się miasta położone w całości na wzgórzu - ale nie wyglądają tak bajecznie.  Miasta takie we Włoszech sprawiają wrażenie pewnego bałaganu - różne kolory domów, różne bryły. A tu miasto z oddali wygląda jak regularny stożek zwieńczony wieżą kościelną. Widok z oddali trochę psuły roboty drogowe jakie szły na dojeździe do miasta oraz rusztowania na fragmentach murów zewnętrznych.  Samo miasto cudowne, prawie w całości same zabytkowe, stare budynki. Strome uliczki, placyki, schody. To trzeba zobaczyć - nie mam się co tu wysilać na opisy, bo i tak nie jestem w stanie oddać nastroju jaki się buduje na widok miasta z oddali i potem będąc już wewnątrz murów.




Wyjazd dalej na południe,  mijamy Hawr, a potem mamy nocleg w Carnac, na dzikim kempingu, tuż obok parku megalitów. Przyjeżdżamy wieczorem, stoi już kilka kamperów. Rano jedziemy zobaczyć największe we Francji skupisko megalitów.  Wchodzę na dach kampera, żeby zobaczyć wszystko z góry. Po zejściu na dół - niespodzianka. Kamper już wcześniej miał sforsowane przez włamywaczy wszystkie zamki. Również ten od drzwi wejściowych na miejsce kierowcy. Po trzaśnięciu drzwiami zamek zablokował się od wewnątrz,  a kluczyki zostały w stacyjce!  Na szczęście była uchylona  boczna szyba i po kilkunastu minutach operowania rozwidloną gałązką udało się drzwi otworzyć.    

    Wracając do tematu. Mam mieszane uczucia po obejrzeniu sterczących z ziemi tych prastarych kamieni.  W telewizji namiętnie oglądam programy o tego typu miejscach i okazuje się, że w zetknięciu z ich widokiem w naturze - jakoś tracą na swojej tajemniczości. Kamienne - z reguły pionowe, podłużne głazy są trochę zarośnięte trawą i nawet z dachu kampera trudno ogarnąć wzrokiem całość, a tym bardziej doszukać się w tych rzędach skał jakiegoś przesłania. W telewizji wszystko to wygląda jakoś bardziej przekonywająco. Szczerze mówiąc jestem umiarkowanym - ale zwolennikiem teorii pozaziemskich cywilizacji.   Jakoś trudno mi uwierzyć, by prymitywni ludzie, kilka tysięcy lat temu mieli tyle czasu i możliwości by na całej prawie kuli ziemskiej budować wymagające niesamowitego zaangażowania środków i siły roboczej - megalityczne budowle. Do obserwacji astronomicznych przyrządem ma być kamienny słup o szerokości 2-4 metrów, gdy liczą się ułamki milimetra ruchu lunetą by się oddalić o tysiące kilometrów od celu obserwacji ? Po drodze w kilu miejscach oglądamy dolmeny, czyli kamienne budowle z 3 zazwyczaj elementów: dwa są podstawą - trzeci leży na nich tworząc swego rodzaju dach. Ich widok w naturze też odziera je z atmosfery tajemniczości. Do Stonehenge chyba się nie wybiorę. Nie chciałbym stracić reszty aury tajemniczości jaka to miejsce otacza.




Posuwając się dalej na południe docieramy do St. Nazaire - miasta leżącego u ujścia Loary. Pokonujemy bardzo stromy most nad rzeką - staruszek kamper dał radę bez problemu - i od tej chwili podążamy na północny zachód w kierunku domu. Po drodze kilka sławnych zamków. Jest ich tu podobno około trzystu - nad Loarą i jej dopływami. Aż trudno uwierzyć nam - mieszkańcom kraju, w którym po zawieruchach wojennych zostało zabytków tyle co kot napłakał - w takie ich bogactwo. Zamki są o różnym wyglądzie i wielkości - jedne leżą w pobliżu rzeki, niektóre zbudowano ponad nią w poprzek nurtu. Tylko w wewnątrz bywa bardzo skromnie. W niektórych nie ma prawie żadnych mebli, albo np. jest tylko wystrój kuchni z epoki - mosiężne gary, rondle, jakieś przybory kuchenne. Ale są też oczywiście takie, gdzie wystrój, meble, obrazy po prostu powalają. Dają wyobrażenie minionej potęgi tego kraju i jego bogactwa.  Wstęp niestety płatny. Prawie wszystkie zamki są dalej w prywatnych rękach.  Ich utrzymanie kosztuje krocie, a nie wszystkim rodzinom przez wieki całe dalej powodzi się równie dobrze jak w przeszłości. Zresztą tylko nieliczne pozostają we własności rodziny, która je budowała. Z reguły z różnych zresztą powodów przechodziły z rąk do rąk. Szczęście , że w czasie rewolucji ich nie poburzono - bo były i takie plany - częściowo zresztą zrealizowane.





Nie wszystkie zamki zwiedzamy, nie wszystkie (zwiedzane  nawet)  pamiętam. Byliśmy w Villandry znanym głównie z ogrodu i parku. Urządzonych tak, by można było je oglądać z różnej perspektywy, z góry, z kolejnych tarasów. W środku nie byliśmy.  



Chenonceau - pobudowany podobno na miejscu średniowiecznego młyna, co może tłumaczyć jego nietypowe położenie. Mianowicie biegnie w poprzek niewielkiej rzeki, stanowiąc zarazem rodzaj mostu. Nazywany również zamkiem  Sześciu Dam, gdyż kolejnych sześć kobiet - jego właścicielek go rozbudowywało i przebudowywało. Wewnątrz wiele cennych dzieł sztuki, min. obrazów Rubensa. Ładny ogród na podwyższeniu  wewnątrz jakby murów obronnych o nachyleniu do wewnątrz. Przechodził burzliwe dzieje, zagrożony i uratowany przed wyburzeniem w czasie rewolucji. W czasie wojny zamieniony na lazaret.







  Chambord - jeden z większych, powiązany z historią Polski, gdyż tu przebywał nasz pechowy król Stanisław Leszczyński. Sam zamek prawdopodobnie projektował Leonardo da Vinci, a na pewno spod jego ręki wyszły projekty fragmentów zamku, np. słynne kręcone schody. Da Vinci dokonał żywota we Francji - o czym nie wiedziałem i był ulubieńcem Franciszka I , który poznał go w Mediolanie, sprowadził do Francji i płacił mu podobno za to głównie - by móc przebywać w jego towarzystwie i prowadzić z nim uczone rozmowy. Przy budowie pracowało 1800 !!!  ludzi.   Ten zamek zwiedzaliśmy i byliśmy w środku. Z perspektywy widoczne są charakterystyczne liczne wieżyczki i kopułki nad dachami, wsparte o kolumienki. Dojście przez ogromny plac, z którego można podziwiać wspaniałą bryłę budowli z jasnego kamienia. Budynek zawiera 440 pomieszczeń, z czego 365 ma kominki. Trudno sobie wyobrazić jaki zapas drewna był potrzebny,  by funkcjonowały. Jeszcze trudniej smród jaki musiał panować, gdyż powszechnie z kominków korzystano w celu defekacji.  Bryła zamku jest przepiękna i trudno pogodzic się z tym, że w trakcie rewolucji miał być zburzony i popadł w ruinę, Odrestaurowano go dopiero po II wojnie. Wewnątrz na bogato. Jako ciekawostkę wymienię kolekcję modeli armat - zabawek jednego z książąt. Z klatek schodowych są wyjścia na wewnętrzne tarasy z których  można podziwiać fragmenty budowli oraz otoczenie zamku. Zamki nad Loarą - to hasło kojarzy mi się nieodparcie z latem, kamperem i fajną wyprawą - mimo, że nie motocyklową.





 




Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1