76. 2017. RUMUNIA - WESOŁY CMENTARZ i GEJZERY BŁOTNE.

 

Rumunia staje się już nudna powoli, z uwagi na ilość wyjazdów w ostatnim czasie tym kierunku.  Więc tym razem krótko. Jedziemy w piątkę: Radek, Konrad, Adam, Kamil i ja. Pierwszy nocleg na Węgrzech w Nyiregyhaza niedaleko granicy z Rumunią. Hotel Korona. Hotel stary,  z epoki Kadara, trochę tylko ogarnięty. Czasy świetności ma za sobą.  Jest parking na wewnętrznym dziedzińcu. Śniadanie średnie, ale nie najgorsze.

 Rano w drogę, dojeżdżamy do granicy z Rumunią, ja na końcu.  Kontrola paszportowa - bo wyjeżdżamy ze strefy Schengen. Podaję dokumenty do okienka: dowód osobisty, dowód rej. , Zielona Karta.  Gościu zwraca mi dowód rej. - od samochodu, pewnie skleiły się okładki. Zdarza się. Podaje mi drugi - od drugiego samochodu, a od motoru (Triumpha) nie ma!  Jak nie ma? Pamiętam, że przed wyjazdem kładłem go na kominku obok portfela, żeby nie zapomnieć. Zong. Narada, bo nie chcą mnie przepuścić. Co robić?  Może ktoś poda go samolotem do Budapesztu i pojadę go odebrać? Może niech jadą sami, a ja wrócę - trudno!  W tzw. międzyczasie trwają targi Radka z pogranicznikami. Jola przesyła mi na telefon fotę dowodu rej. i Zielonej Karty. Mamy sojusznika - urzędniczka z Rumunii pod wyraźnym wpływem męskiego uroku Radka mówi, że nas wpuści. Rumuni wpuszczą, tylko Węgier o dziwo robi problemy.  Przecież od nich już wyjeżdżam!  Pertraktacje zWęgrem po angielsku prowadzi Radek. W końcu zdesperowany, trochę żartem mówi, że Orban jest znajomym jego brata. Nie do wiary!  Pomogło !  Gość kładzie rękę na sercu (rozumiem, że na znak szacunku dla wodza narodu)  i mówi - można jechać!  Nie zmyślam! Tak było!

 

 Pierwszy cel - Sapanta przy  granicy z Ukrainą. Małe miasteczko znane z cmentarza - wesołego! Wesołego, bo przy nagrobkach stoją drewniane krzyże ze skośnymi  daszkami, a pod nimi są płaskorzeźby przedstawiające zmarłego. Jego zajęcie, zawód itp. i do tego wypisane zabawne (podobno?) epitafia.  Nie takie żeby boki zrywać, ale co najmniej pogodne, w stylu:   straciłem życie na drzewie, bo za szybko jechałem. Nie martwcie się o mnie rodzice...  Wszystko utrzymane w jednolitym, niebieskim kolorze.  Ten kolor jest tak charakterystyczny, że ma swoją nazwę: alabastru din Sapanta. To największa atrakcja tej części kraju o czym świadczy ilość autokarów z całej Europy. Wstęp 5 lei.  Obok jest restauracja, kramy z  pamiątkami - to co zwykle w takich miejscach.  Tradycyjne upominki z Rumunii, to pięknie haftowane bluzki i obrusy. Ręczna robota - stosunkowo tanie.      Teraz nie widzę, ale dawniej jak jeździłem do Rumunii w latach siedemdziesiątych,  hitem dla mężczyzn były czapeczki w kształcie przypominające bejsbolówki z huby drzewnej !!!  Wyprawione na jasno-brązowo jak zamszowa skóra, miłe w dotyku, dawały się zgnieść tak, że mieściły w garści i wspaniałe na upały - bo bardzo lekkie. Bywały tez damskie torebki z tego zrobione. Teraz już wcale ich nie spotykam. Może huby wyginęły, może są pod ścisłą ochrona.  Szkoda, bo były bardzo fajne. Niezbyt trwałe, ale b. atrakcyjne i użyteczne.


Kolejny etap - Wąwóz Bicaz.  Droga dojazdowa w dalszym ciągu fatalna, psuje całą radość z niezwykłego widoku tego wąwozu. Wzdłuż małej rzeczki idzie w tym miejscu dobra droga asfaltowa, a po bokach wysokie, pionowe ściany skalne. Miejsce ładne z pewnością, ale dojazd od lat fatalny. Dopiero teraz, w 2020 r zabrali się za remont drogi.


Z wąwozu podążamy w okolice Bacau na wschód od Brasov. Tam znajdują się gejzery błotne, podobno największe w Europie. Ale nie ma się co ekscytować. Erupcje błota osiągają kilkadziesiąt cm i daleko im do widowiskowych wyrzutów  z gejzerów wodnych. Wejście jest płatne, na wzgórzach z zaschniętego błota w kilkunastu miejscach kipi błoto - coś na kształt gotującej się kaszy mannej.  Tyle, że zimnej.  Trzeba uważać przy chodzeniu po tej skorupie z błota - bo potrafi się zarwać i noga ląduje w błocie, a but często zostaje pod spodem.  Jedni wpadają po kolano (Kamil) inni aż po jajka. Na szczęście jest woda w kontenerze i można się umyć. Kamil wraca z jednym klapkiem w ręku - wygląda jak rosyjski żołnierz na Placu Czerwonym,  w jednym bucie. Ktoś współczująco pyta go: potierał (zgubiłeś)?, a on z dumą odpowiada: niet, naszoł (znalazłem). 

Potem nocujemy w Brasov, a kolejny etap to Sinaia - rezydencja królów rumuńskich. Zamek-pałac wygląda efektownie,  w środku podobno b. ładny . Podobno - bo było nieczynne w czasie naszej obecności. Kolejny nocleg w Bran, gdzie jest zamek Drakuli. Nocujemy w pensjonacie Anna przy głównej ulicy. Kondzio chce  zaoszczędzić i rozbija się gdzieś z namiotem w parku.  Oczywiście tego wieczoru rozpętała się burza. Zmókł - ale zaoszczędził. W nocy uciekał z namiotu pod jakieś zadaszenie na scenie amfiteatru. 

Potem Transfogarska i rozdzielmy się. Adam z Konradem jadą dalej na południe - reszta na północ. Po południowej stronie zatrzymujemy się na kilka zdjęć i kręcimy filmik na wirażach

Pogoda stopniowo się psuje, aż trafiamy w końcu na burzę z wichurą i temperatura w ciągu 15 minut spada o ponad 20 stopni. Jedziemy przez charakterystyczne dla Rumunii wsie-ulicówki, czyli wioski ze zwarta zabudową. Dom, brama , dom, brama - bez bocznych ulic. Ciągną się czasem kilometrami i formalnie jest to teren zabudowany. Większość  kierowców jednak jedzie ok. 80km/h.   My - jak większość !





                                                   Nocujemy w Oradea. Przejeżdżałem przez to miasto kilkanaście razy, ale zawsze tylko przejeżdżałem. To piękne miasto, ładnie odnowione centrum. Stylowy hotel pod Czarnym Orłem, ładny plac centralny. Wieczorem szwendamy się po mieście - naprawdę warte postoju. Z Oradea mamy 850 km do domu, więc nocujemy z Radkiem jeszcze w Sandomierzu, a Kamil jedzie na jeden raz do domu, bo się śpieszy. Wieczorem spacer po mieście. Niestety księdza Mateusza nie spotkaliśmy. Jego strata - chcieliśmy mu mu postawić piwo.


Ten wyjazd, to była moja pierwsza trasa na Triumph Tiger 800, który kupiłem w wersji low - czyli obniżonej. Wcześniej jeździłem GSem 1200 i chciałem się przesiąść na coś lżejszego i niższego. Niestety okazało się, że wersja low nie nadaje się do szybkiej jazdy po zakrętach, gdyż przyciera nie tylko podnóżkami, bo gdy starły się w nich te śruby ograniczające pochylenie, te, które są pod spodem podnóżków - zacząłem przycierać również mocowaniem bocznej stopki - co już nie było przyjemne i raz o mały włos, a bym się glebnął. Dlatego po powrocie musiałem motocykl podnieść na zawieszeniu, żeby dało się nim jeździć. Ale motocykl jest super. Dobrze się prowadzi, wydajny silnik, mało pali. Mógłby mieć  tylko lepsze hamulce. Po BMW - to jeśli chodzi o hamulce, zbyt wielki kontrast.

 No i przednia opona Metzelera. Porażka - zupełnie nie trzymała. Co ostrzejszy zakręt - to uślizg. Mały - ale stresujący. W dwie osoby na Islandii - to samo! Po powrocie musiałem je zmienić. Może trafiła się z jakiejś wadliwej partii, bo była na tzw. pierwszym montażu. Nawet sprawdzałem u dealera, czy inni kierowcy reklamowali - nie. Coś z nią było nie tak. Z pewnością!

 

Komentarze

  1. Przy Twoim kładzeniu się w zakrętach, musiałbyś podnieść tego Triumpha o jakieś pół metra. Wtedy może nie tarłbyś niczym o asfalt. Taka refleksja po ostatnim wypadzie do Kudowy i Czech... ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Z tym Orbanem to prawda, potwierdzam. Tu filmik z wyjazdu https://youtu.be/ETUETNQwbR8

    Pozdrawiam
    Konrad

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1