75. 2013. GRUZJA

 

Jesienią 2013 Jacek zaproponował wyprawę do Gruzji.  Został świeżym właścicielem Toyoty HiLux i koniecznie chciał ją sprawdzić na większej trasie. Jacek to stary motocyklista z którym wspólnie odbyliśmy wiele wypraw, ale po wycieczce do Afryki, w okolice dorzecza Okawango, którą ze Zbyszkiem i dziećmi odbyli terenówkami - wrócił chory na takie auto. Zawsze to lepsza choroba niż malaria. Zdecydowanie przyjemniejsza - chociaż też długo trzyma i ma nawroty. Czasami nieuleczalna.

Startujemy z Lublina. Prowadzimy non stop, we dwóch na zmianę. Pierwszy nocleg w Stambule po prawie 2.000 km. W Stambule pierwsza niespodzianka. Płatne autostrady. To samo w sobie nic zaskakującego, ale system opłat jest zadziwiający. Nie na bramkach, nie winiety - tylko w specjalnych biurach (turystycznych?) trzeba zrobić opłatę w wybranej wysokości i z tej opłaty elektronicznie pobierana jest kasa. Opłata wyświetla się na bramce na dużym wyświetlaczu. Teoretycznie po zbliżeniu się i odjęciu opłaty powinien podnieść się szlaban - ale w praktyce na ruchliwej autostradzie jest on na stałe podniesiony. Jak ktoś przejeżdża bez opłaty - uruchamia się sygnał dźwiękowy - ale miejscowi jakoś się tym nie przejmują. Ponieważ dźwięczy co chwila - wygląda na to, że jest to zjawisko powszechne. Trudność polega na tym, że takich biur nie ma zbyt wiele, nie są oznakowane i nawet miejscowi nie bardzo wiedzą jak do nich pokierować. Po dosyć długich poszukiwaniach znajdujemy to biuro, dokonujemy opłaty i ruszamy w dalszą drogę. To był chyba najbardziej wymyślny system opłat z jakim się spotkałem. 



Następny skok Stambuł - Batumi ok. 1300km. Trasa wiedzie częściowo wzdłuż Morza Czarnego. Oczywiście bliżej byłoby z Polski przez Ukrainę i Rosję,  ale w związku z aneksją części Ukrainy uzyskanie wizy turystycznej na tranzyt w tym kierunku, w krótkim czasie nie jest możliwe.  Od Stambułu już tak bardzo nie ciśniemy, po drodze robimy przystanki, mamy też nocleg. Na stacjach benzynowych zdarza się, że częstują podróżnych herbatą. Im dalej na wschód, tym mniejszy ruch, mniej turystów - a ludzie bardziej gościnni.

Na przedmieściach jakiegoś miasta zatrzymuje mnie policja. Radar ! Kilka razy wcześniej udało się je wypatrzeć. Nawet pamiętam jak powiedziałem  - nie z nami takie numery  po polskim treningu. I jak zwykle - pycha kroczy przed upadkiem. Za kilkadziesiąt kilometrów trach! Policja na środkowym pasie. Stop.  Negocjacje nic nie dały, wypisują mi pracowicie mandat. Kredytowy, na dwóch stronach formatu A 4 z przebitkami. Szczęście mnie opuściło! Jak mówią Rosjanie: szczastie nie chuj - w ruki nie wazmiosz!                           U nich zapłacić nie można, trudno się dogadać gdzie można - udało się ustalić tylko, że na granicy. Ale gdzie i u kogo - nie wiemy dalej. 


Dojeżdżamy do granicy. Oczywiście jak to na wschodzie - panuje spory zamęt. Znajomi królika wpychają się bez kolejki. Mnie  ( pasażerom z innych aut też ) każą wyjść z auta (prowadził Jacek). Piesi idą swoim korytarzem, a auta jadą osobno. Usiłuję dowiedzieć się co z tym mandatem, jestem przekonany, że zaraz się ktoś upomni. Trochę się denerwuję bo mam przy sobie tylko paszport, a kasa została w samochodzie. Nikt ode mnie nie chce opłaty za ten mandat i nie sposób dowiedzieć się co mam zrobić?  Wygląda na to, że płaci się nie na przejściu granicznym tylko w jakimś urzędzie???  Ale ja już jestem po stronie gruzińskiej.  A Jacka  nie ma. Może to po numerach rejestracyjnych kasują kierowców i go zatrzymali?  Telefon nie ma zasięgu. Co to będzie jak Jacka cofną , a ja już w Gruzji?        Po stronie gruzińskiej jeszcze większe zamieszanie.,  Pełno taksówek, jakieś busy zabierają ludzi z granicy.  W końcu nadjeżdża Jacek. Jest OK. Jesteśmy już obaj po tej samej stronie.  O mandat dalej nikt się nie upominał. Od razu dodam, że w powrotnej drodze też nikt i w końcu go nie zapłaciłem!  Przy kolejnym wjeździe do Turcji za kilka lat zastanawiałem się, czy ktoś się o ten mandat upomni - ale nie. Mój zysk.

Batumi, to miasto szalonych kontrastów. Od razu witają nas wieżowce o bardzo wymyślnej architekturze. Np. jeden z nich, wysoko, gdzieś na 20tym pietrze ma wbudowane coś na kształt koła młyńskiego. Inne też nietypowe.  A dwie ulice dalej:  rynsztoki, jakieś marne budy z handelkiem - obok wielkiej willi w stylu rzymskim: kolumny z głowicami, marmury, etc. Czyli bieda pomieszana z bijącym w oczy bogactwem. Wschód!

 

W planie mamy jazdę na północ w kierunku granicy z Rosją, potem równolegle wzdłuż niej zupełnie bocznymi drogami  na wschód i powrót drogą wojenną na południe do Tibilisi. Pierwsze uczucia - z typu mieszanych. Widać, że Gruzja to biedny kraj, ludzie kiepsko ubrani, po jezdni włóczą się bezpańskie psy, chodzą konie i krowy, a najbardziej oryginalnie wyglądają świnie, które mają na szyi założone drewniane trójkąty na kształt tych drogowych będących na wyposażeniu aut.  Chyba po to by nie ryły w ziemi i nie uciekały zbyt daleko. Oczywiście świnie też uwielbiają jezdnie jako miejsce spacerów.

Przy drogach sporo kramów, które sprzedają wyroby z winogron, np. owoce lub orzechy zatopione w gęstym soku, który na nich na słońcu zaschnął. Wygląda to tak mniej więcej, jakby w osłonkę od parówki powpychać korale, które się odznaczają zgrubieniami. Występują  w dwóch kolorach, w zależności od koloru soku winogron. Nazywają to gruzińskimi batonami.  W tej postaci dawniej konserwowano tak owoce jako zapasy jedzenia na wyprawy wojenne. Próbowałem tego smakołyku. Dupy nie urywa. Oczywiście można też zakupić miejscowy alkohol  (czacza)  w dowolnej ilości.  Mocny!

Z początku udaje nam się realizować plan wycieczki  mimo deszczowej pogody ale w pewnym momencie droga na północ wyraźnie się pogarsza.   Im wyżej w góry jedziemy, tym gorzej, aż zatrzymali nas inni kierowcy i mówią, że droga dalej jest zawalona osuwiskiem z błota  (cały czas padało), jest nieprzejezdna i nie wiadomo kiedy będzie. Raczej nie prędko. Zawracamy.

Po drodze mijamy miasto Kutaisi, potem Gori - rodzinne miasto Stalina. W Gori jest jego muzeum - nie zajeżdżamy. Dla nas to zbrodniarz, tu  -dalej jest  bohaterem narodowym.


Potem jedziemy na północ -  Drogą Wojenną. Po drodze mijamy znany  z  przewodników pomnik Przyjaźni Gruzińsko-Radzieckiej w kształcie półrotundy z kolorowymi freskami na ścianach. Już trochę zaniedbany. Ta przyjaźń  nie była znowu aż tak wielka!                                                    Przytoczę tu opowieść mego przyjaciela Andrzeja, który był w Gruzji wiele lat temu z kolegą, w gościnie u rodowitych Gruzinów. Otóż wybrali się we dwóch z kumplem do jakiejś knajpy. Tam sobie popijali i koledze zebrało się na śpiew.  Zaśpiewał coś po rosyjsku, a wtedy podszedł jakiś Gruzin i powiedział, że tu jest Gruzja i nie życzy sobie rosyjskich śpiewów.  Za jakiś czas wyszli z knajpy i stwierdzili, że gość idzie za nimi i zaczyna się odgrażać nożem. Wskoczyli do tramwaju, a on za nimi. Niewesoło!  Na szczęście motorniczy był bystry, zobaczył co się kroi,  otworzył im drzwi, oni wyskoczyli  i zatrzasnął je przed napastnikiem - tak, że zdążyli uciec. Po powrocie na kwaterę opowiedzieli o przygodzie, a ich gospodarz mówi: co? -  moich gości napadli !  Pomścimy!  Wyciąga z szafy broń, woła brata i będą szukać napastnika. Nasi się przestraszyli i starają się odwieść ich od zamiaru - ale nie było mowy. Pojechali na miejsce zdarzenia, ale na szczęście już nikogo tam nie było.  Morał z tego taki, że wielkiej miłości do Rosjan nie było, skoro chciał zabić za piosenkę,  zaś naruszony honor gospodarza - wart jest krwi. Ze śpiewami trzeba uważać.   Gościnność Gruzinów, w tej "normalnej" postaci jest legendarna, np.  zapraszanie przyjezdnych na uczty połączone z tradycyjnymi,  wielopiętrowymi toastami.  Niestety, nam nie było dane.  Widać przereklamowana trochę ta gościnność.


Następnego dnia wybieramy się do najbardziej charakterystycznego miejsca w Gruzji , do Cminda Saneba - klasztoru Świętej Trójcy, znanego z fotografii we wszystkich przewodnikach.  Ostatni etap drogi, to szutrowa, nieutwardzona górska dróżka polecana dla samochodów 4x4. Gdy klasztor jest już widoczny trzeba jeszcze pokonać podmokłą, porosłą trawą łąkę we wgłębieniu terenu. Koleiny są wypełnione wodą i nie wszystkim samochodom udaje się  ( w odróżnieniu od nas ), pokonać tę przeszkodę. Na naszych oczach grzęźnie tam jakiś samochód, pasażerki muszą wysiąść w błoto. Ale inni kierowcy z poświęceniem zaraz udzielają pomocy i wyciągają auto z topieli.  Daleko w tle widać najwyższą górę Gruzji - szczyt Kazbek o wys. 5034mnpm.  Sam klasztor jest na wysokości ok. 2170 metrów. Klasztor jest niewielki, pobudowany z poczerniałego już mocno kamienia. Kiedyś był tu wyciąg narciarski, czy też kolejka. Zostały jakieś fragmenty.  Trafiamy na nabożeństwo. Pop śpiewa niskim głosem, coś tam odprawia. Nie ma tłumów bo i dojazd kiepski i poza sezonem. Gruzja dopiero robi się modna. 

W drodze powrotnej podziwiamy sposób prowadzenia rur gazowych. Zwykle na świecie są zakopane pod ziemią żeby nie zamarzały i nie przeszkadzały w komunikacji.  Tu idą wzdłuż domów na powierzchni,  na wys. ok 1 m. i wyglądają jak poręcze lub niskie ogrodzenia. Nad bramami wjazdowymi są poprowadzone górą. Dziwnie to wygląda. 


Naszą uwagę zwracają też cmentarze. Nagrobki z pionowych płyt skalnych są wysokie, na nich często wytrawione całe sylwetki zmarłych.   Z boku zwykle altanka, stół,  ławki. Na stole często stoją talerze, szklanki, butelki. Widać, że się czci pamięć zmarłych winem. 

W Gruzji wszystkie nowe posterunki policji mają duże przeszklenia - w zamyśle, aby to co się dzieje w nich było jawne i widoczne z ulicy. Jak na miecz wymyślono tarczę, tak i tu nie przewidziano, że istnieje coś takiego jak rolety.  Przeszklone  - ale zasłonięte!  I ciekawy w założeniu pomysł - skończył jak wszystkie tego typu. Przegrał z prozą życia!

Sama Droga Wojenna, ma ok. 200km i prowadzi  najbardziej malowniczymi zakątkami Wysokiego Kaukazu. Jest naprawdę piękna, ciekawa motocyklowo i widokowo, aczkolwiek nazywanie jej najładniejszą drogą świata  (takie jej określenia przez podróżników spotkałem) ,  jest grubą przesadą.  Droga powstała w XIX wieku na potrzeby armii rosyjskiej w czasie wojen kaukaskich. Wcześniej biegł tędy znany jedwabny szlak handlowy znany od stuleci.  Zastanawiałem się przez chwilę, czy piosenka Okudżawy jest o tej drodze. Ale nie. Przecież on śpiewa o Smoleńskoj Dorogie . Gdzie Rzym - gdzie Krym? Krym akurat niedaleko.

 Natomiast pozostałe drogi po których jeździliśmy - nie należą do specjalnie ciekawych, a na pewno nie są warte tak długiego dojazdu z Polski.  Mam na myśli atrakcyjność motocyklową - czyli dobrą nawierzchnię, góry, zakręty.

Punktem wypadowym do klasztoru Świętej Trójcy jest miejscowość Kazbegi dawniej Stepancminda.   Grasuje tam gościu, który mówi po polsku   (jest wymieniany w przewodnikach),  jeździ oznakowaną polską flagą Ładą i pomaga Polakom. Nas też zgarnął do swojej - kiepskiej zresztą - kwatery.   W Kazbegi można obejrzeć kamienne wieże obronne i jest to jakaś b. odległa  analogia do wież w San Gimignano w Toskanii.  Tutejsze są znacznie niższe i mają zdecydowanie obronny charakter.

W powrotnej drodze odwiedzamy skalne miasto - czyli groty, kiedyś zamieszkałe, wykute w skałach. Z pewnością bardzo dawno temu.


Wracamy na południe do Tibilisi. Trafiamy akurat na wybory prezydenckie. Jacek zna nawet jednego z kandydatów. Nie wygrał niestety. W końcu może załapalibyśmy się może na porządna imprezę z toastami!  Wieczorem idziemy na własny koszt niestety do restauracji poleconej jako znanej z gruzińskiej kuchni. Postindustrialny lokal, ładnie urządzony, miła obsługa. Pusto.  Zamawiamy oczywiście chinkali - czyli rodzaj pierogów i chaczapuri czyli jakby zapiekankę . Różne są odmiany jednego i drugiego, różniące się głownie nadzieniami.  Powiem szczerze, że mnie nie porwało.  Chinkali wyglądają oryginalnie, jak  małe sakiewki z pierogowego ? ciasta, w których jest mięso i trochę jakby rosołu.  Jedne i drugie smakują średnio. Kwestia gustu. Wolę szaszłyki. Zdecydowanie!


Wracamy ponownie przez Turcję. Drogi dobre, dwupasmowe, ruch mizerny. Widać dużo inwestycji w drogi i w zapory wodne.  Jazda monotonna, niespecjalnie ciekawa.

W Rumunii jedziemy przez Transalpinę. Jezdnia w znacznej części w kiepskim stanie. Sporo wielkich dziur, w które powtykane są ostrzegawczo gałęzie sosny. Tak znacznie taniej niż robić remont asfaltu.  Mam nadzieję, że  u nas się może nie przyjmie.

Wrażenia: byłem trochę rozczarowany. Drugi raz bym się chyba nie wybrał. No - może latem, bo pogoda nie była najlepsza i miała z pewnością wpływ na moją ocenę.  Z objawami szczególnej gościnności się nie spotkaliśmy - już bardziej w  Turcji. Kuchnia gruzińska mnie nie powaliła. Drogi raczej kiepskie.  Zaletą są widoki w Kaukazie oraz malownicze wsie wyjęte jakby z XIX wieku.



 

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1