73. 2015. HAGA - AMSTERDAM Z RAJLAWEN***

 

Haga - nieszczególnie, ale Amsterdam wywołał entuzjazm w klubie.  I jestem pewien , że nie tylko z powodu kanałów i rowerów. Zatem jedzie grupa liczna ponad miarę.

My starujemy z Przasnysza z Piotrkiem i Lucyną. Wcześniej dojechał do nas Andrzej. Po drodze zajeżdżamy do Torunia.  Kawka, siusiu  u Sławka, który dołącza do grupy.  To nasza podgrupa. Nocujemy w jakimś zajeździe po drodze. Miejsce fajne, ale właściciel niesympatyczny. Wieczorem wspólna kolacja, rano spacerek dla odzyskania zdrowia i w drogę. Pogoda z tych średnich - popaduje. Robimy postój w Schwerinie.


 Przejedziemy jeszcze kawałek i robimy nocleg w Rotenburgu. Padało coraz mocniej i jesteśmy przemoczeni do suchej nitki mimo deszczówek. W pokoju wieszamy mokre rzeczy na wszystkich wystających elementach. Niech się suszą.  Przed wyjazdem widziałem jakiś program podróżniczy, gdzie zachwalano to miasto jako pełne zabytków, mury obronne, zamek. Nic się nie zgadza. Sprawdzamy i okazuje się, że miast o tej nazwie jest w Niemczech kilkanaście. Mogliśmy sobie darować - to nie te.

                                                    ROTENBURG  nie ten

Wjeżdżamy do Holandii i od razu widać inne klimaty: wiatraki, kanały, inna architektura. Wiele lat temu, gdy pierwszy raz  byłem w Holandii i w Belgii  zapamiętałem, te ich piękne domki na każdym kroku. Zwyczajne bardzo w kształcie - ot takie pudełka, ale wszystkie były ładnie wykończone, przed nimi panował porządek. Uwagę zwracały ogrodzenia  z dwóch na płasko w poziomie umocowanych szerokich i krzywych desek. W Polsce dopiero po wielu latach pokazały się podobne. U nas para idzie w gwizdek. Często dom jest wypierdzisty, sam dach wielospadowy kosztuje majątek, ogrodzenie drugie tyle - ale często widać, że zabrakło determinacji, żeby wszystko wykończyć, dbać o prządek. Z tyłu "pałacu" stoi często koszmarny budynek gospodarczy. Może jeszcze letnia kuchnia, w jakiej kiedyś  parowało się kartofle dla świń.

A tu jest skromnie - ale za to wygląda. Pamiętam, że wtedy moją uwagę zwróciły też duże panoramiczne okna - nawet w starych domach.

W Amsterdamie mamy nocleg w sieciówce, trochę na przedmieściach. Na śniadaniu spotykamy się wszyscy w komplecie.  Jest Piotr z Kamilą. Jeżeli przyjechała z nim jako pasażerka na R 1 - to ma dziewczyna charakter.  Mamy okazję ją poznać. Rano ruszamy do Hagi. Jest koło 15 motocykli, niektóre podwójnie obsadzone - dużo nas. W Hadze jest nasza ambasada i do niej jedziemy. Spotkanie z ambasadorem bardzo przyjemne. Jedno z sympatyczniejszych. Piotr opowiada o naszym klubie, przekazuje ambasadorowi naszą koszulkę rajdową. Ambasador z kolei opowiada o strukturze organizacyjnej Holandii, o Maczku i jego żołnierzach, o szacunku jakim tu się darzy polskich żołnierzy. Ciekawostka: władzą np. w każdej prowincji jest komisarz królewski, a nie samorząd.  Potem siadamy do stołu - danie specjalne - śledzie. Nie znam się na tym,  ale chyba marynowane. Ambasador pokazuje jak się je w/g miejscowej tradycji je. Z talerza za ogon, głowa do tyłu usta na całą szerokość i odgryzamy spory kawałek. Co kraj to obyczaj. Rosjanie, wojskowi najpierw obijali śledzia o cholewę.  O ile byli w butach !




 Po wizycie w ambasadzie jedziemy nad morze. Tu mam niemiłą przygodę. Z niesionego w ręku kasku wypada mina ziemię nawigacja Garmin Navigator V. To niewielka wysokość, max. 50cm od ziemi - ale przestaje działać. Dziwne. To nawigacja motocyklowa, dedykowana do BMW, wygląda solidnie, jest ciężka, mocna. Nie widać żadnego uszkodzenia, ale nie działa. Kłopot - bo jeszcze mamy w planie wyjazd w Alpy i przydałaby się. Po powrocie do domu gość od telefonów usunął usterkę za 50 zł - więc nie było to nic poważnego, ale nie powinno się zdarzyć !

Wracamy do Amsterdamu, motocykle zostawiamy na parkingu pod hotelem i kolejką jedziemy do centrum. Pierwszy szok na dworcu na widok parkingu dla rowerów. Parking jest piętrowy i na oko stoi tam ich kilka tysięcy. W centrum spacer po dzielnicy czerwonych latarni - jakżeby inaczej - i odwiedziny sklepów z zielem. W okolicy sklepów  i nie tylko pełno naćpanych kolesi. Nie wygląda to najlepiej. Są różne rodzaje papierosów i innych wyrobów o różnej mocy.  Ja nie miałem z tym wcześniej do czynienia - to nie moja bajka, ale oczywiście spróbować trzeba. Albo jestem odporny, albo było za mało - w każdym razie na mnie nie zrobiło to żadnego wrażenia. Na niektórych owszem - nawet wielkie. Jedni dostali tylko głupawki i śmiali się z byle czego - inni poważnie się pochorowali, tym bardziej, że łączyli specyfiki z alkoholem. Najbardziej oryginalny sklep o nazwie Condomerie z prezerwatywami różnych wielkości,  kolorów, dodatków i na różne "okazje".  Obowiązkowa fota przed wystawą. Szybkie jedzenie w Mc Donaldsie  (światowo) przy przystani i wsiadamy na statek wycieczkowy po kanałach. Bardzo wygodna forma zwiedzania, dużo można zobaczyć, nie trzeba się przesiadać i nie trzeba się nachodzić. Widzi się miasto z niezwykłej perspektywy, z dołu.

Wieczorem kolacja organizatora. Jest super atmosfera, chociaż kilka osób "po zażyciu" - wyraźnie niedysponowanych. Spuszczam na to zasłonę milczenia.

Nazajutrz ruszamy w drogę. Piotrek z Lucyną wracają do domu ( na jeden raz; dobry wynik), a ja z Jolą, Hubertem z Magdą,  Sławkiem i Andrzejem jedziemy w Alpy do Garmisch. Po drodze nocujemy w Rotenburgu - tym właściwym. Miasto rzeczywiście malownicze, historyczna zabudowa. Po zakwaterowaniu, po południu spacer, zwiedzanie.

Kolejnego dnia jesteśmy w Garmisch-Partenkirchen. Tu odbywają się corocznie zloty motocykli BMW. Przyjeżdża sporo motocykli. Niby jest fajnie bo sporo atrakcji: wystawy, wycieczki, pokazy, można kupić jakieś akcesoria. Ale moim zlotem jest Faaker. Tam się więcej dzieje!  I zdecydowanie bardziej kolorowo.


Drugiego dnia rozdzielamy się. My ze Sławkiem jedziemy się najeździć w Alpy - bo nam wiecznie mało jazdy. Robimy szybką trasę, Sławek z przodu , ja z tyłu filmuję z ręki. Staram się nadążyć za nim na szybkich zakrętach.  Na szczęście nie pada, chociaż nie jest za gorąco.  To Niemcy , a nie Hiszpania - więc jeszcze sporo motocykli po drodze. W naszym hotelu widać ze dwie rodziny uchodźców. To dopiero początek. Za jakiś czas dopiero zacznie się prawdziwy exodus do Niemiec.

Wracamy przez Karlove Vary. mamy zaklepany hotel w centrum. Widzimy go, a przez dobre pół godziny nie możemy do niego dojechać. Uliczki jednokierunkowe, zakazy - masakra!  Sympatyczna recepcjonistka pozwala postawić motory pod zakazem,  na chodniku pod hotelem. Uprzedza tylko, żeby wyjechać przed 10tą - gdy zaczynają obchód strażnicy miejscy. Nigdy tu nie byłem - a szkoda. To prześliczne miasto - kurort. Ciekawa, chyba XIX wieczna uzdrowiskowa zabudowa, ładne wille i kamienice, sklepiki z pamiątkami. Reklamy w sklepach - głównie po niemiecku i angielsku. Zdroje do pobierania wód mineralnych.  Wszystko odnowione, czyściutko.  Widać, że nastawione na zachodnich turystów po dwujęzycznych napisach i cenach podanych w EUR.  Kolacja na mieście w ogrzewanym namiocie restauracyjnym.


W drodze powrotnej nocujemy w Świeradowie Zdroju. Jak po uzdrowiskach - to po uzdrowiskach. Też niby ładnie, ale to jednak o dwie klasy niżej od Karlovyvh.  Szkoda!

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1