72. 2016. HISZPANIA Z MOTOTURIST

 

Z Hiszpanii startowałem do wielu wypraw, ale po Hiszpanii za wiele nie jeździłem. Przyszła pora , aby to nadrobić. Tym razem start nie z Malagi , a z Alicante. Cała grupa nocuje w hotelu, ja natomiast jako gość specjalny mam zaproszenie do Artura i Agnieszki, którzy z kolei korzystają w willi użyczonej przez przyjaciół z Berlina. Fajne miejsce, trochę zaniedbane, bo właściciele korzystają z niego okazjonalnie. Wyposażenie trochę już wysłużone domaga się pilnego remontu. Ale jest taras, są podcieni, trochę zieleni.  Ważne - gdyż mimo, że to połowa października - jest jeszcze całkiem ciepło.


Po zakwaterowaniu, wieczorem jedziemy wszyscy na wybrzeże. Trochę chodzimy po promenadzie, idziemy na nabrzeże,  oglądamy statek stylizowany na historyczny, Jakiś stary, zasuszony Wietnamczyk rzępoli na ludowym instrumencie.  Trochę dalej rozstawili się malarze z obrazami, na gitarze gra (dobrze) jakiś młody facet. 

 

Oczywiście wycieczka musi się nakarmić, siadamy w sporej grupie - gdyż spotykamy część uczestników, którzy przylecieli wcześniejszym samolotem i też chodzą po mieście. Robimy długi stół, zamawiamy jedzenie, piwo, toczą się rozmowy, wspomnienia z poprzednich wypraw. Większość zdecydowana uczestników zna się już z poprzednich wypraw.

Rano typowe hiszpańskie śniadanie - czyli nasza jajecznica, kawka na tarasie i czekamy, aż zjadą busem pozostali uczestnicy z hotelu, gdyż tu u nas stoją wszystkie motocykle. Gdy w końcu ruszamy - zaczyna się lekka mżawka. 

Ruszamy wszyscy razem, ale po kilkudziesięciu kilometrach grupa się rwie na kilka podgrup. Ja mam awarię kasku. Puściło mocowanie szyby z jednej strony, o mało co nie odpadła, ale na szczęście udało mi się ją przytrzymać ręką. Trochę popaduje, więc nie mogę jej przykleić taśmą na sztywno - bo nie da się podnosić i będzie mi parowała. Zostawiam szparkę na wentylację. Wieczorem dokonuję porządniejszej naprawy. Ponieważ zawsze wożę ze sobą podręczny zestaw naprawczy, a w nim min. trochę różnych śrubek i podkładek - udaje się kask porządnie naprawić. Od kilku lat jeżdżę w kaskach Lazer. Kaski wyższej/ średniej klasy, których główną zaletą jest szyba fotochromatyczna - czyli reagująca ściemnianiem i rozjaśnianiem w zależności od nasłonecznienia. Drugą zaletą jest waga. W wersji karbonowej, rozm. XL -  której używam - szczękowy waży zaledwie 1350 g. Nie jest specjalnie cichy, ale w/g mojej wiedzy nawet te z najwyższej półki - też specjalnie ciche nie są. Szczególnie jak się dopnie do nich np. intercom. Zresztą moja opinia jest taka, że większość cudownych zalet kasków, ubrań i akcesoriów motocyklowych swe zalety ma jedynie w katalogach. Tu zatrzymuje, tu przepuszcza, tu grzeje , a tu chłodzi - w większości to nie działa, a na pewno nie w takim stopniu jak wynika to z opisów.

Kręcimy się cały dzień po górkach, pogoda w kratkę. Wieczorem szukamy swojej kwatery. To jakieś małe miasteczko, a kwatera poza miastem, brak oznaczeń - trafić trudno. Kręcimy się po okolicy.  W końcu znajdujemy. Na dużej sali wspólna kolacja. Grupa wyjątkowo duża, z silną podgrupą z Lubina. Jest wesoło, odreagowujemy po całym dniu jazdy w kiepskiej pogodzie i mozolnych poszukiwaniach kwatery. Po kolacji oglądamy wspólnie mój film z wyprawy Hiszpania-Francja-Włochy. Maciek ma bardzo fajny rzutnik wielkości małej piersiówki, który odtwarza filmy z pendriva.  Czego to ludzie z głodu nie wymyślą i małe chińskie rączki nie wyprodukują. 

Rano pada. O - nie tak miało być!   Na ostatnich wyprawach pogoda nam nie dopisuje. Śmieję się, że rząd Senegalu zwróci się do Artura o zorganizowanie wycieczki do nich - bo tam od czterech lat nie padało - i to może sprowadzi deszcz.    Jedziemy w góry Sierra Nevada.  Wjeżdżamy na wysoką płaszczyznę z ładnym widokiem na otaczające góry.  Jest zimno. Oddział jakichś wojsk specjalnych zajechał samochodami na ćwiczenia. Uciekamy w dół - może będzie cieplej. Po drodze zatrzymujemy się nad zaporą wodną.




Nocleg w Ronda. Jakie śliczne miasteczko. I dojazd ciekawy po szybkich zakrętach. Wieczorem idziemy na miasto, jest już cieplej, ale upału nie ma. Ronda ma ładny rynek wyłożony terakotą, wokół szacowne kamienice. Ratusz, oczywiście kościół. W bocznej uliczce arena do corridy.  Podobno jedna z pierwszych w Hiszpanii.  Park z widokiem na okoliczne wzniesienia, leżący na wysokim zboczu. Zbocze urywa się i przechodzi w stromy jar, a nad nim największa atrakcja tego miasta - most nad tym jarem. Dołem płynie niewielka rzeczka Guadalevin. Miasto składa się z dwóch dzielnic Ciudad - arabskiej-mauretańskiej  i nowszej Mercadillo - chrześcijańskiej,  powstałej po rekonkwiście. Na krawędziach jaru stoją stylowe kamienice. Most wznosi się prawie 100m nad rzeką, był zbudowany w połowie XVIII wieku.  Zawalił się wtedy grzebiąc 50 osób, po czym go odbudowano. W czasie wojny domowej z tego   mostu zrzucono podobno ok. 5 tys. osób. Nad mostem było więzienie. Ciekawe i straszne miejsce zarazem. W Rondzie jest pałac dawnych władców arabskich, nazywany małą Alhambrą. Z pewnością warto tu zajechać i zanocować, aby poczuć klimat miejsca. Można dostać się na dół, nad samą rzeczkę aby podziwiać widok mostu i kamienic z dołu. 



Rankiem jeszcze spacer po mieście,  żeby się nim nacieszyć. Zwracam uwagę na przepiękne kute kraty i balustrady na wszystkich domach,  z wyraźnymi wpływami arabskimi w stylistyce.  Wyjazd. Kierujemy się do Gibraltaru. Miejsce ciekawe z wielu względów: malowniczo na wzgórzu położone w pobliżu mitologicznych  Słupów Heraklesa, o nietypowej sytuacji politycznej - to brytyjska enklawa na terytorium Hiszpanii.                                                                                                      Przypomina mi się historia opowiedziana przez Jacka, gdy wspólnie z naszą znajomą Aśką dojechali do Gibraltaru i gdy chcąc się o coś zapytać,  podeszła do policjanta w charakterystycznym kasku i spytała go  czy mówi po angielsku. Na co on z powagą i dumą odpowiedział: I am English.  Sam wjazd do miasta jest ciekawy, gdyż droga prowadzi w poprzek  przez czynny pas startowy. Na na czas startu-lądowania jest zamykana barierami. Dla nas też miejsce szczególne, ze względu na losy Sikorskiego. Stoi tam na uboczu jego pomnik. Jedziemy malowniczą drogą wzdłuż wybrzeża. Na uliczkach dojazdowych na górę jest bardzo tłoczno.  Motocykle zostawiamy na  (płatnym)  parkingu i kolejką linową wjeżdżamy na górę.  Kiedy byłem tu pierwszy raz z 15 lat temu,  nie było problemu z wjazdem motocyklem na samą górę, na której są ustawione stare działa.   Widok na port wojenny. Na szczycie, na tarasie widokowym rządzą małpy, które są tu pod ochroną - gdyż legenda mówi, że Anglicy tak długo utrzymają się w posiadaniu Gibraltaru - jak długo będą tam małpy. Na małpy trzeba uważać, bo nie do końca są przyjazne. Maćka ugryzła boleśnie w ramię - a raczej nie są szczepione. Potem zjeżdżamy w dół, robimy kółko wokół  skały, pamiątkowa fota pod meczetem i jedziemy do Estepony - gdzie mamy kolejny nocleg. 

 Po drodze drugi raz w życiu zatankowałem diesla, tym razem do GSa. Na szczęście tylko trochę bo zaraz zabrakło.  Nie sprawdziłem pistoletu na dystrybutorze, koledzy przede mną tankowali we dwóch i widziałem jak ten drugi odwiesza pistolet po mojej stronie.  Niestety benzyny też nie było, żeby diesla rozcieńczyć. Tak więc na mieszance benzyna-diesel, tak mniej więcej pół na pół,   musiałem dojechać do najbliższej stacji. Tam zatankowałem etylinę 98 do pełna i na każdej kolejnej stacji dolewałem benzyny, żeby rozcieńczyć diesla. Silnik kopcił z początku, ale jakoś to zniósł bez większych problemów.

Idziemy zjeść coś dobrego i lokalnego - czyli do Chińczyka!  Jedzenie było przednie i do tego ślicznie podane. 

Kolejny etap Almeria. Ładny hotel. Nie wiem czemu po raz pierwszy na tej wyprawie założyłem blokadę na przednie koło GSa.   Rano byliśmy zajęci wbijaniem koordynat do GPSów. Mnie jakoś nie wchodziły i byłem tym zajęty. Nagle wszyscy zaczęli odjeżdżać. Ja  nie zdążyłem uporać się z GPSem,  a nie znałem nazwy kolejnego hotelu gdzie nocowała cała grupa, ani adresu mojej willi w Alicante. Aby nie zostać - jako ostatni ruszyłem za nimi. Niestety bez zdjęcia blokady. Na szczęście nie przewróciłem się - co jest normą w takich razach.  Ale zjechałem już przednim kołem z chodnika na jezdnię. I tu zrobił się problem. Nie mogłem otworzyć bocznej stopki bo przednie koło było nisko na asfalcie,  a tył był jeszcze wysoko na chodniku. Więc musiałem jakoś z  motoru zejść i trzymać go nie tracąc przy tym równowagi, okrążyć żeby znaleźć się po prawej jego stronie, potem trzymając go w pionie barkiem, schylić się, zdjąć blokadę i dopiero zjechać nim z chodnika. Wierzcie mi - nie było to proste - a  nie było już nikogo, by mi pomóc. Potem goniłem grupę, która nie jechała główną trasą wzdłuż wybrzeża.   Z lekkim przerażeniem - co będzie jak ich nie dogonię. A telefon nie zawsze działał.                                                                                                                        Na domiar złego mój GPS nagle się zbuntował i musiałem stanąć i rozbierać go na drodze,  aby zrobić reset. To przypadłość Garmina 350, 550,  Navigatora  V  i  VI  (i nie tylko), że w najmniej oczekiwanym momencie nagle wyświetla się komunikat o treści mniej więcej takiej, że pamięć jest pełna. Mnie zdarzyło się to kilka razy w różnych modelach i wiem, że inni mieli podobne problemy. Sytuację ratuje reset przez wyjęcie baterii. Ale trzeba mieć maleńki śrubokręcik do odkręcenia pokrywy - chyba nie bez powodu jest on w zestawie - i odłączyć zasilanie w miniaturowej złączce, którą łatwo uszkodzić. Ostrzegam!


Na  szczęście po drodze natknąłem się na Leszka z Lublina i razem żeśmy dojechali do celu.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1