68. DOLOMITY Z KANALIĄ. 2014.



                                              PASSO DI STELVIO
  Jedziemy we dwóch.  Sławek - Kanalia i ja. Sławek na MT09 ? ja na GS 1200.  Jest lipiec. Liczymy na pogodę. Dolomity - południowa strona Alp - powinno być OK. 

Pierwszy nocleg w Austrii w jakimś mieście, którego nazwy nie pomnę, w hotelu o bardzo ciekawej elewacji. W środku też ciekawie.  Może Kris po fotografii dojdzie co to za hotel i co to za miasto. Może tak jak do identyfikacji muzyki jest aplikacja Shazam, może jest coś takiego do identyfikacji budynków. Fajnie by było, bo ciekawe.                                      Rano już po godzinie nękania głosem, prośbą i groźbą, ryzykując trafienie butem w czoło udaje mi się podnieść Sławka do pionu.  Chwali się, że jest emerytowanym oficerem, ale wojskowej dyscypliny, wstawania po pobudce nie nauczyli. Podnieść go o przyzwoitej porze to wyzwanie.  Przy śniadaniu sprawdzamy pogodę, bo za oknem jakoś tak nie wyraźnie. Wysoko w górach ma być 2 stopnie - dobrze, że na plusie. Ale możliwy też śnieżek. Wnętrze hotelu też oryginalnie urządzone, czekając na śniadanie rozglądamy się po ścianach.  Widać rękę dekoratora wnętrz.




Po drodze pogoda w kratkę. To pada, to słońce. Ubieramy deszczówki, zdejmujemy deszczówki.  Upał dochodzi do 10 stopni - szału nie ma ! Przejeżdżamy na stronę włoską - Jaufen Pass  (Passo Giowo) 2094 mnpm.  Słonecznie ale nie pada. Do przełęczy prowadzi piękna droga - serpentynami. Z przełęczy widać ich część.  Po drodze była przerwa na rozgrzewkę. Gulaschsuppe i Apfelstrudel. Gorąca herbata.

Po zjeździe na południową stronę, w dół robi się w końcu trochę cieplej. Ponownie się rozbieramy z deszczówek. Nocujemy w niewielkim miasteczku w pensjonacie. Na kolację pizza. Idziemy się przejść, żeby rozprostować kości po całym dniu jazdy. Trafiamy na jakiś festyn. Występy folklorystyczne. To Siid Tirol, czyli Południowy Tyrol. Napisy dwujęzyczne, tzn. włoskie i niemieckie. To się zdarza, nawet w Polsce (dwujęzyczność). Ale zdziwienie budzi fakt, że wszystkie występy, piosenki, zapowiedzi są tylko w języku niemieckim. Stroje również - czyli skórzane, krótkie spodenki na szelkach, kapelusiki i podkolanówki. Przyglądamy się  kilkanaście minut, ale jakoś nieswojo się czujemy.


Kolejnego dnia podążamy na Passo di Stelvio. To kultowe miejsce dla motocyklistów z całej Europy i nie tylko. Dojazd w górnych partiach po krętych, wolnych serpentynach za którymi  nie przepadam - ale Sławek jeszcze tu nie był.



"Kultowość" takich miejsc tak Stelvio, czy Grossglockner to już przeżytek tak naprawdę i trzeba sobie to uświadomić. Wjechanie na taką przełęcz w latach dwudziestych po kocich łbach, na  5 konnej 250tce było wyczynem i dla motocykla i dla kierowcy. Wjechanie obecnie 100, czy 150 konnym motocyklem po równym asfalcie  to przecież żaden wyczyn. Chociaż z drugiej strony jak widzę na You Tube ilu kierowców wywraca się na tych serpentynach, to żal dupę ściska. Ale to raczej brak podstawowych umiejętności, niż trudność trasy. Moja Jolcia wjechała na Stelvio dwa razy i na Grossglockner na czysto.  Ale to świadczy tylko o tym, że ona dobrze jeździ.  Ja osobiście wolę cały dzień spędzić na szybkich łukach, niż wić się po serpentynach na jedynce i dwójce. Pomimo tego, co jakiś czas tam jeżdżę zaprzeczając jakby temu co przed chwilą wyznałem - ale to raczej dla widoków lub by pokazać Alpy kolejnemu kumplowi.

Tak więc dojeżdżamy na przełęcz Stelvio. Po drodze wyprzedzamy rowerzystów.  Ciągną pracowicie pod górę. Para z nich idzie. Zawsze podziwiam ich determinację, a naprawdę widywałem ich w nieoczekiwanych miejscach, np. w Himalajach.  Popaduje, robi się mgła i po zrobieniu kilku ujęć jedziemy w dół. Może będzie cieplej? I rzeczywiście po drugiej stronie jest słońce, więc kolejny raz się rozbieramy.  Kilkaset metrów w dół, przejazd przez tunel i robi się wyraźnie cieplej. Potem znowu pada i tak w kółko. Po drodze Sławek zaczyna się ścigać z dwoma Szwajcarami na GSach.  Puszczam ich do przodu. Ja już trochę się w życiu wyszalałem. Sławek jest o 10 lat młodszy - niech się wykaże. 

Zajeżdżamy do Livigno. To miejscowość narciarska, ulubiona przez Polaków - co nie jest jej zaletą.  Głównie z powodu tanich alkoholi i benzyny, bo to strefa bezcłowa.  Na 3000 metrów na jakich są trasy narciarskie długo leży śnieg.  Zajeżdżamy na spaghetti. Oj kiepsko trafiliśmy.  Widać, że to nie sezon,  bo coś z nim nie tak. Po reklamacji kelner podaje nam dwa porządne ciacha z kawą na koszt firmy.  OK.  Może nic nam nie będzie. 

Jeszcze Passo Rolle i zatrzymujemy się na nocleg w stylowym alpejskim hotelu. I to by było na tyle!

 


PS

Po napisaniu powyższego tekstu udało mnie się ustalić co to było za miasto i co to za hotel o którym pisałem na wstępie. Miasto to Sankkt Veit an der Glan, a hotel nazywa się Kunsthotel Fuchspalast zaprojektowany przez znanego austriackiego malarza Ernsta Fuchsa. Niebanalny styl tego obiektu nazywany jest realizmem magicznym. Wybudowany w 1998 r rzeczywiście sprawia nieco bajkowe wrażenie. Z pewnością wyróżnia się z pośród innych obiektów hotelowych. 

Komentarze

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. KRIS!
    Masz ogromną wiedzę i chętnie z niej korzystam jako z deski ratunkowej.
    Pozdrawiam.
    Ale przyznasz, że obiekt ciekawy i jak na hotel nietypowy.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1