66. 2019. TOSKANIA Z JOLĄ, PIOTRKIEM, WIEŚKIEM I DWOMA LUCYNAM
Ruszamy z Przasnysza: Jola - na Kawasaki , Piotrek z Lucyną na KTM i ja na Triumphie. Pierwszy etap do Valtic w Czechach, tuż przy granicy z Austrią. Hotel Saleta, położony tuż obok pięknego pałacu. Jest upalnie, na miejscu jesteśmy po południu. Jechaliśmy autostradami, żeby nie tracić czasu. Autostrady w Czechach i na Słowacji są bezpłatne dla motocyklistów. Austria opłata ok. 7 EUR bodajże na 7 dni. Wieczorem idziemy na spacer po miasteczku. Jest urocze, duży rynek, stara zabudowa. Piwo, coś na kolację i idziemy spać. Rano piękna pogoda, nawet aż za... bo wczoraj było ponad 30 stopni. Śniadanko w hotelowej restauracji, kawa pod parasolem na dworze, fotki na tle pałacu i starujemy.
Jedziemy dłuższą drogą, bo chcę pokazać im Dolomity. Dlatego kierujemy się na Cortiną d Amapezzo. Ale nocleg tego dnia wypada nam w Bolzano. Nasz pokój hotelowy, wcześniej zarezerwowany nie jest posprzątany, dostajemy inny w drugiej części obiektu, po drugiej stronie uliczki. W ramach rekompensaty mamy sporą zniżkę. Nam pasuje. Zamiennik jest OK. Przy śniadaniu małe nieporozumienie z kelnerką. Zamawiamy " late." - co w Polsce oznacza kawę late. Kelnerka dopytuje się czy ma być ciepła, czy zimna ? Nieprzytomna - czy co? Ciepła oczywiście! Przynosi nam podgrzane mleko! I słusznie. Late to po włosku przecież mleko i tylko mleko. Racja! Jemy na tarasie pod płóciennym dachem, nieśpiesznie. Jesteśmy na urlopie.
Docieramy w Dolomity. Piękne widoki, piękne trasy, sporo motocyklistów. Cortina, Corvara, Arabba. Robimy kółeczko. Jola jest zmęczona - zostaje i czeka na nas w Arabba. Po powrocie zaczyna padać i grzmi. Zamawiamy pizzę i czekamy, aż przestanie padać. Kolejny nocleg w prywatnym apartamencie z własnym śniadaniem.
Nawiązujemy łączność z drugą grupą w której jest min. Hubert z Magdą, drugi Hubert, Grzesiek z dziewczyną i Kanalia. Oni pojechali do Chorwacji. Robimy sobie jaja. "Tłumaczowi" w telefonie każemy wyrecytować: Sławek jeździ jak pizda. Po włosku przetłumaczona jako "pippi". Puszczamy to tamtej grupie przez telefon. Dostajemy od nich informację, że Kanalia miał przykre zdarzenie. Na autostradzie przy 140km/h wystrzeliła mu przednia opona. Właściwie to wyrwał się wentyl z nakręconym dodatkowym czujnikiem ciśnienia. Trochę go woziło, ale opanował maszynę. Stracili tylko kilka godzin oczekując na przyjazd assistance. Od razu dodam, że w 2020 roku awaria się powtórzyła u niego, tylko tym razem w tylnym kole. Piszę to jako ostrzeżenie dla potencjalnych chętnych na montaż takiego dodatku. Najwyraźniej dodatkowy ciężar jaki stanowią te czujniki nakręcone na wentylu powoduje jego stałe wychylenia przy zmianie prędkości i hamowaniu - a w efekcie wentyl nadrywa się co powoduje gwałtowne ujście powietrza. Nie polecam - bo dwie awarie to chyba nie przypadek !!! Fabryczne czujniki z jakimi miałem do czynienia umieszczane są wewnątrz felgi i coś takiego nie powinno się zdarzyć, a nawet nie może się zdarzyć!
Wieczorem docieramy do Marlii. Volvo już stoi - znaczy, że Wiesiek z Lucyną już dotarli. Otwierają nam bramę. Mamy do dyspozycji stary budynek gospodarczy przy bramie wjazdowej przerobiony na apartament. Na dole kuchnia, jadalnia i salon oraz kibelek z natryskiem, na górze trzy sypialnie z klimatyzacją. Do dyspozycji mamy podwójny stolik pod sułtańskim namiotem rozstawionym przed wejściem do kuchni. Okna od południa, a że są upały - to trochę nie najlepsza lokalizacja. Przyjeżdżamy po sporej burzy z wichurą, która narobiła trochę spustoszeń w ogrodzie - bo do dyspozycji jest jeszcze ogród. Cały obiekt to stare XVIII wieczne gospodarstwo. W głównym budynku - gdzie dwa razy nocowałem - są stylowe meble na piętrze, obrazy. Klimatycznie.
Po południu jedziemy oglądać b. stylowy most - Ponte Diavolo. Stary, kamienny, tylko dla pieszych. Bardzo stromy. Wieczorem Lucyna bardzo źle się poczuła, do tego stopnia, że przez panią Marię trzeba było wezwać pogotowie. Było sporo nerwów i zamieszania. Karetka zabiera ja do szpitala. Na szczęście medycyna okazała się bezradna i wyszła z tego żywa. Wrócili ok. 2 nad ranem. Miała szczęście. Znajomy lekarz twierdzi, że jak pacjent ma silną wolę przeżycia, to i medycyna jest bezradna. Ja twierdzę zaś, że medycyna ostatnio zrobiła takie postępy, że najzdrowszego jest w stanie wykończyć w ciągu doby. Ot - dwa punkty widzenia. Nazajutrz jedziemy do Volterra, a potem nad morze - na życzenie pań. Jola jedzie ze mną jako pasażer - znaczy: już sobie q... porumakowałem. Ale to wyjazd dla dziewczyn. Mamy spełniać ich życzenia. Nawet takie jakie Szwejk spełniał! Tylko może nie sześć. Upał jak diabli, na każdym postoju podstawowa sprawa - znaleźć cień! Po drodze zatrzymujemy się przy wiszącym moście prowadzącym na drugą stronę doliny. Postój na kawę w cukierni. Robimy przerwę przy wspaniałym toskańskim gospodarstwie z kutą bramą i długą drogą dojazdową, wysadzaną stylowo tujami. Na końcu drogi widać rozległe zabudowania. Piotrek puszcza drona. Filmy z drona zawsze są niesamowite, niezależnie od tego, że można dużo więcej zobaczyć z góry.
VOLTERRA
Dojeżdżamy do Volterra. Idziemy zwiedzać. Upał. Motocyklowe buty i spodnie, kurtka i kask w ręku - nie sprzyjają wycieczkom. Na szczęście uliczki wąskie, domy wysokie i zawsze po jednej stronie jest cień. Duży rynek, obowiązkowy kościół. Zaglądamy przez bramy na podwórka, oglądamy stylowe kołatki przy drzwiach, skomplikowane ornamenty na odrzwiach, fontanny. Ot takie impresje. Wychodzimy na południową stronę. Z tarasu piękny widok na otaczające w oddali miasto wzgórza. Puszczamy drona. Nie mamy pewności czy to legalne - więc szybko. Potem obowiązkowa kawa w kawiarni, jakaś bruschetta na zagryzkę. Uwielbiam te toskańskie klimaty. Po drodze, nie zajeżdżając do miasta, z drogi na wzgórzu oglądamy San Gimignano z jego charakterystycznymi wieżami. Podobne wieże widziałem w Gruzji, chociaż mniejsze i o wyraźnie obronnym charakterze. Te toskańskie niczemu nie służyły - miały jedynie wysokością świadczyć o pozycji materialnej właściciela.
Po drodze zmiana planów. Rezygnujemy z plaży. Zrobiło się późno no i wycieczka jest zmęczona. Po drodze jeszcze jeden posiłek: szynka parmeńska, sery, sałatki, cola, kolejne kawy. Nie ma to jak proste chłopskie życie.
Po powrocie spotykamy się z Wieśkami. Jeździmy osobno, bo autem nie mają szans za nami zdążyć, tym bardziej, że Wiesiek nie należy do ścigantów. To raczej Slow Rider. Ale wieczorami przy wspólnych kolacjach mamy co opowiadać, bo każda grupa była w innych miejscach. Popijamy winko, chociaż ja wolę mocniejsze trunki. Mamy wspólne zakupy, wspólną kuchnię. Tak jest najwygodniej.
Kolejnego dnia zatrzymujemy się w małym miasteczku na odpoczynek. Z trudem znajdujemy coś otwartego. To ta cholerna sjesta. Fajna pizzeria, ładny wystrój. Do kawy zamawiamy po aperolku z prosecco i pomarańczą. Wspaniały napój. To miasteczko położone na wzgórzu można obejść w 10 minut naokoło.
Po południu wyprawa do Cinque Terra. Motorami podjeżdżamy pod dworzec kolejowy w Lukce, zostawiamy je na niestrzeżonym parkingu i pociągiem jedziemy do pierwszego miasta z pięciu. Od tej liczby których pochodzi nazwa. Tłumy ludzi. Miasteczka bardzo klimatyczne, od jednego do drugiego można poruszać się pociągiem. Może to kwestia upału, może tłumów ludzi na każdym kroku - ale jakoś mnie nie porywa. Na posiłek czekamy godzinę. Może się odechcieć.
Na plaży byliśmy tylko raz, w drodze powrotnej z jakiejś wycieczki. Plaża płatna, dostaliśmy miejsce pod parasolem. Jest piaszczysta, ale "kudy" jej do naszych plaż bałtyckich. Woda w morzu ma temperaturę zupy, nie ma mowy żeby się ochłodzić. Potem już nawet nie próbowaliśmy plażingu.
Jedziemy do Pizy. Udaje się zaparkować blisko krzywej wieży. Oczywiście wszędzie tłumy ludzi. Świat zwariował. Wszyscy jeżdżą - kto siedzi w domu? Bezpieczeństwa pilnują żołnierze. W oddali widać rzeźbę - czy raczej odlew Ikara, naszego polskiego rzeźbiarza Igora Mitoraja. Identyczna jak ta w Dolinie Templariuszy. Ciekawe czy to ta sama, czy tylko taka sama? Prawie każdy chce tak się ustawić do zdjęcia z wieżą - by wyglądało, że ją podpiera. Trochę nerwowo, bo zaparkowaliśmy pod zakazem, więc zwiedzanie na szybko.
Odwiedzamy Vinci - rodzinne miasto Leonarda. Oczywiście jest tam muzeum jemu poświęcone. W środku trochę rekonstrukcji jego projektów technicznych. Na mnie kiedyś wrażenia specjalnego nie zrobiło. Dlatego czekam na naszą wycieczkę przy stoliczku na ulicy obok małego baru. Ich nieobecność się przedłuża, a cień w którym znajdowałem się na początku - powoli się kurczy. Wycieczka jest pod wrażeniem znanego obrazu, chociaż mają podejrzenia, czy to na pewno oryginał?
Florencja - tłumy. Kolejka wokół duomo poczwórna i otacza katedrę naokoło. To chyba parę tysięcy ludzi. Ograniczamy się do spaceru wokół placu. Jestem tu po kilkunastu latach od czasu pierwszego pobytu. Wyraźnie widać jak bardzo nasiliła się turystyka. Chcąc nastawić się na prawdziwe zwiedzanie, takie z zachodzeniem do środka obiektów, zdecydowanie trzeba wybierać terminy poza sezonem. Tylko czy jeszcze są takie?
Chcemy kupić do domów zapas prawdziwej oliwy prosto od producenta. Pani Maria daje nam adres do znajomego. Wbijamy namiary w GPSa, ale zaprowadził nas do Lukki. Coś nie tak. W końcu udaje nam się zlokalizować go kawałek za miastem. To całe gospodarstwo. Spore zabudowania, stylowa brama, stoją jakieś stare sprzęty rolnicze. Zaprasza nas mody człowiek, właśnie wychodzi wycieczka dziewczyn - Rosjanek. W środku ładny wystrój, wyeksponowane produkty, na ścianach wiszą oprawione artykuły z gazet poświęcone temu miejscu. Wisi zdjęcie naszej aktorki Stalińskiej z dedykacją. Mieszkała kiedyś u Marii - widziałem wpis w księdze pamiątkowej. Jeszcze kilka znanych osób, min. chyba Zanussi. Jeśli dobrze pamiętam Zanussi kręcił tu w okolicy któryś ze swych filmów. Chyba w Lukce?
Na półkach jakieś eksponaty oliwiarskie ? Można zamówić wybraną oliwę, po degustacji zakupić i wlać do firmowej metalowej bańki odpowiedniej pojemności. Fajne, klimatyczne miejsce. Szkoda, że gospodarz śpieszy się. Chętnie zabawilibyśmy tu trochę dłużej, bo ciekawie opowiada. Sklepione, grube sufity - więc chłodno!
Powrót do Polski pociągiem Night Jet austriackich linii - odpowiednikiem Autozug z Berlina. Pakujemy się w Livorno i lądujemy w Wiedniu. Dworzec w Livorno stary, ale nowocześnie wyposażony. Za to otoczenie nieciekawe. Parking na którym się zatrzymujemy brudny. Stoją i leżą kawałki rowerów przymocowane łańcuchami do metalowych barierek. Reszta już ukradziona. W końcu nadjeżdża pociąg. Lory identyczne jak te z Berlina. Jest kilkunastu motocyklistów. Podziwiam tych na sportowych motorach, w skórzanych kombinezonach. My dawno poprzebierani - a i tak gorąco. Wsiadamy, mamy swój przedział z kuszetkami. Jedzie się całą noc. Można się przespać i odpocząć. Rano konduktor roznosi śniadania: kawa, herbata do wyboru, tostowe pieczywo, masło, jakiś mały pasztecik i dżemy. W Wiedniu rozstajemy się z Piotrkami, bo oni się śpieszą i chcą dojechać do domu na jeden raz. My zanocujemy po drodze w Olsztynie k. Częstochowy. Też miejsce klimatyczne z widokiem na ruiny zamku. Wieczorem pogoda się zepsuła, rano wyjeżdżamy już w deszczu.
OLSZTYN k. CZĘSTOCHOWY
Wrażenia: Toskanii zachwalać nie trzeba. Miejsce u Marii w Marlii jest bardzo wygodne jako punkt wyjściowy do zwiedzania, bo wszędzie blisko: Siena, Lukka, Piza, Vinci, Florencja. Ale decydując się na wyprawę głównie dla przyjemności jeżdżenia, a nie zwiedzania - lepsze byłoby miejsce bardziej na południe i dalej od wybrzeża. Ciekawe trasy są zdecydowanie niżej i żeby się do nich dostać trzeba codziennie przejechać min. 50 km zanim się zaczną. Często w korkach . Trochę to męczące.


































Komentarze
Prześlij komentarz