65. 2018 . GRECJA - TURCJA Z MOTOTURIST

 


Latem w 2016 w Turcji był zamach stanu i długo trwały i chyba jeszcze trwają represje jakie po nim nastąpiły. Zastanawiałem się czy jechać, czy będzie bezpiecznie. Artur zapewniał, że jest OK - więc jadę. 

Spotykamy się w Salonikach w hotelu Ambasador, który już opisywałem i który śmiało mogę polecić.  Pierwszego dnia mamy wycieczkę w góry. Na parkingu stoi Gold Wing z dwukołową przyczepą bagażową.  Para, która go dosiada nie jedzie z nami, Artur tylko przywiózł im motocykl. Spotkamy się dopiero po powrocie przy ładowaniu motocykli


W planie mamy odwiedziny Dziadka. Tak nazywamy b. sympatycznego Greka, który prowadzi mały bar w pobliskich górach. To już mocno starszy gość, chyba dobrze po 80tce, który sam ze wszystkim sobie radzi i którego zawsze odwiedzamy. Ale dotarcie do niego staje pod znakiem zapytania. Po drodze zaczyna się burza. Mamy szczęście, że akurat przy drodze był parking i cukiernia do której zdążyliśmy się schować. Tak lało, że woda pod oknami wystawowymi przedostawała się do wewnątrz i zalała całą podłogę w środku. Na szczęście deszcz był tyleż intensywny, co krótki, wyszło słońce i za pół godziny obeschło. Jedziemy do Dziadka. Byliśmy tam kilka razy i właściciel nas poznaje. Pokazuje nawet nowym księgę pamiątkową,  min. z naszymi wpisami. Tym razem siadamy w środku, bo stoły na zewnątrz i krzesła są mokre. Trochę to trwa, ale Dziadek przynosi nam smakołyki greckiej kuchni i od siebie jeszcze po lampce uzo. To straszne świństwo - ale za darmo! Pijemy. Choćby się porzygać przyszło. Oczywiście by nie urazić gospodarza.  Pali się w kominku, grzejemy się bo nie jest zbyt ciepło po burzy. Przypomina mi się jak przy takim kominku, czy raczej kozie grzaliśmy się w Maroku.


Następnego dnia jedziemy już do Turcji.  Lunch po drodze jeszcze w Grecji, w fajnej restauracji nad samym morzem. Niebieskie stoliki, białe obrusy. Prawdziwa grecka sałatka z dużym kawałkiem owczego sera na wierzchu. Zupełnie inaczej tu smakuje niż w Polsce.  Nocujemy w Alexandroupolis. Też fajne miejsce, hotel położony niedaleko plaży.  Wieczorem idziemy na piwo i coś zjeść w barze przy plaży. Obsługuje jakaś Ukrainka i pilnuje porządku. Nie może skumać, że nie wszyscy płacą za siebie, bo za niektórych koledzy. Opieprza płacących - za czem ty placisz? Ty już płacil.  Piwo po 5 EUR - lacno nie jest. Rano pobudka i to nie jedna. O świcie koguty. Potem zaczęły szczekać psy, a jak udało się ponownie zdrzemnąć - przyjechała śmieciarka. Taki folklor!


Przed granicą mała afera, bo grupa radośnie jedzie całą szerokością jezdni i trudno nas wyprzedzić. Jakiś tajniak w Golfie zatrzymuje ostatnich i ich opieprza. Ale tylko tyle. Na granicy bałagan polsko-turecki. Turcy po kilka razy wszystko sprawdzają, niektórzy z nas nie mają Zielonej Karty. Leszka z Lublina skierowali na skanowanie pojazdu.  Tracimy ze trzy godziny zanim wszystko się podopinało. Dojeżdżamy do hotelu w Stambule. Stambuł jest ogromny. Podobno mieszka tu ok. 20 mln mieszkańców. Tak naprawdę nikt nie wie ilu. Miasto ciągnęło się z 50 kilometrów zanim był hotel. W hotelu spotykamy się z kumplem Artura, który jest jego sąsiadem w Berlinie. Będzie nas oprowadzał po mieście i pomagał w skomplikowanej logistyce. Np. przy załatwianiu miejscowych kart do telefonów. To duże ułatwienie, bo mówi po polsku, gdyż ma żonę Polkę. Tureckie rodziny są bardzo liczne i trzymają się razem.  Rok wcześniej przez kuzynów pomagał Mariuszowi jak utknął na granicy tureckiej  z Gruzją z powodu niekompletnych papierów na leasing motocykla. Z leasingami często są problemy również w Maroku. 

Rano przez most nad Bosforem przebijamy się do Azji. Ładnie brzmi. Nawet obyło się bez korków i sprawnie poszło. Jedziemy chwilami bocznymi drogami, bo właściciele GSów strasznie napaleni na offroad. Mnie to rybka - jadę na Tigerze 800, ale nie jestem fanem kiepskich dróg za granicą.  Łatwo uszkodzić motocykl i potem mogą być wielkie problemy z powodu małego gówna.  Kiepskich dróg mam do oporu w Polsce - nie muszę jeździć do Turcji. Trafiliśmy na ramadan. Niezbyt fartownie. Trudno zrobić zakupy lub coś zjeść po drodze. Sklep otwarty - ale nieczynny. Restauracje podobnie. Tylko niektóre przy drogach są czynne.



Nocujemy w niedużym miasteczku na wybrzeżu Morza Czarnego. Hotel położony na wysokim zboczu z widokiem na miasto i port, ale dojście po schodach i motory zostają na odległym parkingu. Malowniczo - ale niezbyt wygodnie, bo trzeba nieść graty spory kawał.  Wieczorem ostra impreza. W pokoju ze mną śpi Mariusz, którego znam już od kilku wyjazdów i jest fajnym kumplem. Jest jeszcze zupełnie ciemno, pewnie koło 5 rano jak budzi mnie śpiew muezina. Teraz się zradiofonizowali i idzie to przez megafony na minaretach - nie ma mowy, żeby nie usłyszeć. Ten zaśpiew jest bardzo przenikliwy, taki dojmujący, przetykany chwilami przerwy kiedy echo odbija się od ścian. To koloryt krajów muzułmańskich. Więc budzę się i widzę, że Mariusz śpi na siedząco na balkonie. Może chciał lepiej słyszeć?   Rano robimy z niego jaja. Mówię, że wieczorem "dał z siebie wszystko! I sporo tego było!". 


Odbijamy na południe. Świetne górskie drogi. Trzeba przyznać, że drogi w Turcji generalnie są świetne. Zamieniam się motorami z Mariuszem i siadam na jego BMW 1100 XR. 160 KM - po Tigerze robi wrażenie - nie powiem.  Tylko quick shifter mnie nie powala. Po kilkunastu zmianach biegów boli mnie stopa w podbiciu. Strasznie twardo to działa. No i owiewka bardzo skromna. Kierujemy się do Goreme w Kapadocji.  Znane miejsce - nie będę opisywał.  Na bocznej drodze Jurek z pod Poznania dwa razy zalicza małą glebę. Na szczęście nic mu się nie stało. Jest ze swoim kumplem. Okazuje się, że znają naszego faceta od polskiego kampera z USA. To prawie ich sąsiad. Świat jest mały - stara prawda.

W Goreme nocleg w znanym nam hotelu Turist,  trochę za miastem. Mieliśmy dojazd w deszczu, częściowo po bocznych drogach. Jesteśmy umazani błotem na czerwono. Trasa była wyjątkowo długa i męcząca - ledwo żyję. Hotel proponuje atrakcje. Wieczór folklorystyczny gdzieś w knajpie za miastem, a rano dla chętnych lot balonem. Wieczorem jedziemy na folk.  Wiozą nas busem, spory kawałek za miasto.  Restauracja okazuje się fajna i znana, sporo autokarów na parkingu.



Wchodzimy do środka, do podziemi, do wielkiej groty. Pod ścianami stoliki, na środku miejsce na występy. Przygotowana kolacja, kilka dań, alkohole w cenie. No to się bawimy! Na skinienie kelner podchodzi, nalewa alkohole, ale za długo to trwa. Artur  z podgrupy Gena, która jeździ trochę własnymi drogami i w dzień trzyma się osobno,   traci cierpliwość. Wyjmuje kelnerowi butelkę z ręki, każe przynieść od razu drugą i rządzimy się sami.  Goście to głównie Japończycy lub inni z wyglądu Azjaci bawią się bardziej wstrzemięźliwie i trochę nam się przyglądają. Ale skoro alkohol jest w cenie i bez ograniczeń - zabawa się rozkręca. W trakcie odbywają się występy taneczne, niektóre bardzo żywiołowe. Trochę przypominają gruzińskie wywijasy. Jest taniec brzucha na początku z szalem ze światłami. Tancerka wybiera z sali mężczyzn do siebie. Pada i na mnie. Każe naśladować ruchy bioder. To nie takie proste jak się wydaje mimo, że brzucha mi nie brakuje.  Jest wesoło.  Bardzo lubię te klimaty. Muzykę bałkańską, orientalną. Mogę słuchać godzinami.

Przypominam sobie jak przed wielu laty w Bułgarii byłem na podobnych występach. Paliło się wielkie ognisko, była muzyka i tańce. Po jakimś czasie ognisko przygasło, rozgarnięto żar w ścieżkę o długości ok. 5 m i po tych żarzących się węglach zaczęli chodzić boso tancerze i tancerki. Widziałem to z bliska, to nie była żadna ściema. Nawet stawali i wydłubywali węgliki które utkwiły im między palcami nóg. Ta grupa ludzi nazywa się Nestinari, pochodzą z gór Strandżi.  Efekt wow! zepsuły trochę pijane Rosjanki, które też zaczęły boso przebiegać przez węgle. Jedna nawet w rajstopach. Potem widziałem jeszcze raz taki występ kilka lat temu, też w Bułgarii. Różne są wytłumaczenia fenomenu tego tańca na węglach. Podobno pot wydziela się ze stóp i w ten sposób są chronione. Na You Tube jest dużo filmów z tych tańców.  Robią wrażenie. Zresztą chyba nie tylko Bułgaria jest krajem w którym się to kultywuje.

 Po występach dyskoteka. Przychodzą tańczyć dziewczyny z zespołu - już przebrane w "cywilne " ubrania. Inne grupy dawno już odjechały - my bawimy się do końca.  Dla mnie to bardzo udany wieczór. Wracamy busem do hotelu i przed wejściem jeszcze długo się wygłupiamy komentując wieczór i zdarzenia z poprzednich dni.




W powrotnej drodze zajeżdżamy do Derinkuyu. To podziemne miasto, co do którego nie wiadomo do końca jak bardzo jest stare. Być może nawet bardzo stare. To jest sieć podziemnych korytarzy i większych grot, w których żyli ludzie. Prawdopodobnie chronili się tu przed najeźdźcami . Korytarze są wąskie i niskie, tak że trzeba chodzić w pochyleniu co po jakimś czasie jest bardzo męczące. Widać groty mieszkalne, kaplice. Są też całkiem wielkie sale podparte kolumnami. Kanały wentylacyjne. W jednym miejscu korytarz jest zamykany ogromnym kamiennym kołem - takim jak młyńskie, tylko znacznie grubszym i większym. Wysuwa się go z bocznej ściany i przedziela korytarz.   W okolicy Goreme są jeszcze co najmniej dwa takie podziemne miasta.



Jedziemy w kierunku wybrzeża, tym razem do Morza  Śródziemnego. Po drodze pogoda w kratkę, popaduje, ale jak zjeżdżamy w dół z gór -  robi się upalnie. Mamy świetny postój przy drodze.  Jest bar, zadaszenie, pod nim miejsca leżące, między nimi stoliki na kawę. Można się wyciągnąć po całym dniu jazdy, napić się kawy, a nawet uciąć komara. Super miejscówka.

Po drodze kolejny etap w  Pamukkale - miejsce znane, nie wymaga opisu. Rano oddzielamy się od grupy i jedziemy we dwóch z Mariuszem, bo chcemy trochę pośmigać. 



 Zatrzymujmy się w małym miasteczku na kawę. Obok siedzi młodzież, koniecznie chcą pogadać, pytają skąd jesteśmy.  Obok przy stoliku dwóch starszych gra w tryk-traka. Podają nam nazwę "taula" ? Albo jakoś tak.  Klimatycznie się zrobiło. Przy odjeździe towarzyszy nam tłumek dzieci. Koniecznie chcieliby, żeby ich powozić.  Nie mamy czasu, a poza tym za gorąco. Tak dobrze siedziało się w cieniu.  Nocleg w Pamukkale znowu w znanym miejscu. Kolacja też tradycyjnie u Chińczyka,  na tarasie z widokiem na białe zbocza.

Nocleg w Antalya. Jedziemy wzdłuż wybrzeża i do Marmaris, gdzie jest kolejny nocleg. Droga do Marmaris na ostatnich 20 kilometrach to rewelacja. Jedna z moich ulubionych. Dwa pasma w każdą stronę, góry, szybkie zakręty. Razem z Mariuszem robimy ją dwa razy tam i z powrotem. Żal przestać. Pogoda - 41,3 stopnia  słońcu.



Po drodze jeszcze Efez. Rzymskie ruiny. Ja zostaję przy bagażach w restauracji. Upał i byłem tu już kilka razy.  Ale grzech byłoby ominąć. Potem Troja.  Miejsce historyczne, ale nic ciekawego do oglądania. Trochę cegieł w ziemi. Replika konia.

Promem przez Canakkale płyniemy do Grecji gdzie ostatni nocleg ponownie w Salonikach

Samolot następnego dnia po południu. Więc basen, leżaki, wieczorem wspólna kolacja i wspomnienia z wyjazdu. Szkoda, że to koniec. Trzeba do domu, a w Polsce 2 stopnie, wprawdzie na plusie, ale tylko dwa.  


                                               GWÓŹDŹ  PROGRAMU













Komentarze

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1