59. SZKOCJA Z MOTOTURIST. 2017

 Tak naprawdę Wielka Brytania zawsze mnie ciągnęła. Szkocja, Irlandia ze swoimi wspaniałymi krajobrazami. W dodatku jest stosunkowo  blisko i pełno tam Polaków. Dlatego nie potrafię sobie odpowiedzieć na pytanie dlaczego dopiero teraz i dlaczego tylko raz tam byłem. Zawsze miałem tremę przed ruchem lewostronnym, ale przecież już trenowałem w Indiach   i w RPA. Jakoś się nie składało po prostu.

Gdy więc ukazała się oferta pt. Szkocja nie zastanawiałem się zbyt długo.  Nawet moja Jola - mimo, że nie przepada za zajmowaniem tylnego siedzenia,  skoro jest pełnokrwistym kierowcą motocykla - zdecydowała się na wyjazd jako pasażerka.  Jadą z nami jeszcze Piotrek z Lucyną z Przasnysza i Jacek, który mieszka niedaleko.

Z Jackiem spotykamy się na lotnisku i standardowo - jak to z Jackiem - na tzw. "ryzykie"     i za szczęśliwy lot pobieramy do organizmów 1,5 l jego imiennika - czyli  Jacka Danielsa. Lądujemy w Edyburgu.  Artur robi nam transfer do hotelu położonego obok mostu, który jest w ostatniej fazie wykańczania, a który za kilka dni otwierała królowa Elżbieta II. Na parkingu grzecznie, w rządku czekają nasze motocykle. Jest ok. 19 st. Nie jest źle!  Nie pada. Grupa jest liczna, ponad 20 osób i wyjątkowo dużo kobiet, bo aż dziewięć pań.

Po zakwaterowaniu, zbiera się część ekipy i idziemy na miasto rozejrzeć się. Właściwie na przedmieście. Przechodzimy pod charakterystycznym mostem w kształcie rombów.  

Trafiamy do małego baru, który akurat jest otwarty.  Inne miejsca są zamknięte. Mijamy po drodze nawet jakąś restaurację bardzo niepozornie wyglądającą, za to z gwiazdką Michelina. Popołudnie było bardzo miłe, napiliśmy się piwa, potem były mocniejsze trunki. Jacek się tak rozochocił, że został jak my już wychodziliśmy. Prawie kupował ten bar - nie mógł się tylko dogadać co do ceny.

Wracamy do hotelu na kolację i na drinka. Zjawia się Jacek ze swoim boom boxem.  Niestety jakiejś dobrej firmy, bo ma sporą moc i wytrzymałe baterie. Nie sposób spokojnie porozmawiać. Piotrek dwa raz odprowadza go do pokoju i kładzie spać i dwa razy Jacek pojawia się na nowo. Dopiero za trzecim razem zasnął i jest cisza.

Rano trochę mniej miło i to wcale nie z powodu kaca. Pada. Niby każdy się spodziewał, ale zawsze to  przykrość. Ruszamy na stację benzynową zatankować, bo do transportu motocykle muszą być bez paliwa. Paweł wziął to do serca zbyt dosłownie i nie dojechał do stacji benzynowej, Chyba wyssał to paliwo, bo tak zupełnie do końca spuścić się nie da. Musimy zaczekać, bo trzeba go poratować. W końcu ruszamy. Pierwszy etap - zamek Stirling. 

Jak się jedzie w grupie, jazda lewą stroną jest prosta. Dla mnie najtrudniejsze jest przełamanie oporu przy wjeździe na rondo w lewo i zjazd z ronda w dwupasmówkę. Inni mają problem np. na bardzo ostrych, niewidocznych zakrętach w prawo. Jakoś niesie na tę prawą, naszą stronę.  Grzesiek raz o mały włos, a zderzył by się z autem z naprzeciwka.   Stirling to klasyczny szkocki zamek - niestety jest w remoncie i otoczony rusztowaniami. Mały postój. Jacek wydaje chętnym gorącą kawę ze swoich zapasów. Jedzie z nim też jego sławna już  piersiówka.  To piersiówka olbrzyma bo ma chyba z pół galona, czyli prawie dwa litry. 

Następny etap - destylarnia whisky. Entuzjazm wśród uczestników, gdyż zwiedzanie połączone z degustacją. Szczególnie wśród pasażerek duże poruszenie, gdyż mogą sobie pozwolić.  I pozwalają !  Pod ścianą magazynu leżą dziesiątki beczek. Przy opukiwaniu dają głuchy odgłos. Znaczy pełne. Ach! Mały świderek,  rureczka i piersiówka Jacka rozwiązałyby duży problem!

Na kolejnym postoju, na parkingu przed promem okazuje się, że GS Grześka się zbuntował. Rozrusznik nie kręci. Znamy te numery.  Obejdzie się bez serwisu. Potrzebny tylko młotek lub kamień. Prawdopodobnie szczotki się zawiesiły i trzeba popukać, żeby się odwiesiły. Popukał i pomogło. Teraz tylko będzie musiał dodatkowo poza Ewą  i jej rzeczami wozić kamień serwisowy.  Na tej wyprawie mamy kilka przepraw promowych. Tak się składa, że z reguły pada w czasie oczekiwania.  Zdarza się też, że nie wszyscy mieścimy się na jeden raz i część grupy popłynęła, a część musi czekać na kolejny. Tu nieoceniony jest Jacek ze swoją kuchenką: kawa , herbata, z cukrem i bez. Otwiera kufer, wyjmuje swoją kuchenkę, pali gaz i po chwili kuchnia gotowa do wydawania gorących napojów. Bardzo przydatny jest taki ktoś w Szkocji. W Maroku zresztą też. 



Staramy się jeździć bocznymi drogami, które są niewiarygodnie wąskie - tylko na jeden samochód. Co kilkaset metrów są jedynie mijanki. Przy drogach pasą się krowy o jasnobrązowym umaszczeniu, z wielkimi, rozłożystymi rogami między którymi mają sporą grzywkę - jak bawoły. A może to bawoły?




Następnego dnia ruszamy. Pogoda jaka? Oczywiście stosowna do miejsca i okoliczności - czyli pada. Ale nie bez przerwy przecież. Gdy się wypogodzi widoki są urzekające. Wrzosowiska, łąki o soczystej zieleni - bo mają dużo wilgoci. Kamienne, garbate mostki. Kamienne murki wokół posesji i pastwisk. Ile lat trzeba zbierać kamienie, ile pracy w to włożyć, by taki wielokilometrowy czasami murek ułożyć. Z reguły w tle widać gdzieś morze lub jakąś wodę.  Przejazdy przez miasteczka też są ekscytujące. Zwarta zabudowa, kunsztowne kominy, ciekawe elewacje, lampy uliczne, skrzynki pocztowe.  Sklepiki, puby, bary.   Bardzo stylowo to wszystko wygląda.

Przejeżdżamy obok Jeziora Loch Ness. Niestety widocznie potwora Jacek też wczoraj wystraszył swoim boom boxem - bo się nie pokazał. Jedziemy na wyspę Skye. Jest bardzo wysunięta na północ. Z wysokiego brzegu mamy oryginalne i darmowe widowisko.           W wodzie baraszkują delfiny. Ścigają się między sobą, wyskakują nad wodę - zachowują się tak jakby miały świadomość, że je obserwujemy - chociaż jest daleko - i urządzały dla nas przedstawienie. Spieramy się, czy pływają delfinem, czy żabką.   Z wysokiego zbocza na którym stoimy spada kilkudziesięciometrowy wodospad. Wokół  wrzosy i porosty.  Gdyby było to namalowane na olejnym obrazie - byłby to zupełny kicz. Na żywo wygląda rewelacyjnie. I pogoda nam sprzyja. Może nie jest słonecznie, ale przynajmniej nie pada. 




Zwiedzamy zamek Dornoch.  Tu podobno bywała Madonna, która była żoną właściciela?





 

Wrażenia: Szkocja jest rzeczywiście piękna i intrygująca. Miałem jednak pewien niedosyt. Spodziewałem się większej ilości ruin zamków, jakie widuje się na wszystkich filmach ze Szkocji. Nie twierdzę, że ich tam nie ma. Tylko nasze trasy jakoś je omijały. Żałuję.

 

Komentarze

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Krowy szkockie o których wspominasz, rasy Highland, są też hodowane w Polsce, np. W Skarboszewie,koło Płońska

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1