57. RUMUNIA. X. 2020. Z PIOTREM I RADKIEM
Dla odmiany coś z ostatnich wojaży.
Piotrek w tym roku strasznie zapracowany i trochę dla niego montujemy wyjazd do Rumunii. Wprawdzie są co chwila jakieś nowe ograniczenia w związku z pandemią na Słowacji i na Węgrzech, ale jechać można. Podobno są wyznaczone trasy przez Węgry, którymi można się tylko poruszać w kierunku Rumunii - ale generalnie można. Wyruszamy późno, więc pierwszy nocleg w Krośnie w Hotelu Nafta. Nocujemy tu już któryś raz z rzędu i jest OK.
Rano ruszamy. Po drodze okazuje się, że ruch jest bardzo mały i może dlatego na granicach nikt niczego nie wymaga i nie sprawdza. Gorzej będzie jeżeli kartki są wymagane, a dopiero przy powrocie wyjdą problemy. Będziemy się martwic w drodze powrotnej. Drugi nocleg w Baia Mare. Rano pada i ruszamy w deszczu, ale po drodze pogoda się poprawia. Jemy posiłek na zielonym parkingu nad rzeczką. Robi się cieplej. Kibicuje nam pies. Wcina suchy chleb - musi być głodny.
Następny nocleg w Vatra Dornei. Rozdzielamy się. Ja jadę główną drogą - chłopcy spragnieni przygód jakąś białą na mapie - znaczy kiepską. Umawiamy się pod restauracją Kaban gdzie już kiedyś z Radkiem jedliśmy obiad. Mają tam pokoje - ew. będziemy tam nocować. Czekam na nich i czekam. To tylko ok. 50 km po obu drogach - ich i mojej. Przyjeżdżają po 45 minutach po mnie. Już z daleka widać, że Radek utytłany w błocie. Były przygody? Okazało się, że droga jaką wybrali była różnej jakości od dobrej, do błotnistej i na błocie Radek wykręcił bączka. Niestety wykręcił też nogę w kolanie. Mówi , że słyszał jak coś mu chrupnęło.
Utyka. Jamy obiad na tarasie i na dziś jazdy wystarczy. Pokoi nie ma wolnych - jedziemy za miasto, gdzie na górce jest pensjonat Vanatorul. Też znany nam. Ostatnio tyle razy byłem w Rumunii, że za chwilę będę mógł być przewodnikiem. Przy śniadaniu długo tłumaczymy kelnerowi, że chcemy jajecznicę - której nie ma w menu. Kilka razy podchodzi i dopytuje jakby to była jakaś ekstrawagancka potrawa. Po 20 minutach przynosi nam po omlecie. Pamiętam, że w jakimś innych hotelu gdy chciałem jajecznicę i pokazywałem, że jajka mają być rozbełtane - bo niby jak inaczej pokazać przyniesiono mi omlet porwany na kawałki ! Rano zbieramy się w dalszą drogę. Nie wiem czemu, ale za każdym razem jak rano ruszamy z tego miejsca jest bardzo zimno. I tym razem pogoda nie zawiodła - jest tylko 4 stopnie, a na trawie widać szron. jakieś specyficzne miejsce, albo jest znacznie wyżej niż się wydaje. Już po zjeździe do miasta robi się wyraźnie cieplej.
Po drodze robimy foty na wiszącym, dosyć długim moście. Tak na oko ze 100m. Tez już tu byliśmy. Upał wzmaga się do 8 stopni. Szału nie ma. Dojeżdżamy do mostu z którego wjeżdża się na drogę do Bicaz. Oryginalny most bo ma kształt litery Y . Dwa mosty łączą się w jeden. Droga do Bicaz ( znanego wąwozu) dalej w remoncie - ale po wczorajszej przygodzie już nie chcą off roadu. Piotrek z poziomu rzeki puszcza drona. Filmy z drona zawsze są fantastyczne. Mamy ochotę na kawę, jest restauracja ale bez ekspresu, a na kawę z automatu nie mamy ochoty. W drogę! Wracamy przez most i jedziemy wzdłuż rzeki Bistica. Bardzo malownicza i ciekawa motocyklowo trasa. Po drodze trochę cerkiewek z charakterystycznym bardzo spiczastymi dachami. Niektóre mają dachy w kolorze lśniącego złota. Tylko w Rumunii widuję takie pokrycia dachów. Mignął nam szyld jakiejś restauracyjki, do której prowadzi szutrowa droga. Zawracamy. Okazuje się , że to blisko, a lokal bardzo oryginalny. Z bali drewnianych, dużo kwiatów, w środku schody na górę, a w podłodze płynie strumyczek. Musimy u lokalesów wymienić euro na leje, bo nie mamy kasy, a karty nie przyjmują.
Jedziemy dalej z Reghin do Bistricy. To piękna droga z uroczym fragmentem z szybkimi serpentynami. Robimy postój, wszyscy robimy foty w zakręcie, który jest przed nami. Ktoś obok nas przepędza stado owiec w poprzek drogi, które niknie gdzieś w wąwozie. Jest słonecznie, zrobiło się cieplej. Pojawiają się motocykliści w sporej grupie. Droga z Bistricy do Vatra Dornei to już zupełne szaleństwo. Świetna nawierzchnia, szeroko, niewielki ruch , góry i piękne szybkie zakręty. To moja droga nr jeden w Rumunii. Nigdy mi się nie znudzi. Chłopcy zaczynają się ścigać: 150, 160, 180. Ja odpuszczam bo widzę termometr. Miejscami jest tylko 1 -2 stopnie, a więc może zdarzyć się gołoledź. Niestety urywa się łączność, którą normalnie zapewniają nam intercomy Scala Rider. Ale w górach łączność zawsze jest dużo gorsza i to norma. Nie mam jak ich powstrzymać. Na postoju chłopcy dostają zjebkę. Ale cóż: młodość musi się wyszaleć. A starość wypierdzieć - jak dodają złośliwi. Kolejnego dnia
Zjeżdżamy w dół do Brasov. Nocujemy w fajnym hotelu Long Street. Jest parking na wewnętrznym dziedzińcu, pokoje na parterze do których wchodzi się jak w amerykańskich motelach - co bardzo lubię - lub z galerii na piętrze. Blisko starego miasta. Idziemy na kolację do Chińczyka. Lokal pusty - jedzenie kiepskie. Zachodzimy na stary rynek obejrzeć laserowe obrazy wyświetlane na zboczach góry. Rano lekka mżawka. Robimy postój w Bran ( Drakula) pada i jest zimno, ale nie chce przestać. Z pogodą nie trafiliśmy nadzwyczajnie. Po drodze mijamy jakąś strasznie biedną cygańską wieś.
Odcinek drogi z Brasov do Campulung najpierw zapowiada się super, ale w miarę ubywania kilometrów droga robi się coraz gorsza - nie polecam. Jeździmy trochę zygzakiem starając się omijać deszcz, ale z kiepskim skutkiem. Ostatecznie nocujemy w Fagaras. Dostaliśmy ogromny trzyosobowy pokój z widokiem na cerkiew.
Wieczorem pod koniec dnia mój motocykl zaczyna przerywać. Najwyraźniej coś zamaka; jak leje są problemy, jak przestaje - wszystko OK. Rano postanawiamy, że jedziemy dalej na południe, aby Transfogarską pokonać od południa. Na południu ma być pogoda. Jakoś nie przepadam za ta trasą bo w ciągu dwóch lat byłam tam już 5 czy 6 razy, ale zawsze mnie zgwałcą na kolejny raz. Na przełęczy tradycyjnie świeży śnieg. Jazda w dół na północ przez pierwsze kilometry po śniegu, a miejscami po lodzie. Ani jedno, ani drugi już mnie nie kręci. Tyle razy ostatnio mi się zdarzało, że to już żadna frajda, a raczej wyzwanie - a za każdym razem ryzyko wywrotki zupełnie realne. No i oczywiście zimno. Zimno mnie szczególnie nie przeraża.
Mam na takie okazje elektryczną matę grzewczą własnej konstrukcji, która świetnie sobie radzi. Zakładam ją na piersi, ma dwa stopnie grzania i mimo, że ma powierzchnię zaledwie ok. 20 na 30 cm - w trudnych warunkach sprawdza się doskonale. I w Islandii, i w USA i w Alpach. Lepiej niż fabryczna kamizelka - też ogrzewana elektrycznie. Nawet klamki hamulca i sprzęgła mam ogrzewane w/g mojego patentu, gdyż w czasie jazdy trzymam na nich po dwa palce. Po kilku godzinach jazdy w zimnie chłód przenika przez rękawice i palce drętwieją.
Na zjeździe stwierdzam, że mam duży luz na klamce sprzęgła, który się powiększa i utrudnia już zmianę biegów. Zatrzymujemy się. Piotrek, który zna się na mechanice prowizorycznie odpowietrza wysprzęglik, na tyle ile starcza płynu w zbiorniczku. W najbliższym mieście, po sporych kłopotach z tym, aby wytłumaczyć dziewczynie za ladą o co chodzi bo widzi motocykl na ulicy, a to sklep z częściami do samochodów. Na szczęści pojawia się jakiś mechanik, który skumał o co nam chodzi i kupuję butelkę DOT 4. Od razu na ulicy powtarzamy odpowietrzenie i jest OK. Niestety - do czasu. Problem szybko się powtarza i jesteśmy w czarnej dupie. Zatrzymujemy się w jakimś barze i robimy burzę mózgów. Pierwszy telefon do Michała z Żuromina, który jest naszym wspólnym mechanikiem, a do tego sam ma Multistradę. Jest nadzieja - jego brat, czy szwagier mieszka w Bukareszcie i zaraz do nie go zadzwoni. Na szczęście mamy zasięg - bo różnie z tym bywa. Za kilkanaście minut oddzwania. W serwisie nie mają wysprzęglika - czas oczekiwania ok. 10 dni. Dzwonimy do serwisu w Kluż, gdzie kiedyś zamawiałem łańcuch i nie odebrałem. Też nie mają. Dzwoni Michał . Ma kumpla Rumuna, który tak jak on handluje motocyklami i mieszka w Oradea. Może on pomoże. Dzwonimy do kumpla, który na szczęście dobrze mówi po angielsku. On nie ma, ale może znajomi w Debreczynie coś pomogą. Ja dzwonię z kolei do Grześka z Krakowa. Miał Ducati i ma znajomości w serwisie. Nie odbiera. Oddzwania gościu z Oradea. Części nie zdobędzie, ale za tydzień będzie jechał do Polski - to może motocykl zawieźć. Dzwoni Hubert z Kielc, że też w razie potrzeby przyjedzie po mnie busem. Świat jest mały. Potwierdza się po raz enty. Nic nie załatwiliśmy, ale przynajmniej jest rozwiązanie awaryjne. To już coś.
Robimy z Piotrkiem kolejne odpowietrzenie, połączone z demontażem i czyszczeniem wysprzęglika. Na oko wygląda OK, nie widać wycieku - ale się zapowietrza. Po złożeniu do kupy jest dużo lepiej. Jedziemy. Musimy dojechać. Straciliśmy sporo czasu. Jesteśmy w górach, pada, zimno i nie ma noclegu. W końcu znajdujemy kwaterę, nawet fajną. Wieczorem pocieszamy się łyskaczem w restauracji. Jakoś damy radę. Do domu zostało tylko/aż (niepotrzebne skreślić) lekko ponad tysiąc kilometrów. rano powtarzamy odpowietrzenie . Deszcz leje się na plecy. Nie jest zbyt przyjemnie. Dobrze , że tego DOT 4 mamy zapas. A krzywiłem się , że butelka taka duża! Ruszamy - sprzęgło działa, nawet dobrze. Za to deszcz ponownie zmoczył instalację i silnik przerywa. Jak nie urok, to....
Kolejnego dnia już na Węgrzech dalej leje. Jest już noc, jesteśmy blisko granicy ze Słowacją, zmierzamy do jakiegoś małego przejścia. Może nas przepuszczą bez tych kartek. Mamy pecha. Przed nami wypadek i to poważny. dw auta w rowie, pełno policji, pomoc drogowa karetki. Zapowiada się na dłużej. Prosimy policjanta, żeby nas puścili. Nic z tego. Obok w ciemności widać, że jest ścieżka rowerowa. Pytamy się, czy możemy tą ścieżką. Pozwalają. Wracamy kawałek, żeby na nią wjechać - bo jest głęboki rów, po kilku kilometrach wjeżdżamy na ścieżkę i omijamy wypadek. Za kilka następnych kilometrów niespodzianka. Mały mostek, a przed nim zwalona pryzma węgla, czy asfaltu uniemożliwiająca przejazd. Z boku bariera, nie ma jak ominąć. Chłopaki robią rekonesans na piechotę. Trochę odgarniemy i jakoś się przeciśniemy. Oni pierwsi przejeżdżają. Ja mam obawy czy się zmieszczę, bo motocykl nieco szerszy. Asekurują mnie i jakoś lekko ocierając się gmolami o barierkę przeciskam się. Ruszamy. Za 100m okazuje się, że przekroczyliśmy w ten sposób granicę, która z powodu pandemii była zablokowana. Wieczorem już w hotelu długo zastanawiamy się, czy to było legalne przekroczenie - czy przez zieloną. W końcu jesteśmy w Schengen i mamy wszelkie papiery. Nocujemy w miejscowości Vinnicky na Słowacji, w "naszym" zajeździe, gdzie zatrzymujemy się zawsze na gulasz-zupę. Mam pokój nr 13 - to wiele wyjaśnia o tej podróży. Miła obsługa. Otwierają nam świetlicę, żeby rozłożyć ciuchy do suszenia. Motocykle maja garaż. Opijamy szczęśliwe pokonanie granicy. W nocy cały czas coś wali za oknem i ciągle się budzę. Rano tajemnica nocnych hałasów się wyjaśnia. Koło ściny rośnie orzech włoski. Spadają orzechy i walą w blaszany dach. jak pech to pech. Po śniadaniu jeszcze sklep półhurtowy z winem, zakupy i do domu. O 13tej jesteśmy w Barwinku. Wieczorem w domu.
Niestety, to nie był koniec mego pecha. Przed Warszawą pogubiliśmy się. W Nieporęcie miałem wypadek - ale to już opowieść na inną okazję










Komentarze
Prześlij komentarz