55. SYCYLIA. 2015. PIOTREK KONRAD

 

Zakwaterowanie w Rzymie, parking i przewodnika załatwił Radek, ale tak wyszło, że w ostatniej chwili musiał się wycofać. Jedziemy zatem we trzech z Piotrkiem i Konradem, autem Piotra, a na przyczepie mamy 3 GSy. Jedziemy non stop, zmieniamy się za kierownicą. Mało wygodnie, ale szkoda czasu.  Pogoda nie nadzwyczajna. Konrad jedzie pierwszy raz z nami i chyba pierwszy raz na tak długą wyprawę. Robi dobrą minę, ale deszcz go nie cieszy.  Jest przygotowany na długą podróż: herbata, kanapki. Zatrzymujemy się tylko na tankowanie.  Parking mamy nie byle jaki bo Pontificium Collegium Polonorum czyli Polskim Colegium w Rzymie z historią sięgająca prawie 450 lat.             A załatwił to przez znajomego księdza - Pawła, który robił tam doktorat. Bardzo sympatyczny gość, z pewnym dystansem do swego powołania. Na pytanie Piotrka o pewien cud odpowiedział  - "są ludzie, którzy w to wierzą".  Przebywający tam młodzi kapłani dosyć zdystansowani i wyluzowani.  Z okna na piętrze leciała na cały regulator piosenka, której refren : piwo - to moje paliwo, zapamiętałem do dziś. Nasz Cicerone oprowadził chłopaków po mieście, ja zostałem bo bolała mnie stopa po jakimś niedawnym urazie,         a ponadto w Rzymie już byłem, więc nie miałem ciśnienia. Chociaż oczywiście żałuję. To było stosunkowo blisko Colosseum - a więc w samym centrum miasta. Siedziałem w aucie, pojechałem na kawę do niedalekiego baru. Nawiasem mówiąc najtańszą jaką piłem 0,5 EUR i oczywiście dobrą. Przy barze na stojąco. Potem znowu siedziałem w aucie i czekałem na nich. I tu niespodzianka, bo rektor zauważył, że od dawna siedzę w aucie i osobiście zaprosił mnie na obiad. Obiad był we wspólnej sali. Rektor i władze siedzieli przy stole ustawionym centralnie w dużej sali.  Prostopadle po prawej księża - studenci, cywile - bo było jeszcze kilka osób - po lewej. Przy okazji mogłem zobaczyć wnętrze. Miły gest ze strony rektora - nie powiem.  My nocowaliśmy na mieście w apartamencie, czyli wynajmowanym na doby mieszkaniu.  Rano śniadanie (Konrad) i w drogę.

Wyjazd, trochę trwa zanim wydobędziemy się z miasta, ale szczęśliwi - bo już w drodze. To weekend majowy, więc pogoda OK, ale po drodze w niewielkich w sumie górach trafiamy na śnieg. Na szczęście tylko na poboczach, ale całkiem sporo. Późnym wieczorem docieramy na kwaterę, której za boga nie możemy znaleźć - a zrobiło się już  koło północy. Zmarznięci, bo po drodze śnieg się zdarzał, a w nocy było zimno - po wejściu do pokoju, nie zrzucając łachów wypijamy z gwinta pół litra orzechówki. Właściciel kwatery, który jest przy tym obecny, bo nie zdążył nawet wyjść,  jest lekko przerażony. Pewnie myślał - ładnych ochlapusów przyjąłem. Demolka mieszkania  pewna.

Przeprawiamy się promem na Sycylię do  Messyny.  Jest ciepło, ale szału nie ma. Po drodze urocze miasteczka, wąskie zdradliwe uliczki. Podjazd stromy pod górę i za rogiem zakręt 120 stopni w dół. Łatwo stracić równowagę i zaliczyć glebę. GPS z reguły głupieje w tych ciasnych uliczkach i po wjeździe do centrum czasami nie sposób się wydostać ponownie na trasę. Sytuacji nie ułatwiają jednokierunkowe ulice. Często nawet na dwukierunkowych dwa małe auta nie mogą się wyminąć. Ale o dziwo  nie wywołuje to zbytnich emocji.  Cofają, zjeżdżają na boki - to normalka.  Inaczej by się dawno pozabijali.                           Tak krążymy po Corleone. To małe miasteczko, któremu film Ojciec Chrzestny przysporzył sławy. Pamiątkowe foty na tle znaku z napisem CORLEONE. W miasteczku nic specjalnego . Główny plac z cukiernią, kilka kościołów. 

Któregoś dnia chcemy zanocować w agroturystyce, którą namierzyliśmy w internecie. To jakieś odludne miejsce, z wielkim trudem je znajdujemy - za to na miejscu okazuje się, że warunki inne od zapowiadanych, w szczególności nie mają śniadania, które było w ofercie. Może to i dobrze.  Koło Santa Agata znajdujemy jakiś ośrodek z domkami. Jest pusto, nie ma prawie ludzi więc cena dobra. Tu zatrzymujemy się na trzy  dni i stąd robimy wypady wzdłuż wybrzeża.  Do Palermo prowadzi wspaniała nadmorska droga z widokiem na otwarte morze. Po drodze trochę miasteczek. Jeździmy po okolicy. Czasami wracamy już po zmroku - tak nam tam pasuje. 

Przy okazji ujawnia się wada reflektorów soczewkowych jakie ma  GS 1200. Światło jest skupione w wąską wiązkę, reflektor umieszczony na dziobie nie "skręca" razem z kierownicą i na wąskich, górskich drogach,  w ciasnych zakrętach świeci dalej na wprost - gdy ja już skręcam. Czyli jadę w ciemność. Bardzo to męczące i stresujące zarazem. Po powrocie zaraz założyłem dodatkowe światła na gmolach, świecące wyraźnie na boki. Po raz kolejny okazuje się, że podróże kształcą!

 Dostajemy ofertę na firmową kolację w naszym ośrodku. Niezbyt drogo i super jedzenie. Po raz drugi zdarza mi się taka niespodzianka. Pierwszy raz na Sardynii w agroturystyce. Tanio i wspaniale. Chyba warto korzystać z takich ofert. Chociaż wcale nie mniej smakowała nam pizza, którą jedliśmy o północy w pizzerii w jakimś małym miasteczku. Pewnie z głodu, ale dobra była z pewnością.

Trzeba uważać z wyborem dróg.  Raz jedna oznaczona na mapie żółtym kolorem  - a więc z  założenia nie najgorsza -  zakończyła się bramą zamkniętą na kłódkę do prywatnej posesji i musieliśmy zawracać. Innym razem droga była w strasznym stanie. Bardzo strome podjazdy po wąskiej drodze, resztki asfaltu i między nimi głębokie rozpadliny na 30-50cm. Gdyby koło w nie spadło gleba na sto procent.


Zajeżdżamy koło Agrigento do Doliny Templariuszy  (Valle del Templi).  Na wzgórzu - a powinna być dolina - okazałe reszki świątyni Concordii z kolumnadami. Prawie kompletna, brakuje tylko dachu.  To dosyć niezwykłe, że jest tak dobrze zachowana (liczy ok. 2500 lat ) na sejsmicznej Sycylii.   Na trawie przed świątynią spoczywa w  pozycji leżącej  ogromna współczesna rzeźba - odlew z brązu - skrzydlatego mężczyzny.  Ikar ?  Dedal?   Podobną widziałem w  2019 roku w Pizie, też na trawniku, koło krzywej wieży. Może uda mi się ustalić autora, bo obie bardzo charakterystyczne.  Jak nie - liczę na Krisa - może jemu się uda ustalić autora i co ona przedstawia.
Jest też park archeologiczny. Wstęp płatny. Jest piękna pogoda, chyba niedziela bo na podwyższeniu gra muzykę poważną jakaś szkolna orkiestra.

Zaliczamy oczywiście Etnę.  Już na kilka kilometrów prze wulkanem widać skutki jego działania. Pola lawy, ziemia czarna od popiołów wulkanicznych. Jest początek maja, ale w wyższych partiach leży jeszcze śnieg. Podjeżdżamy do najwyższego parkingu. Ale   stamtąd do krateru  jeszcze spory kawał.  Kondzio nawet miał ambitne plany aby tam się dostać, ale droga zawalona śniegiem. Pijemy gorącą herbatę i zjeżdżamy w dół.

Szukamy noclegu. Trafiamy do jakiegoś ogrodzonego ośrodka z domkami, basenem. Tyle,że zupełnie pusty. Ale gdy dzwonimy pod wskazany na ogrodzeniu numer, ktoś się odzywa.  Mamy zaczekać - zaraz do nas podjedzie. Okazuje się, że to Ukrainka, która zarządza domkami na wynajem. Łatwo się dogadać. Ma tu jeszcze koleżankę i męża. Zapraszamy ich na kolację.  To domena Konrada, który potrafi coś upichcić z niczego.  Zapraszamy ich na kolację. Wieczorem jest bardzo przyjemna atmosfera , tym bardziej, że łatwo nam się dogadać. Oczywiście po rosyjsku. Okazuje się, że jeszcze coś pamiętam ze szkoły i ze studiów. Rano dalej w drogę. Przeprawiamy się na kontynent.  Kolejny etap Neapol i Wezuwiusz. Ja zostaję przy motorach. Chłopcy jadą wielka terenową ciężarówką na górę. Oczywiście bilety. Byłem tu wiele lat temu. Można było wjechać autem prawie pod sam krater,  można było dojść kawałek i zajrzeć w głąb - zobaczyć sączący się dymek.  Pamiętam, że na tej drodze dojazdowej na wierzchołek stał wrak busa VW cały podziurawiony kulami. Robiło wrażenie.  Jazda przez Neapol była wtedy przerażająca: kupy śmieci, samochody całe poobtłukiwane. Pamiętam jeden szczególnie, za którym ciągnął się zderzak i sypał się z niego snop iskier. Moja beżeta była tak przerażona, że w jednej ręce trzymała nóż, w drugiej gaz łzawiący.  Gdy nie wypuszczając ich z rąk pokazywała przez uchyloną szybę mapę jakiemuś facetowi pytając się o drogę - on z kolei był w lekkim szoku.

Wracając do tematu. Po drodze zatrzymujemy się na obiad w jakiejś restauracji. Zostawiamy motory na parkingu obok sympatycznych Włochów motocyklistów. Kondzio jak to ma w zwyczaju zdejmuje buty i w klapkach wchodzi do środka. Robimy mu kawał i chowamy buty. Po obiedzie szuka ich coraz bardziej zdezorientowany.  Twierdzimy, że pewnie zgubił w czasie jazdy - tylko nie pamięta.

A propos butów motocyklowych. Mój znajomy, który był swego czasu na kontrakcie w Libii,  opowiadał, jak zatrzymawszy się na skrzyżowaniu obok policjanta na motorze z przerażeniem stwierdził, że najechał mu kołem na czubek buta. Jeszcze bardziej się zdziwił, gdy skonstatował, że policjant zachował spokój.  Potem dowiedział się, że podobno ich religia nie pozwala umrzeć w butach, w związku z czym jeżdżą w butach kilka numerów większych, aby spadły podczas ew. wypadku!   Pamiętam, że przed laty funkcjonowało powiedzenie "umarł w butach" oznaczające coś beznadziejnego. 

Pogoda była zróżnicowana: od upałów do ujemnych temperatur i śniegu. Sycylia jest piękna i przyjazna.chociaż  może motocyklowo ciekawsza jest Sardynia


 

Konrad z którym byłem pierwszy  raz na wyprawie, a i dla niego była to zdaje mi się pierwsza w życiu większa motocyklowa wycieczka - okazał się fajnym kompanem. Z dobrym humorem, który go nie opuszczał  i umiejętnością gotowania. Wybrał się trochę beztrosko. Na jednym z postojów stwierdziliśmy, że w jego GSie nie ma płynu hamulcowego w przednim zbiorniczku, brakowało też oleju w silniku.  W porę to zauważyliśmy na szczęście.  Raz wprawdzie o mało co nas nie rozjechał podczas awaryjnego hamowania.  Okazało się, że na kursie instruktor uczył, aby nie używać przedniego hamulca. Skąd my to znamy? Z pewnością już do tego się nie zrobi po naszej zjebce.  Podróże kształcą !  No i  koledzy oczywiście !

PS

Niezawodny KRIS  zdołał ustalić, że rzeźba w Dolinie Templariuszy jest dziełem polskiego rzeźbiarza Igora Mitoraja i nazywa się IKAR.



 


Komentarze

  1. Film z wyprawy: https://youtu.be/SHCvoRCs97U

    OdpowiedzUsuń
  2. Andrzej dzięki za ten wyjazd. Faktycznie był to mój pierwszy wyjazd motocyklowy i dzięki Tobie i Piotrkowi nauczyłem się jeździć, pomimo tego że nie był to mój pierwszy sezon. Ja zapamiętałem jeszcze jeden nocleg po drodze w jakimś sennym, starym ośrodku narciarskim, hotelu rodem z PRL i twoją grzałkę, dzieki której piliśmy gorącą herbatę wieczorem. Zobaczyć Andrzej w mokrym kombinezonie w pokoju, pijącego z gwinta orzechówkę - bezcenne. :) Zapamiętam do końca życia. Dzięki chłopaki. Konrad

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten mój GS to był 2000r. Płyn wyciekał a olej został skonsumowany przez silnik czego nie mogłem przewidzieć przed podróżą gdyż był to świeży nabytek. Notabene silnik rozpadł się niedługo po powrocie z Italii. Konrad

    OdpowiedzUsuń
  4. Rzeźba na Sycylii, o której pisze Andrzej, to Ikar Igora Mitoraja, słynnego polskiego rzeźbiarza, zmarłego już niestety w 2014 r.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki KRIS !
      Liczyłem na ciebie i się nie zawiodłem. Moje przypuszczenia co tematu rzeźby potwierdziły się.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1