54. MAROKO .III. 2017. Z MOTOTURIST. PAPAMOBILE.

Nocujemy tradycyjnie w hotelu Continental - bardzo klimatycznym.  Wieczorem wyprawa na stare miasto. Idziemy na kolację. Pytamy kelnera czy mają piwo. Jak złożyliśmy zamówienie na jedzenie okazuje się, że piwo jest, ale u brata dwie ulice dalej. Arabowie! Nad ranem budzi mnie muezin. Jest bardzo wcześnie, ale ma głos tak przeraźliwy i donośny, że trudno się nie obudzić. Zresztą takie ma zadanie. 


Nocleg w hotelu Tamazinte koło miejscowości Thinghir.    Wieczorem mamy firmową kolację. Gra ludowy zespół : 3 bębniarzy i klarnet oraz kilka śpiewaczek. Mnie się podoba - inni się krzywią. Mamy ubaw jak nasze panie z grupy ruszają w tany po lekkim spożyciu. Dobre jedzenie, sporo alkoholu. Luz jak na kraj muzułmański. Nocujemy w pawilonach po dwie osoby.  Nazajutrz dwa wąwozy Gorges du  Dades i  Todra

 Do tego pierwszego prowadzi bardzo malowniczy dojazd po serpentynach, a na samej jest górze kawiarenka z toaletą!  Większość toalet w Maroku skoro na ten temat zeszło "na Małysza", ale zaczęły pojawiać się sedesy.. W każdej jest woda do umycia rąk, a w zasadzie lewej ręki. Z reguły nie ma w nich papieru więc łatwo się domyślić jakie funkcje ta ręka spełnia przed myciem. Smacznego!  Lewa ręka jest uważana za "nieczystą" nie tylko zatem  w religijnym znaczeniu.  Z tarasu kawiarenki wspaniały widok na serpentyny prowadzące pod górę, słychać ciężką pracę silników pod spore wzniesienia. Dobre miejsce na fotografie. Wszystkie przewodniki zawierają   ujęcia z tego miejsca.


                                             AUTOR   Z  PAWŁEM  " PAPAMOBILE"
                                               

Dalej jedziemy w kierunku Marakeszu. Gdzieś w górach zatrzymujemy się na posiłek.  To miejsce postoju dla miejscowych. Kilka barów. Serwują mięsa z grilla.  Półtusze wiszą na widoku. Mimo, że w górach zimno, z reguły mają sinawy wygląd. Ale "restauratorzy" dbają o higienę. Gałązką odganiają muchy. Te bardziej natrętne. W słoikach dla koneserów baranie oczy - podobno miejscowy przysmak.  Dla amatorów baranie jaja.  Zamawiamy po porcji mielonego mięsa. Zrobią  z tego rodzaj hamburgera z grilla. Herbata w małych szklaneczkach nalewana z czajnika z dużej wysokości. Szklanek lepiej nie oglądaj zbyt dokładnie, bo umrzesz z pragnienia. Tę herbatę nazywają " berber whisky". Jest mocna, a w szklance upchane tyle mięty - ile się zmieści. I bardzo słodka. Po podaniu jedzenia głód walczy z  rozsądkiem.  Przed odjazdem jeszcze mała scysja z samozwańczym parkingowym o zapłatę za  pilnowanie motorów stojących obok nas,  i w drogę.

Kolejny etap Warzazat  (Quarzazate). Tu znajduje się dosyć znane Studio Filmowe Atlas. Tu nagrywano znane filmy, np. Gwiezdne Wojny, Kleopatrę i Gladiatora. Można zwiedzać. Idziemy między makiety starożytnych budowli. Z tyłu widać wiklinę i glinę - z frontu marmury, stiuki, glazury.  Schody, kolumny, fontanny, itp. Oprowadza nas przewodnik. Spotykamy babską wycieczkę z Chin. Okazuje się, że to my - faceci - a nie dekoracje, stanowimy dla nich prawdziwą atrakcję. Z każdym chcą robić fotę. Aleśmy się faceci  dowartościowali.  Przed studiem stoją metalowe rydwany. Robimy pamiątkowe ujęcia.  Mój kompan Papamobile traci równowagę na takim pojeździe, który nagle się przeważa na dwóch kołach do przodu, łapie za metalową krawędź i głęboko rani rękę. Rydwan jest zardzewiały. Szybko go opatrujemy  z nadzieją, że nie będzie zakażenia i będzie mógł jechać motorem. Tak naprawdę powinno być szycie.


Kolejne miasto Marakesz. Błąkamy się  w drodze do hotelu w jednokierunkowych ulicach.  W końcu angażujemy przewodnika na skuterze, ale też coś mu nie idzie. Mamy wrażenie, że głównie chce zarobić, bo najwyraźniej nie wie gdzie nasz hotel.  Spory ruch na ulicach,   a mamy dużą grupę. Powoli uczestnicy się gubią - głównie ci na końcu. Jakoś jednak trafiamy. Pozostali też.  To hotel Ibis - sieciowy   Jest obok dworca autobusowego i gdybyśmy to wiedzieli łatwiej byłoby się dopytać. Na wewnętrznym dziedzińcu rosną drzewa pomarańczowe. Mają owoce. Można rwać.


Kolejnego dnia na wąskiej, górskiej drodze Maciek ociera się o samochód jadący z przeciwnej strony. Zrobił małą rysę - stracił dużą  kasę. Nie ma zmiłuj!  Jak to u Arabów. To boczna droga. Jedziemy przez wsie. Można zobaczyć jak się buduje w Maroku. Przede wszystkim panuje tu niepodzielnie jeden kolor pastelowego bordo - takiego czerwonego barszczu z dużą ilością śmietany. Budynki, ogrodzenia, skały, pola - wszystko w odcieniu bordo. Małe domy, ale nawet potężne budynki - które z reguły przypominają warownie z powodu zębatych, obronnych górnych części - jak w średniowiecznych warowniach - buduje się z gliny zmieszanej ze słomą. Widziałem po drodze tę technologię. Glinę mieszają z wodą i ze słomą, formują z tego cegły, suszą na słońcu i gotowe. Nie są wypalane - więc jest to materiał nietrwały. Deszcze, które wprawdzie rzadko ale jednak tu występują rozmywają powoli te konstrukcje, zacierają się ich ostre kanty i trzeba to naprawiać. Lub porzucić!  Porzucone domostwa, których też tu jest sporo, czasami całe osady,  powoli jakby się roztapiają.  W miastach budują tradycyjnie - podobnie jak u nas.  Przejeżdżając przez wsie widać biedę. Ale dzieci szkolne - wszystkie ubrane jednolicie. Widać jak idą lub wracają w dużych grupach ze szkoły.

Ostatnio coraz częściej można natknąć się na policje drogową, czasami w nieoczekiwanych miejscach, np. w górach, daleko od miasta. Mają wideoradary. Gdy widzi się na poboczu auto z otwartą z tyłu klapą bagażnika - trzeba uważać. Często jest to policja drogowa. Kierowcy ostrzegają się światłami, a policjanci są z reguły "życzliwi".  Można się dogadać.


Hotel na pustyni. Wygląda jak warowna twierdza. Na rogach baszty obronne, potężna brama wejściowa sklepiona łukowato.  Wewnątrz spory plac - parking i druga brama na wewnętrzny dziedziniec. Jest tu już jakaś ekipa z Belgii na endurakach, takich mniejszych. Właśnie pakują się do wyjazdu. W śród nich kobieta, podobnie jak oni - cała w kurzu. Szacunek.   Jacek wyjmuje swoją piersiówkę, chociaż przypomina wielkością zbiornik na benzynę. Ma pojemność chyba z pół galona. Starcza dla wszystkich. Jacek to stary podróżnik. Ma kuchenkę gazową i sprytny zintegrowany  z nią pojemnik na gotowanie wody. JETBOIL - polecam.  Bardzo sprawny zestaw - gotuje nawet na wietrze.  Na postojach od ręki można dostać u niego kawę. Na jednym z nich opowiadają Andrzej z Jackiem o Rajdzie Katyńskim. Nie zdawałem sobie sprawy, że to takie duże przedsięwzięcie. 

 Gdy mamy już po łyku wchodzimy do środka, przechodzimy obok basenu - niestety woda zimna - to tylko marzec. Rano jest ok. 2 stopni.  Hotel ma kształt czworokąta, w środku jest dziedziniec z basenem, a wokół pokoje.  Jest barek, sala jadalna. Można wyjść bezpośrednio na pustynię po drugiej stronie budynku. Kwaterujemy się. Pokoje dwuosobowe z łazienką, z wyjściem na taras na dachu. Trochę skrzypi piach pod nogami, ale jest tu wszędzie. Jest ciepła woda - jeśli jest w ogóle - prysznic. Na ścianach jakieś elementy wystroju w stylu marokańskim. Obsługa chodzi w turbanach, żeby było klimatycznie. W białych i w błękitnych. W tych drugich chodzą Tuaregowie - czyli lud pustyni.  Przyswoili sobie nowy zwrot po polsku:  "ni chuja"!  Nie do końca znają jego znaczenie.  "Kurwa" - znali już od dawna.  Arabowie maja ogromną łatwość do języków. Nawet do polskiego. Ostatnia nowość w ich wykonaniu to *****  ***.      



      

  W oddali widać zagrodę dla wielbłądów. Przejażdżka na nich to jedna z atrakcji. Można przejechać się quadem, można próbować zjechać na nartach z wydmy. Wieczorem do kolacji gra, a raczej bębni zespół muzyczny. Rytm bębnów o różnej wysokości dźwięków wprowadza w lekki trans. Wszyscy siedzą z twarzami w telefonach. Telefony to przekleństwo wypraw. Nikt nie rozmawia, tylko gapią się w ekran.                                  Na każdej wyprawie znajdzie się co najmniej jeden śmiałek, który usiłuje motorem wjechać na wydmę. Nieodmiennie z tym samym skutkiem. Trzeba mu pomóc się odkopać.





Droga powrotna asfaltem przez pustynię. Wiatr przewiewa piach przez drogę. Miejscami robią się małe wydemki. Kierowcy aut najeżdżają na nie,  żeby je rozbijać. Inaczej piach zasypie jezdnię. Czasami trafia się na karawanę wielbłądów. Ale tylko czasami. To nie jest jakiś powszechny widok. Zdarza się widzieć dzikie wielbłądy na pustyni. W niewielkich grupkach. Czasami ktoś siedzi przy drodze i czeka na podwózkę. W zasięgu wzroku nie widać żadnego domu. Skąd się tu wziął?  Zupełnie jak motocykliści - na całym świecie też nie wiadomo skąd się nagle biorą obok samochodu.   Dzieci w Maroku wyrastają spod ziemi. Wystarczy zatrzymać się na 5 minut w najbardziej odludnym miejscu i już są!  Co kilkadziesiąt kilometrów trafia się oaza. Ta wyspa zieleni na pustyni zawsze robi optymistyczny nastrój. Palmy daktylowe, jakaś rzeczka lub duże źródło wody. Rośnie trawa. Wzrok może na chwilę odpocząć od rażącego słońca. Na granicach "województw" stoją na drogach samotne bramy, obowiązkowo z łukiem.  Dobre miejsce na wspólne fotografie.

Gdzieś po drodze natykamy się na rajd starych samochodów. Jedzie ich kilkadziesiąt i przez pół dnia wyprzedzamy je po drodze.

Wieczorem wracamy do Tangeru. Świecą się lampy uliczne, światła portowe. Nastrojowo. Trudny dojazd do do hotelu wąskimi stromymi uliczkami. Wieczorem grupa rozbija się na podgrupy i wychodzimy na kolację. Rano, przy  śniadaniu okazuje się, że prawie każdą grupkę złapał samozwańczy przewodnik, prowadził do wspaniałej restauracji, która okazywała się upiorna i wszyscy kończyli w barze typu kebab przy promenadzie , na kurczaku z rożna.  Taka karma! Dosłownie.


Rano jest wspaniała pogoda. Jemy śniadanie przy stolikach na tarasie hotelu ( Continental ). Ładny widok na port, z którego za dwie godziny będziemy odpływać do Europy. Dzielimy się wspomnieniami - również z innych wypraw. Wymiana adresów.  Z Pawłem Papamobile utrzymujemy kontakty do dziś. Fajnie było. Jest styczeń, zimno. Miło powspominać.

                                             AUTOR   Z   JACKIEM

 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1