47. 2020 RUMUNIA - DELTA DUNAJU
No to może dosyć historii i coś z tegorocznego sezonu. W sierpniu jedziemy z Radkiem do Rumunii. Jakoś udało mu się urwać trochę wolnego czasu, bo ten rok miał i szczęśliwy i upiorny zarazem. Jego córka Alicja wygrała Voice of Poland oraz eliminacje do Eurowizji i to powód do dumy, ale czas w tej sytuacji spędzał głównie w samochodzie między Ciechanowem, a Warszawą. Jemu się to po prostu należało! Trochę się cykamy, bo w Rumunii i nie tylko, panuje coronawirus i boimy się może nie tyle zachorowania, ile załapania się na kwarantannę.
Startujemy fartownie bo 13. sierpnia, jak zwykle lekko opóźnieni w stosunku do planu. U Piotrka gdzie się spotykamy osłuchujemy silnik KTM, bo jakoś dziwnie pracuje, słychać jakieś dźwięki, któych naszym zdaniem być nie powinno. Ale jedziemy - pewnie tak ma być. W końcu żaden silnik nie pracuje bezszmerowo.
Na Słowacji mała awaria. KTM traci biegi. Robimy postój, okazuje się, że poluzowała się śruba mocująca dźwignię zmiany biegów do wałka. Drobiazg - bo się poluzowała tylko, a nie zgubiła - ale problem w tym, że jest bardzo trudny dostęp do niej, bo znajduje się głęboko we wnęce Zwykłym kluczem jakim na szczęście dysponuję, można ją tylko lekko dociągnąć. Mamy nadzieję, że się nie zgubi zanim się do niej dobierzemy na poważnie.
Po drodze jeszcze na Słowacji zajeżdżamy tradycyjnie na gulasz w małej miejscowości Vinnickie w pensjonacie Zlata Putna. To nasze stałe miejsce postoju na tym kierunku. Już na parkingu łapiemy gościa z odpowiednim kluczem do pechowej śruby. W tym miasteczku jest sklep hurtowy z winem, również z Tokajem.
Później skok przez Węgry. Na granicy zagadujemy chwilę do jakiejś pary z Polski na motocyklu. Dojeżdżamy do Satu Mare, znajdujemy hotel. Jest ok. 23ciej. Przed bramą spotykamy się ze "znajomymi" z granicy. To sympatyczne małżeństwo z Dębicy. Jadą tylko na weekend. Jest ciepła noc, siedzimy prawie do drugiej przy piwie i winie. Snujemy motocyklowe opowieści. Rano śniadanie w altance za hotelem, słoneczko, dobre jedzenie. Będzie OK. Jedziemy przez Bukowinę. To moje ulubione miejsce w Rumunii, mam już obcykane najlepsze trasy. To teren pagórkowaty, trochę może w bieszczadzkim klimacie.
Z Satu Mare fajną drogą E 81 do Alesd. To niezupełnie po drodze na wschód, gdyż naszym celem jest Delta Dunaju, ale nie możemy sobie odpuścić drogi z Alesd na Kluż, która na tym odcinku jest super - mimo sporego ruchu samochodów. Góry, niezbyt ciasne serpentyny. Sama radość! Po drodze sławne cygańskie pałace, które nigdy nie były wykończone, a teraz popadają w jawną ruinę. Mieli fantazję i znacznie mniej gustu - ale kto bogatemu zabroni. A musieli być bogaci jeżeli takie pałace stawiali.
Zaliczamy Wąwóz Bicaz. Droga od północy jest w remoncie i formalnie zamknięta, ale nikt się tym nie przejmuje. Tyle tylko, że zamiast marnej drogi jaka tam zawsze była jest już tylko szuter. Trochę popaduje, więc redukcja do dwójki, objeżdżamy wąwóz w obie strony i dalej w drogę. W taką pogodę wąwóz wiele traci na atrakcyjności.
Nocleg w Foksany. Fajny hotel, pokoje na parterze jak w USA - co zawsze mi się podoba. Jadę Multistradą i pojawia się kłopot z łańcuchem. Coś jest nie tak z automatem do smarowania i łańcuch zaczął się podejrzanie szybko rozciągać. Smaruję go dodatkowo sprayem od Radka i zwiększam wydatek smarowania - może dojadę do domu, bo łańcucha już chyba nic nie uratuje. Wieczorem przed nasz hotel zajeżdża kilku Rumunów, w tym dwie Multistrady . Jeden z właścicieli pyta się jak odpala moja. Demonstruję odpalenie swojego (bez problemów) i gość się uspokaja. Widać nowicjusz, a Ducat rzeczywiście normalnie tak odpala jakby akumulator wyzionywał ( czas teraźniejszy od wyzionął ? ) ducha. Taka jego uroda.Pełno łódek, w każdej po kilka osób. Nie ma za to pelikanów - mimo, że to ta sama pora roku co w 2007. No może teraz jesteśmy ze dwa tygodnie wcześniej. Ale przecież jeszcze nie odleciały. Chyba zmieniły legowiska. A wtedy były tu ich tysiące i podrywały się do lotu tworząc białe, latające obłoki. Szkoda. To takie sympatyczne ptaszydła. Podobno najcięższe (do 16 kg ) latające ptaki. Rozpiętość skrzydeł do 3,6 m. Teraz widzieliśmy ze dwa tylko i to pewnie chore, skoro tu są same. Kilka kormoranów, dwie czaple. Czy to o zmianę klimatu chodzi? Za to goniły nas rybitwy całym wielkim stadem, gdy dzieci rzucały im chleb z łódki. Delta Dunaju jest ogromna, od naszego portu do morza jest ponad 50 km. Jest tu gęstwina odnóg, wysepek, zatoczek. Raczej płytko bo są miejsca całe zarośnięte sitowiem lub liliami wodnymi? Po drodze pokazują nam dawną siedzibę Ceasuscu. Nie wygląda na zamieszkałą. Po drodze dosyć nędzne domki letniskowe - te z jego epoki i już bardziej wypasione - nowe. Po powrocie chowamy się w hotelu bo komary tną niemiłosiernie. Dla mnie wizyta w Delcie zrobiła przygnębiające wrażenie. Zmiany są wielkie i jakoś tak się zwykle dzieje z przyrodą, że jak jest zmiana - to z reguły na niekorzyść.
Kolejny nocleg w pensjonacie, w okolicach Brasov. Rano mój motor nie odpala za pierwszym razem jak zwykle, lecz po kilku próbach.Skoro tu jesteśmy, to robimy Transfogarską, ale tym razem od południa i ponownie nocujemy w Brasov - hotel Ramada. Na zjeździe z Transfogarskiej Radek melduje, że skończył mu się nożny hamulec. Stajemy. Na szczęście tylko się zagotował. Polewamy zacisk wodą, stygnie, hamulec się odnalazł. Za to z moim łańcuchem coraz gorzej. Wyciąga się coraz bardziej i słychać jak nierówno pracuje. Dzwonimy do serwisu Ducati do Kluż, czy mogą wymienić. Owszem mogą, ale za cztery dni - no i cena całkiem nie promocyjna. Kolejnego dnia na wszelki wypadek jedziemy do Kluż. Rano Ducat ponownie nie chce odpalić za pierwszym razem jak zwykle do tej pory, lecz łapie na jednym cylindrze i potem dopiero dołącza się drugi. Nie miała baba kłopotu. Po drodze Sighisoara. Tam mamy swoją kawiarnię z tarasem. Zaczyna padać. Zamawiamy pizzę, może przeczekamy. To ładne miasto z zabytkami, ale byliśmy tu już parę razy i chodzić nie będziemy. Nocleg w Kluż. Łańcucha jeszcze nie ma. Nie będziemy czekać. Zarykuję, powinienem dojechać, bo intensywne smarowanie trochę pomogło. Nie skurczył się wprawdzie, ale mniej się rozciąga.
Kolejny nocleg w Krośnie w hotelu Nafta. Idziemy coś zjeść na Rynek. Jest ciepło - w ogródkach kawiarnianych siedzi pełno ludzi. Sympatycznie. Prawie jak we Włoszech. Rano ostatni etap. Cały czas mam wrażenie, że silnik nie idzie jak trzeba. Pod Lublinem na dwupasmówce robimy próbę przyśpieszania od 100 do... Ducati ma większą moc, ale zostaje w tyle o kilka metrów. Coś z nim nie tak!
Za Lublinem się rozstajemy, bo ja skręcam do Kocka, do swego przyjaciela ze studiów - Wieśka. Tego co psuje BMW. Wieczorem dostaję fotę od Radka. Jego KTM na lawecie !!!. Zaraz jak się rozstaliśmy padł mu silnik. Może gdyby nie te próby przyśpieszania - dojechałby do domu przynajmniej. Potem okazało się, że był problem ze smarowaniem wałka rozrządu. Trzeba było wymienić silnik. Tak to bywa. Ja przez pól drogi drżałem czy dojadę , ale na lawecie do domu dojechał Radek.
Po powrocie musiałem wymienić zestaw napędowy: łańcuch i obie zębatki oraz świece. Okazało się, że przednia świeca mostkowała. Dla niewtajemniczonych - bo to teraz rzadkie zjawisko. Iskra elektryczna przeskakując między elektrodami świecy zapłonowej niesie drobiny metalu, które w jakimś momencie robią mostek - czyli metalowe (taki cienki drucik jakby) połączenie między elektrodami i iskra ginie. Jest to objawem źle dobranej świecy tzw. za zimnej, która się zbytnio nagrzewa lub jej wady fabrycznej. Kiedyś zdarzało się to często na etapie Komarka, ale od 40 lat mi się nie przydarzyło.
Lajf is brutal end zasadzka !!!













Komentarze
Prześlij komentarz