45. NORWEGIA Z JOLĄ. 2009
Tyle się słyszało o Norwegii i o jej przyrodzie, o wyprawach na Nord Cap, że wcześniej czy później trzeba tam pojechać i zobaczyć ją na własne oczy. To w sumie nie tak daleko i tylko wysokie koszty przedsięwzięcia, co roku powodowały odroczenie wyprawy. Ale nie można odkładać w nieskończoność. Pogoda, to też jeden z powodów odwlekania wyprawy. W 2009 r zapada decyzja - w lipcu jedziemy. We dwójkę z Jolą, na dwóch identycznych Kawasaki ER 6 F. Joli czarny, mój zielony. Czarny potem został zresztą przemalowany na zielono, żeby były bliźniacze.
Jedziemy przez Niemcy i Danię i tam z portu w Hirtshals do Kristiansand w Norwegii. Nie rezerwujemy biletów w złudnym przekonaniu, że na wielkim promie - a takie tam kursują - miejsce na dwa małe motory się znajdzie. Nic bardziej błędnego. W porcie dowiadujemy się, że nie ma miejsc - pierwsze wolne za dwa dni. Ale proponują, żeby zaczekać. Przy takiej ilości pojazdów, zawsze ktoś rezygnuje lub się spóźni. No i wiedzieli co mówią. Miejsca się znalazły. Wjeżdżamy na pokład, obsługa mocuje (ształuje) motocykle, my idziemy na pokład. Nie mamy kabin, a podróż spędzamy na podłodze na korytarzu. Ale na to byliśmy przygotowani. Rejs trwa ok. 4 - 5 godzin - można wytrzymać. Po dopłynięciu, wyokrętowanie trwa trochę, bo to prom kilkupokładowy. Musi zjechać kilkaset pojazdów.
Nie będę tu szczegółowo opisywał trasy bo jej po prostu dokładnie nie pamiętam. Dlatego podzielę się głównie wrażeniami. Po pierwsze rzeczywiście jest drogo. Porcja pizzy i cola na stacji benzynowej to wydatek ok. 100zł , a mamy rok 2009. Praktycznie wszystko jest znacznie droższe niż w Polsce.Zdarzyły nam się noclegi w hotelach, ale głównie staraliśmy się znaleźć "hytte" . Hytte to drewniany domek na kampingu, raczej mały niż duży i to nawet w/g standardów dla Japończyków. Najmniejszy jaki nam się trafił był na tyle mały, że nie było gdzie wstawić kufrów. Miał za to minimum wyposażenia: lodówkę, zlewozmywak, kuchenkę elektryczną, stoliczek i piętrowe łóżko. Ale do domku należał też mały drewniany tarasik z dwoma krzesełkami i stolikiem. Domek schludny, czyściutki, przyjemny. Zdarzały się oczywiście i większe.
Głównym atutem Norwegii jest przyroda i mimo, że roślinność dosyć uboga - jak na polskie standardy - wbrew pozorom jest na co popatrzeć. Wszechobecne wodospady, których w takiej ilości nawet na Islandii nie spotkasz. Dużo rzeczek i potoczków, ze skalistymi dnami, z malowniczymi wielkimi głazami, które zwykle znajdują się w pobliżu.
Im wyżej na północ tym roślinność uboższa, co nie znaczy, że uboga. Dużo kosodrzewiny i wszelkich odmian roślin karłowatych. Piękne porosty na skałach w najróżniejszych odcieniach brązów i zieleni.
W odludnych miejscach dużo domków letniskowych, z reguły z dachami pokrytymi roślinnością : mchem lub trawą. Takie dachy to ich specjalność. Te chatki stoją samotnie w pojedynkę i w grupach po kilka.
Trzeba się liczyć z pokonywaniem kilka razy dziennie przepraw promowych. Z reguły płatnych, chociaż opłaty akurat umiarkowane. Tu muszę wspomnieć o awarii akumulatora, jaka zdarzyła się w moim motocyklu - o dziwo młodszym od Joli Kawasaki. Po kilku dniach jazdy odmówił współpracy, co było o tyle kłopotliwe, że to Jola musiała mnie popychać. A najgorzej było odpalać na promach, gdzie z reguły było mało miejsca na rozbieg, pod górę, po metalowej i śliskiej podłodze, w dodatku niezbyt równej - bo z żebrowanej stali.
Trzeba bardzo uważać na ograniczenia prędkości. Uprzedzano nas, że przekroczenie limitu nawet o 3-4 km jest już karane, a kary są dotkliwe. Policjant z radarem może nawet leżeć w rowie - tak się poświęcają dla służby!
Droga Troli - Trollstigen ,czyli droga 63 w pobliżu Bergen. Nadużywam określenia "kultowa" , ale taka właśnie jest. Tę drogę Jola zapamięta do końca życia, bo wiele stresu ja kosztowała. Głównie z tego powodu, że po zewnętrznej stronie nad urwiskiem - po której przyszło nam jechać - jest zabezpieczona jedynie murkiem o wysokości ok. 60 cm. Droga jest wąska, więc jedzie w jego pobliżu z przepaścią przed oczami. I o ile można optymistycznie przyjąć, że samochód się na takim murku zatrzyma, to motocykl raczej się przez niego przewinie i spadnie w dół. Jest nie tylko wąsko, ale też spory ruch - jak to na drogę kultową przystało. Wystarczy, że ktoś cię lekko trąci, zepchnie na bok - i lecimy! Dużo kamperów i dużo wycieczek autokarowych. Na wielu zakrętach autobus nie jest w stanie złamać się na jeden raz. Musi cofać, tworzą się zatory. Dzieje się !!! Jest ograniczenie długości pojazdów do 12 m. Oczywiście piękne widoki, po drodze znany most i wodospad. Zatłoczony parking, bo wszyscy chociaż na chwilę się tam zatrzymują.
Ale jeszcze bardziej chyba mnie zachwycił odcinek drogi biegnącej w idealnej linii prostej po wierzchołkach gór. Niesamowity widok, bo zwykle drogi górskie są mniej lub bardziej kręte. Ta biegnie prosto jak strzelił. O ile dróg w rodzaju Trollstigen jest sporo na świecie, to innego takiego prostego odcinka górskiego sobie nie przypominam.
No i oczywiście "fiordy, które jedzą tu z ręki". Jak w dowcipie; byłeś w Norwegii. No! I co renifery, białe niedźwiedzie widziałeś? Jasne. A fiordy? Fiordy to mi z ręki jadły ! Fiordy to najpiękniejsza część Norwegii. Wodospady, kosodrzewina, góry, głazy są wszędzie. Nawet Trollstigen nie jest jakaś nadzwyczajna. Jest dużo podobnych na świecie. Ale norweskie fiordy to potęga. Oczywiście występują w innych częściach świata, np. w Chorwacji byłem w ciekawym fiordzie gdzie na zboczu tkwią resztki myśliwca z drugiej wojny, a na dnie leży wrak statku, którego zarys można zobaczyć. Ale to maleństwo w porównaniu... Byliśmy nad fiordem Geirangerfjord. Z góry jest wspaniały widok na morze. Tutaj zbocza mają po kilkaset metrów wysokości i są zbudowane z granitów. Jak w Alpach. Uwielbiam góry - duże, male i całkiem nieduże. Nawet wzgórek łonowy budzi u mnie ciepłe uczucia. Z góry tego fiordu widać było dwa transoceaniczne statki pasażerskie małe jak pestki słonecznika, a przy nich krzątały się motorówki dowożące pasażerów na stały ląd. Potem zjechaliśmy na dół na poziom lustra wody, skąd można było zobaczyć jak potężne są te statki. Fiord jest stosunkowo wąski, a te transoceaniki nieproporcjonalnie wielkie do jego szerokości.
Na wysokości Bergen zaczęła się droga powrotna i wracaliśmy przez Szwecję, aby zaliczyć wtedy jeszcze będący stosunkowo nową atrakcją - most Oresundsbron z Malme do Kopenhagi przez Cieśninę Sund. Po drodze na autostradzie prowadzi Jola i jedziemy ok. 150 km/h. Z boku podjeżdża do nas cywilne Volvo 740, a siedzący w środku policjant pokazuje jedynie, żeby zwolnić. Mogło być gorzej. Most ogromny, przede wszystkim długi. Najpierw jest ok 7 km mostu, potem 4 km sztucznej wyspy i dalej tunel też długi na kilka kilometrów. Ale prawdę powiedziawszy most, a może bardziej wiadukt w Millau we Francji - najwyższy na świecie - robi większe wrażenie. Może dlatego, że można go podziwiać zarówno z dołu - jak i po nim przejechać. Proces budowy tego mostu w Millau widziałem w tv i bardzo mnie zainteresował. Ale nie pamiętałem gdzie on jest. W czasie wyprawy do Prowansji, w recepcji hotelu zobaczyłem kalendarz z jego widokiem. I gdy spytałem gdzie on jest i czy daleko okazało się, że tuż za miastem. Tak czasami przypadek kieruje naszymi drogami. Byliśmy w Millau !Czemu nie pojechaliśmy na Nord Cap ? Po pierwsze to byłby jeszcze spory kawał drogi, co wymagałoby dodatkowego czasu. I pieniędzy ! A po wtóre tam nie ma nic ciekawego poza pomnikiem, sama droga jest męcząca na ostatnich 80km - szutrowa. Nie jest natomiast na tyle trudna, by jej pokonanie było wyzwaniem. Jest tylko świadomość, że jest się na najbardziej na północ wysuniętym punkcie Europy. Alle byłem na najbardziej wysuniętym na zachód - na Cabo da Roca w Portugalii. Żeby nie było, że jestem miękiszonem. Ale wszystko przed nami.
Powrotna droga już bez fajerwerków: Dania, Niemcy, Polska i powrót do rzeczywistości.















Komentarze
Prześlij komentarz