42. RAJD RAJLAWEN*** DO LIZBONY. 2011.
Lizbona od wielu lat miała być celem kolejnej klubowej Rajlawenopisowej wyprawy, bezskutecznie postulowanym przez Piotra. W dodatku upierał się, by była to trzydniowa podróż - mam nadzieję, że miał na myśli - w jedną stronę, bo to lekko licząc 3500 km. Im bliżej terminu - tym mniej chętnych deklarowało wyjazd - łącznie z Piotrem. Ostatecznie utworzyła się konkurencyjna grupa, która wyjechała do Sztokholmu. Pięcioosobowa bodajże.
Słowo droższe pieniędzy - w 2011 miała być Lizbona, więc my z Jolą jedziemy, a z nami Sławek Kanalia. Oczywiście wyjazd musi mieć jakieś rozsądne granice czasowe. Inaczej jazda w jedną stronę to lekko licząc 4 - 5 dni szczególnie, że jedzie z nami Jola na swojej Kawasaki ER 6. My też nie chcemy bić rekordów. Dlatego trzeba wyjazd przygotować logistycznie i w granicach rozsądnych możliwości. Zatem jak ? Z głową ! Spotykamy się ze Sławkiem po drodze. Pierwszy nocleg - Słubice. Rano jedziemy do Berlina na kołach, tam ładujemy się na Autozug z dworca Wannsee. Po niecałej dobie jesteśmy na południu Francji w Narbonne. Dalej już klasycznie - na kołach. Z Berlina ruszamy w sobotę. Powrót za dwa tygodnie w niedzielę.
Na dworcu, który znajduje się na przedmieściach jest już obecnie trochę zmian na lepsze. Za pierwszym razem, ok. 10 lat temu nie było nic poza bocznicą. Teraz jest wyremontowany budynek z poczekalnią, jest też Imbis - więc można zjeść tradycyjną Kartoffelsalat lub Wursty -kiełbaski. Ważne, by być ze 2 godziny przed wyjazdem, bo długo trwa ładowanie pojazdów: samochodów na dwóch poziomach odkrytych lor i motocykli na dolnym pokładzie. Motocyklista sam wjeżdża na wagon po specjalnej rampie. Trzeba uważać bo nisko, konieczny kask - można rozbić głowę. Reszta należy do obsługi, tzn. mocowanie motocykli pasami, blokowanie kół specjalnymi blokadami. Robią to porządnie, mają swoje pasy i wszystko co trzeba. Można im zaufać. Każdy pojazd dostaje za szybę kartkę ze stacją docelową, bo po drodze odłączają wagony na inne kierunki. Na naszej jest napisane Avignon. Trochę nas to dziwi, bo powinno być Narbonne, ale chyba wiedzą co robią. Tu ważna uwaga praktyczna: te kartki trzeba dobrze przymocować, bo inaczej po przejechaniu 1500 km, gdy wiatr tymi kartkami furkocze - porysują szybę na matowo! Zajmujemy miejsca, mamy 3 kuszetki w 6 osobowym przedziale. Niestety po jakimś czasie wprowadzają się jeszcze dwie osoby w "mocno starszym" wieku. Niemcy niestety. Zresztą kogo można się spodziewać w Berlinie?
W końcu ruszamy. Próbujemy nawiązać kontakt z sąsiadami. Okazuje się, że mężczyzna to emerytowany profesor z Heidelbergu. Mogło być gorzej, bo Niemcy potrafią się kiepsko zachowywać, a w najlepszym razie są bardzo głośni. W końcu ruszamy. Jest wagon restauracyjny, idziemy zjeść posiłek. Po powrocie do przedziału, Kanalia wyciąga flaszkę, proponujemy łyka współtowarzyszom. Facet się wzbrania, ale ostatecznie wyciąga rękę po kubeczek: nur zwelf Tropfen ( 12 kropli) mówi. Ok. Ale do następnych kolejek już nie trzeba go zbytnio namawiać. Kończy się nasza butelka, on wyciąga swój Jagermeister. To ziołowa wódka - dobra na trawienie i tylko na to! Ale dobrze nam idzie. Alkohol się skończył, ale ochota jeszcze jest. Wysiadam na jakiejś stacji z profesorem i szukamy bufetu, żeby coś dokupić. Chodzenie idzie mu kiepsko, bo i wiek i już pobrał sporą dawkę. Znajdujemy bufet. Kupujemy flaszkę w bufecie. Już nas szuka konduktor - bo pora odjazdu minęła. "Biegiem" do wagonu. Kontynuujemy. Ostatecznie oddajemy sąsiadom swoje miejsca do spania na dole, bo nasz profesor nie da rady wdrapać się na swoje piętrowe łóżko. W nocy długo stoimy gdzieś w polu. Jedni mówią, że we Francji są strajki kolejarzy inni, że powodzie. Po kilku godzinach ruszamy. Rano konduktor roznosi śniadania do przedziałów. Ok. 10 tej jesteśmy w Avignone. Okazuje się, że dalej nie jedziemy. Kij im w oko, tylko czemu nie było informacji. Skoro rozdawali kartki z napisem Avignon - znaczy, że wiedzieli. Oj coś nie za bardzo z tym niemieckim: Ordnung mus sein. Szybko idzie rozładunek i w drogę. Pierwszy etap Barcelona. Zamiast 250 km mamy ok. 500 - w sam raz na początek. W hotelu jesteśmy ok. 23ciej. Nie będziemy jechać najkrótszą trasą do Lizbony, bo chcemy zobaczyć też Hiszpanię.
W Barcelonie pierwszy raz byłem ze 25 lat temu. Nie mam najlepszych wspomnień. Pod zamkiem królewskim włamali mi się wtedy do auta i skradli dokumenty. Nie zgłaszałem tego na policji - bo byliśmy w Hiszpanii w zasadzie nielegalnie. W czasie urlopu we Francji ktoś podpowiedział, że można poprosić pograniczników i powiedzieć, że jedzie się tylko na plażę - i mogą puścić. Tak było, ale w tej sytuacji wolałem nie zgłaszać się na policję. I wydaje się to niewiarygodne, ale bez dokumentów udało nam się wrócić do Polski przejeżdżając przez wszystkie granice.
ALICANTE - KAZIA
Następny etap - Alicante. Odwiedzamy tam znajomą z klubu - Kaśkę. Obwozi nas autem po mieście i wieczór kończymy kolacją przy promenadzie. Alicante ma piękne wybrzeże, które biegnie łukowato, a w tle widać wieżowce jak w brazylijskich kurortach. Nocleg w hotelu kończy się zgrzytem. Kanalia płacił za wszystkich i po jakimś czasie bank zwrócił się do niego o potwierdzenie transakcji z Nowego Yorku na jakąś spora kwotę. Prawdopodobnie w hotelu zeskanowali mu kartę. Potem bank zwrócił mu na szczęście tę kasę. Ale były i inne, przyjemniejsze trakcje.
W nocy w hotelu budzi nas hałas. Łóżko u sąsiadów za ścianą wali w nią i słychać upojne krzyki kobiety. Po jakimś czasie pytam Joli: śpisz??? Nie spała. Teraz nich oni słuchają. Rano przy śniadaniu obie panie mierzą się wzrokiem. Remis 1:1. Dogrywki nie będzie. Wyjeżdżamy.
Cały czas posuwamy się wzdłuż wybrzeża. Kolejne miasto - Almeria. Nocleg w małym hoteliku. Wspaniałe żeberka w barku przy deptaku, za śmiesznie małe pieniądze. Na deptaku wielkie koło. Chłopcy tańczą (?) tam street dance. Co chwila inny koleś. Mają dobry poziom. Lubię takie występy uliczne, z trudem mnie odciągają.
Z Almerii odbijamy od morza na płn. zachód. W Góry Sierra Nevada. Już sama westernowa nazwa sugeruje, że musi być pięknie. I jest! W kolejnym miasteczku Jola zostaje w hotelu, a my ze Sławkiem jedziemy poszaleć po okolicy, bo naprawdę żal raz tylko przejechać te fajne trasy.MEZQUITA
Jedziemy dalej przez Sierra Nevada do Cordoby. Mamy unikać autostrad, ale GPS nas inaczej prowadzi niż było w planie. Jola się wścieka, bo nie lubi tego urządzenia. Ja podejrzewam, że jest zazdrosna o tę panią, która głosem wydaje jej facetowi komendy. Tłumaczę jej za każdym razem, że nie po to wydałem na GPSa furę pieniędzy żebym jeździł tam gdzie JA chcę. Tak to mogę z mapą. Swoją drogą mam pomysł na biznes. Gdyby komendy były mniej poważne, np.: I jak pojechałeś baranie? Kto ci dał prawo jazdy ? Ośle - nie teraz w lewo! Podróż z pewnością nie byłaby tak monotonna.
W Cordobie mamy zarezerwowany hotel w centrum starego miasta. Jesteśmy blisko, ze 200m w linii prostej, ale GPS głupieje. Każe skręcić w lewo, a jak skręcimy robi się 1,5 km. Pada deszcz uliczki wąskie, kostka, ślisko. Nie ma się kogo spytać o drogę. Dobrą godziną kręcimy się w kółko. W końcu Jola ma dosyć i stwierdza, że dalej nie jedzie. Poważnie! Wsiada do mnie jako pasażer, a jej motor zostawiamy w jakimś zaułku. Może znajdziemy - jeśli go nie ukradną. Na szczęście GPS ma funkcję zapisz trasę. Za chwilę jesteśmy przy hotelu, zostawiamy Jolę w recepcji. Sławek siada z tyłu i wracamy po motor. Chyba się odczarowało, bo znajdujemy go bez trudu - rzeczywiście byo blisko. To był pierwszy i jak dotąd ostatni bunt na Bounty.
Od rana zwiedzanie. Na pierwszy ogień meczet - kościół Mezquita. Ogromna budowla rozpoczęta w VIII wieku, kilkakrotnie przebudowywana, o b. ciekawej historii. Szczególna z tego powodu, że wewnątrz meczetu jest pobudowana katedra gotycka !!! Przez Karola Wielkiego. W ten sposób uratował ten meczet przed zniszczeniem. Wewnątrz charakterystyczny las kilkuset antycznych kolumn zwożonych na budowę z całego imperium. Robi wrażenie !!! Potem odwiedzamy Ogrody Pałacowe, ale po Mezquita nie robią wielkiego wrażenia, a sam pałac - nic szczególnego. Wart zobaczenie jest potężny Most Romański. I pewnie sto innych rzeczy - ale nie ma na to czasu. W czasie zwiedzania jemy tapas - przekąseczki-kanapeczki. Najróżniejsze i b. smaczne. Kolacja: sery,pomidory, wino, drinki- wspaniała. Nie ma to jak proste chłopskie życie.
Z Cordoby do Badajoz piękna droga nr 432. Po drodze rozpoznajemy dęby korkowe. Smętnie wyglądają z obdartą korą. Ale czymś te wino w butelkach trzeba zatykać. Po drodze przyłącza się do nas Hiszpan na BMW. Alvarez bardzo chce się zakolegować, ale nie zna żadnego języka. Ręce bolą. Zaprasza nas do baru. Doznajmy szoku. Takiej brudnej podłogi nigdzie nie widziałem. Na podłogę rzuca się wszystko: pety, zapałki, opakowania po papierosach, serwetki. Alvarez pokazuje nam na mapie ciekawe miejsce na północy Hiszpanii; Picos de Europa, które musimy koniecznie zobaczyć. Pasmo górskie odległe ok. 25 km od wybrzeża. W/g legendy w tych górach palono ognie jako znaki nawigacyjne dla żeglarzy powracających z wielkich wypraw odkrywczych w XV i XVI wieku.
Następne miasto etapowe Estoril. Przejazd przez most nad zatoką daje piękny widok na panoramę Lizbony. To tylko rzut beretem. W Estoril mamy hotel z basenem niedaleko plaży. Jest okazja wykąpać się a Atlantyku, ale woda piekielnie zimna. Tylko Jola odważna wchodzi do wody.
Spacer po okolicy i idziemy spróbować jednej ze specjalności kuchni portugalskiej - steak z suszonego dorsza (klipfisza). Polecił nam go kelner jako specjalność restauracji. Nie wiem czym żeśmy mu się narazili, ale w smaku przypominał dobrze wysezonowany gont z osiki. To była jakaś kosmiczna pomyłka. To nasza zbiorowa opinia! Zaryzykowałem nawet stwierdzenie, że ponury, depresyjny nastrój Portugalczyków - w odróżnieniu od pogodnych Hiszpanów - jest skutkiem tego, że muszą jeść to gówno. W Portugalii jest najwięcej samobójstw i już się nie dziwię. Różnica między nimi, a Hiszpanami jest jak między flamenco a fado. Nauczyliśmy się, że dziękuję po ichniemu to: obrigado. Lepiej za wszystko dziękować na wszelki wypadek zanim cię tym suszonym dorszem przez łeb zdzielą. Wieczorem na poprawę nastroju pijemy porto i sangrię.
Jedziemy z Estoril do Lizbony. Jola jako pasażer. Motocykle zostawiamy na łasce losu pod katedrą i robimy przejażdżkę połączoną ze zwiedzaniem starego miasta kultowym, starym tramwajem linii nr 28. Bilet 8 EUR od twarzy. Wsiadamy. Po dwóch przystankach - pętla i koniec jazdy. Na nowo trzeba by kupić bilety, czyli jeszcze 2 x 8 EUR - bo do początkowej pętli i od pętli do katedry. Tośmy się kurwa najeździli.
Przypomina mi się zdarzenie sprzed lat. Mieszkałem wtedy w Długosiodle, a zakolegował się z nami taki b. sympatyczny, lecz prosty chłopak Tadek. Tadek mieszkał na zapadłej wsi i mówił uroczym, archaicznym językiem np. poszliśwa, chodźwa, itp. Kosztem wyrzeczeń kupił sobie nowy motor MZ, który na swój sposób nazywał Mezetka. Nic dziwnego, że trząsł się nad nim i bardzo go pilnował. Kiedyś poprosił, czy może go u nas zostawić - bo idzie na dyskotekę. Tylko żeby ci go nie ukradli mówię ! On poszedł,a ja mu go schowałem. Za kilka godzin bębni w drzwi. Trochę go potrzymałem i otwieram. Tadek prawie lewituje: juszem się kurwa najeździł! Meztkę zajebali !!!
Tak więc i nasza podróż tramwajem szybko się skończyła, a że nie mieliśmy ochoty kupować nowych biletów - dalej było z buta. Szczerze mówiąc, ta część miasta nie zrobiła dobrego wrażenia. Stare, zniszczone kamienice, szaro, ponuro. Oczywiście nie wszędzie. Upał też zniechęcał do pieszych wycieczek.
Kolejna atrakcja - Sintra, a w niej pałac Pena. Tu też nie jest tanio. Opłata za parking, za wejście do parku, za wejście pod bramę i jeszcze za wejście do środka. Pałac sprawia wrażenie jak z Disneylandu. Żywe kolory - dużo jakskrawo-żółtego, przedziwna architektura z pomieszaniem stylów. Jola wchodzi do środka, my ze Sławkiem zostajemy pod bramą. W/g relacji Joli: piękny widok na okolicę z murów pałacu.
Wracamy do hotelu, basen. Wieczorem kolacja ( awansem ) z okazji dziesiątej rocznicy naszego ślubu. Oczywiście bez dorsza .
Nazajutrz trasa do Braganza. Dalej upalnie. Mamy hotel, szukamy jedzenia. To małe miasto, sporo restauracji - ale pozamykane. Znajdujemy otwartą - chińską. Trudno się dogadać, bo dwie panie bardzo miłe, ale żadnego języka! Zamawiamy coś na chybił - trafił. Bingo. Bardzo dobre jedzenie. Młodsza siada z nami, bardzo chce z porozmawiać. Zna zaledwie kilka słów po angielsku. Bardzo miła. Zaczyna mi robić masaż karku. Jola pokazuje obrączkę. Koniec czułości.
Kolejny etap - ponownie Hiszpania - Llanes. Miasto wybrane przypadkowo, ale w planie Picos de Europa. Po drodze Jola ze Sławkiem zamawiają w przydrożnej restauracji jakieś danie dnia. Ja jestem ostrożniejszy. Dostają jakieś ślimaki z fasolą. Danie jakieś śmierdzące. Nie wiemy czy zepsute, czy takie ma być. Chyłkiem wywalają je do kubła na śmieci. Llanes leży na wybrzeżu atlantyckim. Nazajutrz Jola chce odpocząć, wypożycza rower i robi sobie wycieczkę. My ze Sławkiem jedziemy w góry. Super drogi, super widoki - polecam każdemu. To niewielkie pasmo górskie, ale nasz Alvaro wiedział co nam poleca. Wieczorem pod oknami naszego hotelu jakaś wielka miejska impreza. Stoły, wino, muzyka , mnóstwo ludzi. Bawią się chyba do drugiej w nocy. Ale największe zdziwienie rano. O ósmej jest już posprzątane i nie ma prawie śladu po imprezie. I to ci sami Hiszpanie, co rzucają niedopałki na podłogę baru!
Powrót przez Andorę. Zawsze to jedna chorągiewka więcej na mapie Europy. Po drodze dostaliśmy lekcję pokory. Ale od początku. Zaczęły się Pireneje, super górki, fajne drogi. Pomykamy sobie z Kanalią radośnie - Jola z tyłu. W końcu Jola mówi, to wy sobie zapierdalajcie, a ja spokojnie za wami. Trochę zwiększyliśmy tempo, rozmawiamy sobie przez interkom, a w którymś momencie widzę, że doganiają nas jakieś światła motocykla. Mamy zająca - mówię do Sławka i czekamy, aż nas wyprzedzi żeby zobaczyć, kto się ośmiela. Patrzę ja patrzę i oczom nie wierzę. Leci gościu na skuterze - chyba na Burgmanie, flanelowa rozpięta koszula, paski od kasku typu orzeszek radośnie mu powiewają i bierze się do wyprzedzania. Sławuś - mówię - ognia, jakiś koleś nas tu złoi za chwilę! I rzeczywiście jak daliśmy mu się wyprzedzić, narzucił takie tempo na zakrętach przed miastem, że z trudem udało nam się go dogonić, a potem łyknąć. Na krótkich prostych nie nadążał - zresztą honorowo zwalnialiśmy, ale na zakrętach dawał ognia tak, że w zasadzie nie mogliśmy go za bardzo zgubić. Gdy się zatrzymaliśmy, na przedmieściach, aby mu podziękować za towarzystwo i oddać honory - pozdrowił nas gościu w klapkach ze średnio-starszego pokolenia. Pocieszamy się do tej pory, że znał doskonale drogę - co pewnie było prawdą. Ale pozory mylą - nie sądź Pana po cholewach, że sparafrazuję staropolskie przysłowie. Ostatni etap do Narbonne. Meldujemy się rano na stacji. Jest podejrzanie spokojnie. Po kilkunastu minutach zaczynamy się niepokoić. Szukamy jakiegoś kolejarza i okazuje się, że trasa jest ponownie skrócona i pociąg staruje z Avignone. Fajne porządki w Deutsche Bahn. Ładujemy bagaże, które już pozdejmowaliśmy, wsiadamy na motory i w drogę. Na szczęście zdążamy. A gdyby nie ? Następny transport za tydzień lub ekstra 1500 km na kołach. Złożyliśmy po powrocie reklamację i wniosek o zwrot części pieniędzy za bilety, ale nic nie wskóraliśmy. Widać Ordnung mus sein, aber nicht in Deutsche Bahn !!!



























Komentarze
Prześlij komentarz