40. RAJD RAJLAWEN*** DO BRATYSŁAWY. TROGIR W CHORWACJI. 2014.
Tradycyjny termin - ostatni weekend sierpnia. Z Przasnysza ruszamy wspólnie z Lucyną i Piotrkiem. Spotkanie i strat regulaminowe - czyli spod Kolumny Zygmunta. Jedzie spora ekipa.Tym razem z Chefem na czele. Jest z Kamilą jako pasażerką, znaną aktorką np. z filmu Vinci. Ona musi strasznie go kochać. Jazda z tyłu na R 1, gdzie siedzenie ma kształt, grubość i rozmiar podpaski - to wyzwanie! Chyba nie wie co robi? Pierwszy etap Kielce - gdzie ma dołączyć ekipa Huberta i Magdy oraz inne kielcoki: drugi Hubert i nie tylko. Są tam już Sławek z Torunia , Andrzej z okolic Lublina, Kris z Warszawy, Leszek z Dorotą z Grudziądza, Krzysiek z Łodzi, Marek z Tomaszowa . Po krótkim postoju jedziemy wszyscy po Tomka do Buska Zdroju. Pierwszy nocleg w Szczyrbskim Pleso - czyli Słowacja, Wysokie Tatry. Wieczorem wspólna kolacja w hotelowej restauracji. Rano ruszamy dalej.
Na jakiejś stacji benzynowej po drodze spotykamy Marka - mego kumpla alpinistę i dziennikarza, poznanego na zlocie w Varażdin . Jest okazja złożyć mu życzenia z okazji okrągłych 70tych urodzin o których wyczytałem w Ś.M. Jedzie w towarzystwie dwóch kolegów na południe Europy. Miło się spotkać po latach. Marek wcześniej dużo pisał do Świata Motocykli - proponował "Trasy Pana Marka" - głównie po Polsce.
W sobotę tradycyjne spotkanie w Polskiej Ambasadzie w Bratysławie. Trochę przydługie przemówienie Piotra, wystąpienie ambasadora, poczęstunek. Standardowo.
Wieczorem kolacja na koszt organizatora. To nasz stały i ulubiony punkt programu, gdyż Piotr nie ma węża w kieszeni i zwykle jest to dobra restauracja i każdy zamawia z karty. Z fasonem. Piotr się rozkręcił, opowiada o początkach klubu, historię pierwszego rajdu. Inni też opowiadają anegdoty z pierwszego wyjazdu, który obfitował w przygody. Potem głosowanie w sprawie przyszłorocznego wyjazdu. Tradycyjnie - Piotr zgłasza kandydaturę Lizbony. Raz już była wybrana, ale ostatecznie pojechaliśmy tylko my z Jolą i Kanalia. . Ale ta Lizbona jako propozycja Piotra co roku powraca. To już stały fragment gry. W jawnym głosowaniu wygrywa Amsterdam. Super. Jest wspaniała atmosfera. Tomek opowiada o swoim ojcu, który przez wiele lat był zawodnikiem motocyklowym i specjalizował się w side carach. Ma nawet pamiątkową koszulkę z wizerunkiem ojca, którą wręcza Piotrowi. Tomka ojciec miał już 80 lat, gdy kupił jeszcze sobie nowy motocykl BMW. Trzeba mieć fantazję.
W niedzielę grupa się dzieli. Część ( 6 osób ) jedzie do ciepłych źródeł na Słowacji, a część, tzn. Hubert z Magdą, Andrzej, Sławek i ja z Jolą jedziemy, tradycyjnie na drugą część imprezy. Tym razem wybór padł na Chorwację . Pierwszy nocleg na Węgrzech przyjmujemy z ulgą, bo praktycznie całą drogę padało. Jola, która jedzie jako jedyna kobieta na swojej Kawie daje radę, ale też wolałaby by nie padało.
Następny nocleg - Zadar. Ale po drodze mamy horror. Na autostradzie już dosyć blisko wybrzeża tankujemy. Na stacji stoi grupa motocyklistów i o czymś nerwowo dyskutują. Tu zaczyna się odcinek, szczególnie narażony na podmuchy wiatru - a wieje! Są znaki ostrzegawcze. To bora - wiatr, który zazwyczaj wieje od płn. -wschodu w kierunku wybrzeża w dół po zboczach, gdzie nabiera jeszcze szybkości. Potrafi osiągać do 240 km/h na godzinę. Te wiatry to ulubieńcy koncernu VW. Kojarzycie: passat, bora, scirocco. Teraz aż tak silnie nie wieje, ale mimo to widać jak b. mocno kiwa kamperami i busami. Jola trochę panikuje, ale przecież nie będziemy tu stali przez dwie - być może - doby. Ruszamy. Jedziemy na końcu naszej grupy. Nie panikuj mówię - dasz radę. Nie jedź tylko zbyt wolno. Trzymaj ok. 50km/h i niski bieg, żeby była reakcja na gaz. Jak szybciej - masz za mało czasu na własną reakcję. Jak za wolno - nie utrzymasz równowagi. Kręcące się koła działają jak żyroskop i na tej zasadzie motocykl (rower) utrzymuje pion i kierunek. Przed nami Huberta wiatr znosi aż na środkowe barierki.Widać jak się ratuje i odpycha nogą od nich. Na szczęście najgorszy odcinek - to tylko kilkaset metrów, gdzie autostrada idzie przez wąwóz na estakadzie. Udało się!!!
Rano ruszamy do Trogiru, który jest celem podróży. Kwaterą mamy w bloku, w apartamencie. To małe, urocze - jak to w Chorwacji - miasteczko. Port, promenada na której śpiewa człowiek orkiestra: gra na gitarze, śpiewa, a na plecach ma jeszcze perkusję, którą wprawia w ruch linkami przymocowanymi do butów - w związku z czym musi nieustannie dreptać. Facet jest aż z Kanady i podobno jeździ po całym świecie ze swoimi występami. Do tego bardzo fajnie śpiewa. Lubię takie uliczne koncerty i codziennie mu kibicuję. Wspominam zaraz Dubrownik i faceta, który siedzIał przy głównym placu na schodach domu i świetnie grał na klasycznej gitarze.
Wieczorami tekila na tarasie z widokiem na światła portowe. Robimy wypad statkiem do Splitu. To piękne, stare miasto. Trochę zbytków z czasów rzymskich, kolumny, stare kamienice, marmurowe chodniki. Klimatycznie. Pizza w restauracji na rynku, świetna kawa.
W drodze powrotnej do Polski oczywiście znowu pada. Nocujemy w Chorwacji w hotelu w mieście Daruvar. Kolacja w hotelowej restauracji. Andrzej mówi, że mieszka tu siostra jego przyjaciela, ale nie chce z nią się widzieć - bo ona jak się napije, robi się namolna. Dzwoni do przyjaciela z pozdrowieniami ale prosi o dyskrecję, żeby nie ujawnił siostrze, że jesteśmy w jej mieście. Oczywiście jeszcze w trakcie zakrapianej kolacji pojawia się ta siostra. Zaprasza nas do domu. To nawet niedaleko. Wypijamy jej wszystkie zapasy alkoholu. Gdy w pewnym momencie prosi Andrzeja, żeby pomógł jej w kuchni - oczami dajemy sobie znaki - zaczyna się. Andrzej patrzy na nas z przerażeniem szukając w nas oparcia. Jak przystało na przyjaciół - jeszcze ją podpuszczamy - Andrzej Ci pomoże!!! Dopada nas taki śmiech, taka głupawka - jakiej w życiu nie miałem. Co Andrzej przyniesie jakiś talerz z kuchni - Sławek pokazuje mu znany gest - avanti !!! Andrzej prosi - ratujcie mnie. Tylko nie zostawcie mnie z nią samego. Proponujemy, że pomoże jej posprzątać, a my się będziemy już zwijać. Jego wzrok może zabić. Oczywiście zabieramy go ze sobą. Żarty muszą mieć granice. To chyba najżywsze wspomnienie z tej wyprawy. Wśród naszej grupy wystarczy pokazać gest Sławka, żeby usłyszeć wybuch śmiechu.
Marylka ! Jeżeli to przypadkiem przeczytasz, przysięgamy wszyscy: bronił się i to skutecznie!
Następnego dnia, dalej pada. To tak, żeby zejść na ziemię i przestać marzyć o Chorwacji, a przygotować się do surowszych klimatów.

















Dla uzupełnienia: 6 uczestników Rajdu pojechało z Bratysławy do gorących źródeł w Słowacji. Znakomite miejsce, woda gorąca, piwo zimne. Tylko nie miałem kąpielówek więc kupiłem na miejscu, były chyba najdroższe na świecie, ale co było robić - nie było to kąpielisko dla nudystów. Cały powrót oczywiście w deszczu, czyli generalnie dużo wody.
OdpowiedzUsuńDzięki za podpowiedź. Uzupełnię historię.
OdpowiedzUsuńJAP