38. ALBANIA - 2016. PIOTREK, RADEK, SŁAWEK, KONRAD, ADAM

Jak zwykle, aby oszczędzić czas robimy transport kombinowany. Do Makarskiej w Chorwacji jedziemy busem i wieziemy na nim i na przyczepie 5 motocykli. Załoga to Radek, Sławek, Konrad,  Piotrek  i ja - Wasz szalony reporter. Szósty Adam - dojedzie na   kołach. Baza w hotelu Bluesun Naeptun w Tucepa i tam zostaną motocykle. Hotel b. przyjemny, mamy podwójny pokój. Jest basen i all inclusiv - na bogato.  Wieczorem impreza, nawet dość ostra. W nocy budzi mnie hałas, to Konrad stoi trzymając dumnie  w ręce wąż wyrwany od ściennej suszarki. Bez kontaktu, wyraźnie zachwycony i jakby przekonany, że mu tak w nocy urosło. Rano z trudem zbieramy się na śniadanie, potem pakowanie, auto na parking i ruszamy.


 Wjeżdżamy do Czarnogóry , jedziemy doliną rzeki Tary. Bardzo malownicza trasa.  Zatrzymujemy się na postój obok starego, zamkniętego już mostu wiszącego. Równolegle jest już nowy most. Chłopcy śmigają nim na druga stronę. Robimy ładne ujęcia z wiszącym, zrujnowanym mostem w tle. Kanalia - Dobry Samarytanin bierze małego żółwia z drogi i przenosi w trawę. Trzeba uważać, bo te żółwie zdarzają się dosyć często na drogach i dosyć łatwo się na nich wysypać.  Jedziemy dalej jakimś skrótem. Ładna , wąska droga w małych górkach. Zatrzymuję się ze Sławkiem, bo reszta zniknęła mnie z oczu. Za chwilę dojeżdża Piotrek i z daleka melduje : gleba!!  Kto?  Adam.  Jak?   Na agrafce złapał pobocza, do tego mokre liście i ślizg. Za chwilę nadjeżdża reszta z Adamem. Nic ci nie jest? Nie. Ok. Noga trochę boli. Ale tylko trochę - jedziemy.

Do Albanii chcemy wjechać przez Czarnogórę, od północy przez Góry Przeklęte i rozpocząć od kultowej drogi SH 20.  Kultowej, gdyż biegnie przez ciekawe górskie, w zasadzie niezamieszkałe tereny i jest drogą offroadową. Obecnie trzeba użyć określenia "była" - bo już jest cała wyasfaltowana.  Dosyć sprawnie przekraczamy granicę z bardzo skromnymi zabudowaniami i zaczynamy przygodę. Droga jest gliniasta,    a jest po deszczu. Mamy szczęście, że już nie pada, bo w tej glinie byłoby ciężko.  Wszyscy za wyjątkiem Sławka Kanalii, który jedzie Yamahą Tracer,  jedziemy na GSach: 4 x 1200 i 1 x 800. Sławka Yamaha jest prawie nowa, więc nic dziwnego, że go skręca z żalu i złości, gdy musi wjeżdżać w kolejne kałuże i doły, przejeżdżać po kamieniach. 

  Robimy pierwszy postój, bo Konradowi na tych dziurach pękła puszka z napojem i musi zrobić porządek w torbie.  Rozglądamy się wokół i w polu widzenia widać 5 bunkrów - pozostałości po szaleństwie Envera Hodży -  ich komunistycznego przywódcy.  Po roku 1971 pobudowano ich w Albanii kilkaset tysięcy !!! Były wszędzie - na plażach, przy drogach, na skrzyżowaniach. To były głównie małe budowle,  tak na oko dla jednego - może dwóch żołnierzy, ale były też większe. Te małe wyglądały jak słup ogłoszeniowy wkopany w ziemię.  Z ziemi wystawały jedynie ich kopułki z otworami strzelniczymi. W 2016 roku już wiele z nich rozebrano ale nie ma problemu, żeby jeszcze je zobaczyć. Jestem trzeci raz w Albanii i gdy byłem pierwszy raz na początku lat 2000 - były jeszcze wszędzie widoczne.   W 1985 r gdy obalono dyktatora zrabowano składy broni i w ręce prywatne dostały się steki tysięcy broni. Bunkry zaczęto rozbierać.  Ciekawy kraj!                                




                                                                                            

         Po kilkunastu kilometrach droga SH 20 zaczyna się poprawiać, widać jakieś maszyny drogowe, a pod kołami pojawiają się szutry. Krajobraz surowy i dziki. Po ok. 40km nagle zaczyna się asfalt i to jaki!  Super nawierzchnia, mały ruch, góry, zakręty - samo dobro. Zatrzymujemy się na parkingu widokowym obok ostrego zakrętu. Widać z niego serpentyny - prawie jak na Transfogarskiej. Naprawdę przepiękna droga. Robimy małą przerwę i zaczynają się popisy - bo odpoczywa tu jakaś żeńska wycieczka. Ruch b. mały - więc można pośmigać.  Bus z dziewczynami odjechał - popisy się skończyły. Stare chłopy, a jak dzieci ! Tylko wódka i dupy w głowie.

                                                           TO  TEŻ  SH  20

Odwiedzamy Dures - znany kurort wczasowy nad  Adriatykiem. To miejscowość portowa, więc chyba to nie najlepsze miejsce na wypoczynek.  Z miejscowości Vlore - kolejnego kurortu postanawiamy pojechać skrótem oznaczonym na mapie żółtym kolorem, czyli drogą drugiej kolejności. Jedziemy przez przedmieścia, potem ostro w górę, za miastem zaczyna się... Nie.  Powinno być kończy się droga, a zaczyna ostry offroad. Kamienie różnej wielkości, środkiem idzie korytko jakiegoś małego potoczku który utworzył się pewnie po deszczu. Trzeba przeć w górę z kamienia na kamień, nie ma jak się zatrzymać. Radek na moment odpuszcza gaz i robi paciaka. Nie, nie damy rady - szczególnie Sławek na swoim Tracerze ma kłopoty i nic dziwnego. Zawracamy, ale nawet zawrócić ciężko. Mnie też nie rajcuje za bardzo taka droga. Niewinny upadek - poza  urazem - może się skończyć wybiciem dziury w deklu, a to oznacza koniec jazdy. Ale też spore kłopoty. Dzielimy się na dwie grupy. Piotrek. Konrad i Adam pojadą jednak offroadem, a my pozostali,  nadkładając sporo drogi - asfaltem.

 Spotkamy się w umówionej miejscowości.  Moja grupa pierwsza dojechała na miejsce, siedzimy w restauracji i czekamy. Robi się ciemno, z drugą grupą nie ma kontaktu. Zaczynamy się niepokoić. Po godzinie dojeżdża Piotrek - widać, że jest wytrącony z równowagi. Zdejmuje kask i mówi: chłopaki - mało brakowało, a Adam spadłby w przepaść.  Stracił równowagę i przez kilkanaście metrów jechał tuż nad urwiskiem wywijając nogami i próbując złapać równowagę.  Ja - mówi - rzuciłem motor i biegłem mu na ratunek, chociaż to było bez sensu.  A gdzie oni są - pytam. Kondzio złapał gumę i wolno razem jadą. Po chwili dojeżdżają. Adam opowiada: miałem wyłączoną kontrolę trakcji. Najpierw był uślizg, a jak opona złapała przyczepność, zawinęło mnie w kierunku urwiska. Było kiepsko, ale się udało. Rosjanie na taka sytuację mówią, że pewnie miał: połnyje sztany!   (pełne spodnie - ros.)                                                                                        Rano za hotelem naprawiamy oponę przez kołkowanie i w drogę. 


 

Na jednym z noclegów mamy akcję serwisową.  Ja wymieniam klocki z tyłu    (byłem przygotowany - miałem ze sobą ), a Sławek ma "gwrancyjną" wymianę oleju w silniku.  Ja szybko się uporałem ze swoim, ale Sławek się kokosi - ekolog się znalazł.  Nie chce sam wymieniać oleju zlewając go do bańki , bo może nakapie na asfalt. .  Pojechał do mechanika. Mechanik najpierw chce spuścić ten olej prosto w piach na swoim podwórku,   a na uwagę, że trzeba go spuścić do jakiejś bańki - jakąś pustą znalazł.  Spuścił do niej olej, po czym wylał go pod płotem. Raczej nie był kandydatem na członka Greenpeace. 

Kolejny nocleg w m. Saranda. Ładny hotel, świeżo oddany do użytku. Wokół budują się kolejne i o 6tej rano budzą nas młoty pneumatyczne. Znam przyjemniejsze sposoby budzenia. Tu wszędzie jak okiem sięgnąć idą budowy hoteli.  Albania robi się modna. Saranda to już samo południe kraju. Na przeciwko, z okien hotelowych widać grecką wyspę Korfu. Mamy nawet plan, żeby popłynąć tam promem, ale rozkład połączeń jest taki, że zajęłoby nam to trzy dni. Nie możemy sobie na to pozwolić.

                                 KORFU  Z  OKIEN  HOTELU  W  SARANDZIE




 Od tego punktu poruszamy się na północ, w kierunki Tirany. Po drodze trafiamy na remont nawierzchni. Prawie 40 km szutru. Kurzy się niemiłosiernie. Trzęsie, zwiększamy tempo - jest lepiej, ale Sławek na swoim Tracerze zostaje z tyłu. Czekamy na niego dosyć długo,. Nadjeżdża mocno w-kurzony - dosłownie też. Urwało się mocowanie od bocznego kufra Yamahy. Piotrek ma papierową (?) taśmę malarską . Owija nią kilkanaście razy uszkodzenie i jakoś musi wytrzymać. I wytrzymuje!  Po drodze nocleg w miejscowości Pogradec nad Jez. Ochrid. Przez jezioro biegnie granica z Grecją. Jest znane z czystości. Nocujemy w jakimś pokomunistycznym hotelu. Nocleg dla 6 osób, z przyzwoitym śniadaniem 52 EUR !!! Za wszystkich.

Tirana to dosyć ponure miasto i nie specjalnie ciekawe. Na dojeździe do miasta duży ruch, a droga wąska. Gubi się Adam, czekamy na niego na przedmieściach.  Dojeżdża, ale jakoś tak się ustawia, że cały czas jest do nas przodem zwrócony. Adaś - pokaż plecy. Mieliśmy rację - są ślady. Na rondzie jakimś się ślizgnął - "i nie wydało" - jak  to się mówi.  Robimy foty na głównym placu pod pomnikiem Skandenberga - to ich bohater narodowy, w Polsce znany raczej jako marka albańskiej brandy. W tle widać minaret meczetu. Kółko wokół głównego placu, kawa i dalej w trasę. 





Przy kolejnym tankowaniu już przed granicą, nagła zmiana planów. Chłopaki chcą jechać do Theth - to taka wioska na północy kraju w górach, podobno najbardziej izolowana osada w Europie. W powiecie Czarna Dupa - kod 00-000. Wioska kultowa chyba poprzez bardzo trudny dojazd po b. kiepskiej drodze i  z przeprawą wodną. Chłopcy dojechali - podobno było ciężko. Nocowali tam. Nie ma prądu, tylko z agregatów.  Można jechać tam, ale można jechać na  Kurpie. Też bez prądu, taniej, bliżej, a jeszcze i po mordzie dadzą. Free.

My ze Sławkiem odpuszczamy.  Jego Tracer zupełnie się do takiej drogi nie nadaje, ja samego go nie zostawię, a szczerze mówiąc nie jestem fanem wertepów i błota - jak nie muszę. Rozdzielamy się i nie powiem - też nie było łatwo. Mamy wszyscy spotkać się w Makarskiej w hotelu.  My nocowaliśmy po drodze w miejscowości Cetinje. Wieczorem już padało, a na drugi dzień  dalej lało i padało na zmianę.  Zawsze jakaś odmiana.       Rano ruszamy w drogę. Po przejechaniu 30km korek. Okazało się, że deszcz spowodował obsunięcie się skał, droga jest nieprzejezdna - trzeba czekać, nie wiadomo ile.  Po 20 minutach stania na deszczu, cofamy się na stację benzynową pod dach. Po kolejnej godzinie, gdy nie wiadomo ile drogowcom jeszcze się zejdzie z odblokowaniem - postanawiamy wrócić do Podgoricy i jakoś objechać ten zawał. Pada dalej. Mamy się kierować na płn. zachód.  Po kilkunastu kilometrach widzimy jakąś nową zupełnie drogę, której nie ma na mapie , ani w GPSie.  Ale idzie w dobrą stronę. OK. Będzie bliżej i szybciej.  Jedziemy.  I jedziemy.  I jedziemy, ale coś jest nie tak. Zaczynają się oznaczenia


do Parku Durmitor.   Oj niedobrze - jedziemy w kierunku Serbii.  Musimy wracać, robi się późno.  Patrzymy na mapę.  Jest przejście graniczne, ale takie jakieś małe.  Ale będzie dużo bliżej, na skróty. Jedziemy ok. 40km w deszczu po wąskiej zabłoconej, śliskiej, górskiej drodze. Dojeżdżamy do szlabanu, wychodzi mundurowy - no udało się. Ktoś tu jest.  Ale nic z tego  - to przejście jest nieczynne dla cudzoziemców. Chłopie -  mówimy - zobacz jak my wyglądamy, leje się z nas woda. Przepuść. Damy kasę. W końcu mówi - jak tamci was puszczą to i ja was puszczę. Sławek idzie do "tamtych". Tamci nie puszczą. Wiedział cwaniak.  Musimy wracać, z powrotem dodatkowe 40km, czyli razem 80 żeśmy nadłożyli.  Po góralsku życzymy tym służbistom po obu stronach szlabanu:    "Żeby wos osrało!".  Trochę lżej - ale nie do końca.  Po drodze Kanalia melduje, że kończy mu się paliwo. Yamaha zaczyna przerywać, kiwanie motocyklem na boki przestaje działać. Stoi. Próbujemy holu z pasków. Nie da rady.  Za krótkie.   W tym deszczu jeszcze się pozabijamy. Brakuje 12 km do stacji benzynowej. Zostawiam go i jadę po paliwo. Sam tankuję i w znalezioną bańkę biorę dwa litry dla niego. Wracam. Nalewamy, jedziemy na stację benzynową.  Facet zdążył już ją zamknąć, ale jeszcze siedzi w samochodzie. Poznał mnie, bo parę minut temu byłem u niego i pomagał szukać bańki. Otwiera i tankujemy. Wracamy do Podgoricy-  jest już zupełnie ciemno, a my po 10 godzinach jazdy w deszczu jesteśmy w punkcie wyjścia. Można się załamać. Cały czas pada. Jest dobrze - ale nie beznadziejnie!  Przynajmniej się nie kurzy!                                                                 Po drodze mamy jakiś bar,  jeszcze otwarty. Jesteśmy głodni i musimy się przebrać  w suche rzeczy. Prowadzi go jakieś młode małżeństwo. Zamawiamy herbatę i jakieś naleśniki. Widząc nasz stan - nie chcą pieniędzy. Miłe doświadczenie.   Wjeżdżamy na autostradę. Robi się mgła. Prowadzi Sławek - 130 km/h. W myśl zasady: im szybciej jedziesz - tym krócej trwa niebezpieczeństwo,  podkręcam tempo do 170km. W hotelu jesteśmy przed północą. Ekipa już od dawna na nas czeka. Wszystko pozamykane, ale mają dla nas kolację i coś mocniejszego. Musimy się nawalić, inaczej nerwy nie puszczą. 13 godzin jazdy w deszczu ! Na dziś nam wystarczy w zupełności. Powrót jutro busem. Suchym.

WRAŻENIA: super wyprawa. Drogi dobre, są naprawdę dobre -główne ! Drogi złe - potrafią być tragiczne.  Drogi drugiej kategorii  - bywają od super nawierzchni do szutru włącznie. Nie można wierzyć oznaczeniom na mapie. Trzeba pytać.  Ludzie gościnni. Dużo zajazdów po drodze w stylu nowobogackim: kolumnady, lustra - kiczowate. Jest gdzie zjeść i zanocować. Ceny bywają zaskakująco niskie - nie zawsze.  Kraj muzułmański, ale na luzie. Widać kościoły katolickie - nawet w budowie. Raczej bezpiecznie. Zrabowaną broń już wyprzedali gangom w Europie.  Dużo nowych drogich samochodów. Podobno można łatwo i tanio kupić super auto.  Tylko trzeba wskazać na której ulicy w Berlinie jest zaparkowane!!!   Ładne morze, ładne plaże.  Jednym słowem warto.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1