24. VETERAN CLUB 52

 Zakładałem dwa kluby motocyklowe  którym szefowałem, w trzecim byłem, a w czwartym jestem  jestem nadal członkiem.  Za każdym razem występuje pewna prawidłowość; początki są fantastyczne - tak z dwa do pięciu lat, a potem następuje stopniowe obumieranie. Proza życia: śluby, rozwody, narodziny dzieci, wypadki, sprzedane motocykle z powodu braku kasy.  I towarzystwo, które na początku nie mogło bez siebie wytrzymać powoli się wykrusza.  Klub tak długo działa prężnie - jak długo jest chociaż jedna osoba, która zajmuje się sprawami klubowymi. Tak od serca!

Pierwszy klub formalnie siedzibę miał w Ostrowi Maz. 

Zaczęło się od tego, że spotkałem na motocyklu - BMW R 35 - Wieśka. Wiesiek jeszcze wtedy studiował. Jego żoną była Ewa, nota bene chrześnica mego ojca. Mieli syna Tomka, mieszkali w akademiku w Białymstoku, bo obydwoje jeszcze wtedy studiowali. Byłem starszy od nich o ok. 10 lat, jeździłem już Hondą 400F i w naturalny sposób stałem się przywódcą grupy, która potem zamieniła się w mniej lub bardziej formalny klub motocyklowy. 

Nie pamiętam w jakiej kolejności dołączali do nas kolejni członkowie, ale jednym z pierwszych był Przemek.   Przemek mieszkał na przedmieściach Ostrowi Maz., jego rodzina miała dom na dużej działce, oddalony nieco od drogi i sąsiadów.  Idealnie nadawał się siedzibę klubu. Miejsce było tajemnicze, bo przez długie lata właściciele byli z niego wysiedleni, gdyż stacjonowała tam jakaś tajna, mała wojskowa jednostka radziecka .  Wtedy nie wolno było tam wchodzić. Rodzina Przemka odzyskała nieruchomość dopiero po wyprowadzeniu z Polski wojsk dawnego ZSRR.  Przemek w tym czasie ujeżdżał motocykle typu M-72 lub K-750 z wózkami. Miał trochę postrzeloną żonę ze Śląska, z którą razem jeździli na wyprawy i na zloty. Oboje zresztą  byli postrzeleni.                         Po jakiejś kłótni Przemek w złości spalił swój motocykl, który przez całą zimę remontował i dopieszczał. W niedzielę. A w poniedziałek zaczął na nowo remont spalonego wraka.  Miał jakieś budynki gospodarcze, w których mieliśmy klubowy warsztat, i w których razem z Wieśkiem potem prowadzili działalność gospodarczą - serwis motocyklowy.  Nie dorobili się na nim, bo motocykli było mało, w użyciu były głównie  MZetki i WSKi ,  które naprawiało się samemu lub zlecało znajomym.                                                                    Przemek na któryś zlot wybrał się swoją M-72 z koszem z żoną w środku, z wysypanym łożyskiem w główce ramy. Oczywiście motocykl w takim stanie fatalnie się prowadził i nic dziwnego, że po przejechaniu przejazdu kolejowego, kierownica wpadła w takie drgania, że wylądowali w rowie. Ale że to motocykl pancerny niemalże - nic jemu, ani im się nie stało i można było jechać dalej.  Przemek miał zawsze szalone pomysły.  Na klubowy bal przebierańców był np. w stroju więźnia, w pasiastej piżamie, w okrągłej mycce więziennej i z kulą u nogi  na łańcuchu.  Nad ranem biegał boso po śniegu w tym stroju, a  potem spał na poręczy schodów.                                                                                                         Przemek świetnie rysował,  był dowcipny i był razem ze mną współprowadzącym kronikę klubową. Odcinał czasami  fragment fotografii i dorysowywał po swojemu brakujące części obrazu w zabawny sposób.  To była wielka, gruba księga formatu A 3  z metalowymi okuciami. Bez niej trudno mi odtworzyć po tylu latach nasze historie klubowe.  Niestety zagarnęła ją moja Beżeta ( b.ż. - czyli była żona )  i nie ma siły bym ją odzyskał.

Nasza kronika brała udział w ogólnopolskim konkursie kronik LZS i zajęła II miejsce. Byłoby pierwsze, ale jak stwierdziło jury, za dużo w niej było opisów naszych imprez alkoholowych.  Myśmy kronikę prowadzili dla siebie, a nie z myślą o konkursie i dlatego była tam pełna prawda. Byliśmy młodzi,  alkohol nam imponował.                                                                                                                                                Nie pamiętam, czy jeszcze wspólnie z Przemkiem, czy Wiesiek już sam zajmował się sprzedażą używanych skuterów, które z Japonii do Polski sprowadzała jakaś firma.    Potem sam po nie latał do Japonii i opowiadał - a my słuchaliśmy z otwartymi gębami, że te skutery leżą tam setkami na hałdach, wybiera się co lepsze, ładuje w dwie warstwy do kontenerów i wysyła drogą morską do Polski.  W Polsce są odświeżane, malowane,  w razie potrzeby uruchamiane silniki i idą do sprzedaży. Niektóre były prawie nowe.   Znanych marek: Yamaha, Honda, Suzuki.  Z silnikami czterosuwowymi, co wtedy w tej klasie pojazdów było ewenementem.  Niewykluczone, że to one zapoczątkowały w Polsce modę na skutery, jakiej poza Włochami - w innych krajach Europy nie spotyka się w takiej ilości.  Zdarzały się i motocykle.  Ja np.  kupiłem z tego importu używaną Hondę 200 do trialu, która służyła mi kilka lat.                                                                                                          Wiesiek był potem pierwszym prezesem Klubu Motocyklowego BMW Polska, który miał nieformalna siedzibę przy AutoFus na Ostrobramskiej w Warszawie.  Po nim funkcję przejął jego syn Tomek. Sam mam legitymację tego klubu z nr 9. Wiesiek niestety od kilku lat nie żyje, wykończył go glejak.  Na pogrzeb przyjechali znajomi z całej  Polski (i nie tylko). Było pewnie ze 100 motocyklistów.

Zawsze jeździł z Ewą - swoją żoną. Mieli ogromną łatwość w nawiązywaniu kontaktów i znajomych nie tylko w Polsce, ale również w kilku krajach Europy.  Ewa ma ogromny zbiór fotografii i filmów zlotowych oraz wiele wspomnień. Namawiałem ja wielokrotnie by wydała je w formie książkowej, ale chyba się nie zdecyduje. Wielka szkoda. Teraz sam się muszę męczyć, żeby uratować miłe sercu wspomnienia.

Potem dołączył Tomek. Mieszkał w centrum miasta,  rodzina miała dom z działką,  a w oficynie miał warsztacik. Tomek kupił ode mnie Junaka, który wiecznie mu  się psuł.          Ponieważ jego matka przyjaźniła się z moimi rodzicami - nie mogłem odmówić i  miałem bez przerwy zajęcie by mu go naprawiać. Kto jeździł kiedyś na starym motocyklu musiał nauczyć się mechaniki, albo zrezygnować. W końcu się nauczył.

 Tomek  jeździł na Royal Enfieldzie 500. To był weteran, więc zawsze było w nim coś do roboty. Pamiętam, jak kiedyś zajeżdżamy po Tomka -, bo mieliśmy jechać na zlot, a on mówi do nas: chłopaki, zapalcie fajki, ja już wrzucam wał do karteru i zaraz jedziemy. Kto ma pojęcie o mechanice - ten wie, że to na kilka godzin roboty.                                    

Ten jego Royal miał tylny błotnik otwierany, aby można było wyjąc tylne koło do naprawy.  W połowie wysokości miał zawiasy i po odkręceniu dwóch śrub można  było otworzyć tylną połówkę, podnosząc ją do góry jak wieko w skrzyni. Na któryś zlot przyjechał nim i dopiero gdy się zatrzymał i przekładał nogę nad siedzeniem żeby zsiąść - zorientował się, że tej połówki błotnika z bagażnikiem i tylnym siedzeniem, światłem i tablicą rejestracyjną nie ma.  W czasie jazdy coś się poluzowało i zgubił.  Zawsze mówiliśmy, że zgubił razem z Baśką, która w tym czasie była jego  dziewczyną, a później żoną.

Był też Boguś. Boguś był zawodowym strażakiem. Jemu udało się gdzieś zdobyć Junaka- fabrycznego trójkołowca z platformą z przodu. Jeździł też jego brat zwany Wandzia.

Sławek, który remontował Ardie 500 z bodajże 1934r.

Zdzisiek, późniejszy wspólnik Wieśka, który miał Zundappa 200 w oryginale, którego potem od niego odkupiłem.

Paweł - był mechanikiem samochodowym. Remontował jakiś motocykl, ale nie pamiętam żeby nim jeździł. Przez jakiś czas był nawet szefem klubu.

Jak widać, poza moją Hondą,  królowały stare motocykle  i z tego powodu klub który się zawiązał nazwaliśmy Veteran Club 52. Oczywiście przez V i przez  C, żeby było bardziej światowo. A czemu "52" - bo wprawdzie przez przypadek, ale wszystkie nasze tablice rejestracyjne zaczynały się od liczby  "52"  i tak zostało.  To były początki lat osiemdziesiątych. Jeździliśmy na zloty starych motocykli, bo takimi głównie wszyscy jeździli.

Japończyki to była jeszcze rzadkość, która budziła sensację na ulicach. Gdy pojawiły się w klubie inne  poza moja Hondą, robiliśmy wystawy w Domu Kultury w Ostrowi Maz. i w Wyszkowie, na które przychodziło sporo ludzi - głównie młodzieży szkolnej - żeby podziwiać motocykle i te stare i te nowe. Trudno w to uwierzyć?

Ponieważ miałem w tym okresie sporo wolnego czasu i jeszcze więcej zapału starałem się zdobyć jakieś fundusze dla klubu, jakiegoś sponsora. Uderzyłem w LZSy - czyli Ludowe Zespoły Sportowe i utworzyliśmy przy nich sekcję motocyklową. Korzyść była obustronna. My mieliśmy formalne umocowanie - to jeszcze czasy komuny i dobrze było mieć pieczątkę i jakąś organizację, która mogła udzielić swej nazwy. Jednocześnie LZSy były apolityczne i nie wymagano od nas zaangażowania w żadne polityczne imprezy.  Natomiast zawodowi    " etatowi działacze" mieli zrobione przez nas statystyki z działalności.  Myśmy jeździli na zloty, sami organizowaliśmy wystawy i swoje zloty - więc mogli wykazać się naszą aktywnością w swoich sprawozdaniach. Była jeszcze jedna ogromna zaleta. Jako formalna sekcja motocyklowa mieliśmy dofinansowanie i dostawaliśmy zwrot kasy z kilometrówki za wszystkie wyjazdy. Łącznie z wyjazdem do Bułgarii o którym wcześniej pisałem. Wystarczyło nadać pomysłowi odpowiednią nazwę i wymyślić dobry cel imprezy.            Do Bułgarii był klubowy wyjazd p.n.  "Śladami Władysława Warneńczyka" oficjalnie do Warny, a praktycznie na wybrzeże, na plaże. Jestem pewien, że od strony finansowania byliśmy na pierwszym  miejscu w Polsce. Kupowano nam też narzędzia, sprężarkę, itp.

Byliśmy zaproszeni np. na imprezę w Broku nad Bugiem, gdzie występowały kandydatki czy laureatki Miss Polonia - chyba w pierwszej edycji, czyli w 1983r. Jedną z atrakcji dla nas  i  dla "misek" było przewiezienie ich szybkimi motocyklami.  Wsiadły chętnie na tylne siedzenia, oczywiście bez kasków, żeby nie psuć fryzur.  Myśmy je przewieźli kawałek,  ale nikt nie przewidział - łącznie z nimi - że włosy tak im się splączą od pędu powietrza, że chyba bardzo długo musiały je rozczesywać. Pęd powietrza pozarzucał im sukienki na plecy odsłaniając bieliznę (niestety miały) i w powrotnej drodze ci wszyscy co wyrywali na początku do przodu ile fabryka dała  - w powrotnej drodze chcieli jechać koniecznie na końcu grupy.

W każdym razie początki były takie, że wszyscy bardzo się zaprzyjaźnili i spotykaliśmy się prawie codziennie.  Wymienione osoby tworzyły trzon klubu przez wiele lat. Inni należeli i jeździli z nami trochę z doskoku - rok, dwa lata i się wykruszali. 

To był też czas, gdy motocykliści w Polsce usiłowali się stowarzyszyć poza strukturami PZMot, który był jedyną organizacją zajmującą się sportem motocyklowym.  Marginalnie - bo w tym czasie samochody fascynowały wszystkich i były przedmiotem pożądania. Motocykle zeszły na bardzo daleki plan i były obciachowe w powszechnym mniemaniu.     A był wcześniej okres, gdy Polska podobno była największym producentem motocykli na świecie.  Z produkcja przekraczającą 70tys. sztuk rocznie.  Eksportowaliśmy te motocykle do wielu krajów świata - w co trudno teraz uwierzyć.

Były próby utworzenia jakiegoś ogólnopolskiego zrzeszenia czy stowarzyszenia motocyklistów. Krążyły po Polsce odbite na powielaczach pisma i propozycje zrzeszania się.  Propozycje nazwy, formy prawnej, umocowania zarządu itp.   Odbyło się nawet kilka kongresów ogólnopolskich w tej sprawie. Przez jakiś czas brałem w tym czynny udział  jako, że byłem prawnikiem. Poza Warszawą najbardziej aktywny był Gdańsk i Poznań. Ale gdy zaczęły się walki o władzę w organizacji, której jeszcze nie było - w co trudno uwierzyć - dałem sobie z tym spokój.

Te próby opisuje Tomasz Szczerbicki w książce  Motocykle PRLu  (str.47).  Jestem nawet wymieniony wśród władz Stowarzyszenia Motocyklistów.

W tym czasie każdy klub za punkt honoru miał zorganizowanie własnego zlotu.  My oczywiście również.  Po pierwsze była okazja do spotkania się z przyjaciółmi z całej Polski, a po wtóre  zostawała ze zlotu jakaś kasa dla klubu.   Było wpisowe na zlot za które zapewniało się spanie, czasami wyżywienie, dyskotekę lub  lub zespół live. Zawsze mieliśmy okolicznościowe, metalowe znaczki z każdego zlotu, projektowane przez Przemka i wykonywane rzemieślniczo na nasze indywidualne zamówienie. Obowiązkowym punktem każdego zlotu w Polsce była tzw. parada motocykli - czyli przejazd przez miasto, pokazy motocykli i konkursy zręcznościowe, np. wolnej jazdy. Wolna jazda polegała na tym by wyznaczony tor o szerokości ok. 1,5m i długości ok. 20m pokonać jak najwolniej i bez podpórki.  Często towarzyszyły temu upadki, bo nie jest to wcale takie proste i gdy zaczęły pojawiać się częściej na zlotach motocykle z owiewkami  (bardziej narażone na uszkodzenia) - odchodzono od tej konkurencji.  Często była też gymkhana - czyli jazda zręcznościowa na torze przeszkód np. między chorągiewkami,  po równoważni,  z przewożeniem wody w kubku itp.  W czasie pokazów na stadionie w Ostrowi Maz. Piotrowi z Łomianek  (Orangowi), który potem miał serwis Yamahy udało się przewrócić motocykl z wózkiem przez kosz - co naprawdę nie jest łatwe.

Były też konkurencje nie-motocyklowe, np. rzucanie do siebie prezerwatywą napełnioną wodą przez dwóch zawodników, którzy stopniowo się oddalali - co powodowało, że  nieuchronnie musiała ona pęknąć lub rzucanie surowymi jajkami. Młotkiem do telewizora, itp. Ponieważ nie lubię się chwalić (!!!)  wspomnę tylko, że przez kilka lat w gymkhanie nie miałem sobie w Polsce równych i zdobyłem dużą kolekcję pucharów i dyplomów. Gdzie są?                                                                                                                                             *  Patrz Beżeta!

Mieliśmy jeden z lepszych zlotów w Polsce i chyba jedną z dłuższych tradycji corocznych imprez. Z reguły dobywały się w Różanie  w Ośrodku Wypoczynkowym LAS, lub w tzw. Pompach. Ze dwa lub trzy odbyły się w Broku nad Bugiem.  W Różanie były kilkuosobowe domki z kominkami i WC. Była dużą świetlica dla wspólnych spotkań.  Jak na początek lat osiemdziesiątych to były luksusy.  Imprezy nasze były nagrywane kamerą super 8mm i na kolejnych zlotach były pokazy filmów z poprzedniego sezonu. Było z tym dużo zachodu, bo chłopcy przyjeżdżali z żonami, ale niekoniecznie swoimi i trzeba było umiejętnie w odpowiedniej chwili wejść przed projektor i zasłonić ekran, żeby ta właściwa żona - gdy zdarzyło jej się przybyć na następny zlot - nie dostrzegła ubiegłorocznej towarzyszki swego małżonka. Szczególnie chłopcy z Białegostoku byli rozrywkowi pod tym względem.

Do Różana przyjeżdżało klika znanych osób: Martyna Wojciechowska, Maciek Ziętarski, Wanda Kwietniewska, Joachim Lamża, Jurek Dziewulski, Marek Harasimiuk.  Perek i Wojtek  Sławiński - którzy ścigali się na Torze Poznań. Ten drugi zasłynął spektakularną wywrotką na pierwszym lewym zakręcie w Poznaniu i od tej pory jest to zakręt "Sławiniaka"

U nas w Różanie pokazały się na zlotach pierwsze w Polsce sześciocylindrowce:  Honda 1000 CBX i Benelli - bodajże 900SEI.   Benelli miało po każdej stronie po trzy tłumiki       i wyglądało prawie jak organy w Oliwie.  Była też produkowana 750tka Benelli z taką samą ilością cylindrów.  W tym czasie było też w produkcji 6-cio cylindrowe Kawasaki  Z 1300,  które widziałem jedynie raz w komisie,  gdzieś koło Wielunia. Żaden z nich nie zdobył popularności. Teraz są to już tylko ciekawostki techniczne i okazy kolekcjonerskie.

Tradycją były asysty klubowe na motocyklach na ślubach naszych kolegów. Taką imprezę na sto fajerek zrobiliśmy Przemkowi i Basi gdy się pobierali. Było to połączone ze zlotem, więc była ponad setka uczestników i spore zamieszanie w Długosiodle, gdzie była główna impreza.

W 1995r z powodów - nazwijmy to rodzinnych - zawiesiłem swoje członkostwo. Na zlotach byłem jeszcze ze dwa razy, ale już jako gość.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1