8. MAROKO Z MOTOTURIST I NIE TYLKO.
W ostatnich kilku latach byłem jeszcze z sześć razy w Maroku, często po dwa razy rocznie. Jeździłem z firmą MOTOTURIST. Było to o tyle wygodne , ze firma zabierała motocykl z domu i wiozła do Malag, a po wyprawie odwoziła do domu.. Pamiętam, jak za pierwszym razem, gdy laweta z moim GSem odjeżdżała spod domu zastanawiałem się, czy go jeszcze zobaczę? Zobaczyłem. Firma jest solidna, mogę tylko polecać. To bardzo wygodny sposób podróżowania i wbrew pozorom nie taki drogi. Do Malagi z Polski w obie strony to ok. 7.000km. Trzeba policzyć koszt 6-8 noclegów na dojazd i powrót, benzyny, opłat autostradowych, wyżywienia, zużytych opon i ich ew. wymiany, bo 7tys. km to często limit ich przebiegu. No i oszczędność czasu. Do Malagi leci się samolotem. Bilety kupione dużo wcześniej były naprawdę tanie: 300-500 zł w obie strony. Powrót na tych samych zasadach. Towarzyszył nam z reguły bus, który wiezie bagaże, a w razie potrzeby uszkodzone motocykle i kierowców. W wyprawie brało udział zwykle ok. 10-15 osób. Z Malagi na kołach do Tarify w Hiszpanii, dalej płyniemy promem do Tangeru w Maroku, gdzie zwykle był nocleg w hotelu Continental . Hotel blisko medyny, w stylu kolonialnym z kafelkowymi mozaikami na ścianach, dywanami, stylowymi meblami. W korytarzach stare meble, siodła, naczynia. Pokoje o średnim standardzie, ale polecam. Położony na wysokim zboczu z widokiem na port i miasto. Śniadanie (dobre) na tarasie - jak było słonecznie - bardzo klimatyczne. Jest parking.
Na wyprawach zawsze panuje świetna atmosfera. Duża zasługa w tym Artura, który jest dowcipnym facetem, kocha motocykle i lubi to co robi. Motocykle są solidnie zabezpieczone na czas transportu. Artur od lat mieszka w Berlinie i tę niemiecką solidność widać na każdym kroku. Z reguły dzienne trasy są wydłużane, a dewizą jest, że przy dobrej nawigacji z 300km da się zrobić 500km. Zwykle to wszystkim odpowiada. Uczestniczą ludzie z całej Polski i jest okazja poznać nowe twarze, aczkolwiek prawdą jest, że na każdym wyjeździe powtarza się część tych samych twarzy - co chyba najlepiej świadczy o firmie. Z każdej wyprawy jest pamiątkowa koszulka z nazwą kraju docelowego, znaczek na kufer i mapa. Pełna profeska. Nie będę tu opisywał kolejnych wypraw do Maroka, bo zwykle trasy były podobne z małymi wariacjami , a tylko ciekawsze zdarzenia.
Pierwszy raz w 2016r mieliśmy nocleg na pustyni w resorcie przy wydmach. Dojechaliśmy w nocy i przez godzinę szukaliśmy na pustyni swojego hotelu. Bez jakichkolwiek oznaczeń nie było to łatwe, bo leżał z 10km od asfaltu. W nocy po pustyni - nie było lekko. Hotel nazywa się Auberge de Charme i znajduje się w pobliżu miasta Merzouga. Ma fajne pokoje urządzone w stylu afrykańskim, tzn. ściany z gliny ze słomą, jakieś barwne kilimy na ścianach. Granitowy, polerowany blat przy umywalce z widocznymi prastarymi muszlami, stylowe oświetlenie itp. Wyjście z pokoju na górny taras na dachu.
Niedaleko tego hotelu znajduje się na pustyni odkrywka skalna w której widać fragmenty kości prehistorycznych zwierząt. W
tym hotelu organizują przejażdżki na wielbłądach, dżipami po wydmach,
występy folklorystyczne. Śniadania nieszczególne.
Jak byłem pierwszy
raz, wysokie wydmy były w odległości ok. 200m. od hotelu. W kolejnych
latach pustynia wyraźnie się przybliża. W 2019r wydmy są już o połowę
bliżej. Tempo jest przerażające. Sosny przed hotelem mają już pnie do
połowy zanurzone w piachu. Jak byłem ostatnio - droga asfaltowa była już
dociągnięta niedaleko hotelu. Widać duże nakłady
państwa na turystykę, gdyż Maroko stało się
modne. Jest to państwo policyjne, a więc
bezpieczne dla turystów, co jest tym dziwniejsze, że z Maroka pochodzi
większość zamachowców w Europie!!! W Maroku w górach Atlas Wysoki często przy drogach oferują skały z zatopionymi miliony lat temu muszlami czy roślinami. Niektóre spiralne muszle mają blisko metr średnicy i mogłyby być ozdobą w muzeum historii naturalnej. Na parkingach oferują też półszlachetne kamienie różnych kolorów i wielkości oraz tajemnicze czarne, matowe kule, wielkości kokosa, które po rozłupaniu zawierają krystaliczne minerały w fantastycznych kolorach amarantu lub kobaltu Tanio można kupić różne wyroby z imitacji srebra z półszlachetnymi kamieniami.
Inny fajny hotel - Tamazinte znajduje się w pobliżu miasta Thingir i jest dobrą bazą wypadową do wąwozów Gorges Dades i Todra. W stylu orientalnym: łuki, dywany, klimy etc. Noclegi w pawilonach. Sympatyczna obsługa. Właściciel już mnie poznaje. Ostatnio dostałem sam dwupokojowy apartament w nagrodę za wytrwałość. Jest basen. Zawsze są występy folklorystyczne nad tym basenem. Czasami przy kolacji pokaz tańców ludowych. Najlepiej wychodzą one Polkom, pod warunkiem, że się napiją. Jest na co popatrzeć.
Niedaleko tego hotelu, na pierwszej wyprawie z Mototurist wjechał we mnie inny nasz uczestnik. Przewrócił mnie wraz z motocyklem i uszkodziłem sobie lewą stopę ! Jechaliśmy w grupie, w trzy motocykle. Ja w środku. Prowadzący zjeżdża na pobocze, do baru na kawę. Ja za nim. Ten trzeci z żoną jadą nowym BMW 1100 RT z wszystkimi elektronicznymi bajerami: ABS, ESP, ESA, ABW, CBA i BGŻ! Chyba się zgapił , zbyt gwałtownie zahamował i przewrócili się. ABS i cała reszta elektroniki nie dała rady! Ich przewrócony motocykl sunął po asfalcie, dogonił mnie, uderzył z tyłu w tłumik - wtedy ja upadłem i razem z motorem poleciałem na drugą stronę jezdni. Zderzyłem się ze starym Mercedesem (zaparkowanym) urywając mu przedni zderzak. Jakoś udało się naprawić nasze sprzęty i mogliśmy jechać dalej. Sprawca płaci za zderzak. Nie muszę dodawać, że był to najdroższy element Merca w całym Maroku. Po targach 200EUR. Wiadomo - Arab poszkodowanym! Przez cały wyjazd noga mi dokuczała mimo okładów z lodu. Najgorzej było przy wsiadaniu, gdy na lewej (uszkodzonej) stopie trzeba się nieco obrócić. Nie miałem wyjścia. Musiałem tu jeszcze raz przyjechać, żeby znowu Maroko odczarować.
Kolejna wyprawa. Jedziemy przez góry. Jakoś tak wyszło, że zaczęła się rywalizacja. Dwóch poszło do przodu. Ja byłem trzeci - na Triumph 800, za mną gościu na dużym GSie Adwenture. Ciśnie mnie na każdej prostej, zostaje na zakrętach. Widzę, że nie odpuszcza i postanawiam, że za kolejnym zakrętem go przepuszczę. Za późno. Na wyjściu z łuku widzę jak kotłuje się po poboczu i dalej w dół po łące. Lecą w powietrzu bagaże, kawałki owiewek, tuman kurzu. Zawracam do niego i nie mam odwagi się zbliżyć. Motor rozbity o wielki głaz, on leży nieprzytomny. Na tej łące leżą kamienie. Takie po 20 - 50 cm średnicy. Inni są przy nim przede mną. Biegnę do niego. Jestem pewien, że kaplica! Jednak nie. Odzyskał przytomność. Cudem nie walnął w żaden kamień. Dojeżdża reszta grupy. Wracają ściganci z przodu. Zatrzymują się auta. Kierowcy dzwonią na policję i pogotowie. To odludzie i trochę potrwa zanim dojadą. Rafał (poszkodowany) koniecznie chce wstać. Nie pozwalamy mu. Pyta się czy wino w kufrze się nie stłukło? Naprawdę! Trudno uwierzyć, ale się nie stłukło. Dopiero jak dojdzie do wypadku dociera do człowieka: było fajnie, ale co teraz dalej będzie. Już to niestety sam ćwiczyłem.
Artur (organizator ) usiłuje się dodzwonić przez 20 min. do ubezpieczyciela Rafała, do Warty na infolinię. Po niecałej godzinie przyjeżdża karetka i policja. Karetka nie może go zabrać zanim policja nie skończy. Policjanci spisują nas wszystkich. Poza standardowymi pytaniami o imię , nazwisko, adres - są pytania min. o liczbę dzieci i ich imiona !!! Kuśwa - nie przyznawajcie się do dzieci i żon - mówię szeptem. Będzie szybciej. To trwa prawie godzinę, bo jest nas sporo, a i " Brzęczyszczykiewicz" trudno zapisać po arabs W końcu kończą protokół i karetką odwożą Radka do szpitala. Jadą za nimi dwaj koledzy Janek i Geno zobaczyć gdzie go zawiozą. My do hotelu- w przeciwna stronę. Z hotelu w międzyczasie na naszą prośbę przysyłają pickupa żeby zabrać motocykl. Cały pokiereszowany, kierownica zgięta w chiński paragraf - ale odpala. Jest problem z wyjazdem z tej łąki, bo jest sporo niżej i ostre zbocze. Pomagają kierowcy aut, którzy cały czas obserwują zdarzenie. W hotelu w minorowych nastrojach czekamy na wiadomości. Za dwie godziny odwożą nam Radka ze szpitala. Jest fest poobijany i obolały, ale nie połamany. Nawet wysikać się sam nie może. Po północy telefon od Warty. Zorganizowali transport, zaraz przyjedzie karetka i zabiorą go do okręgowego szpitala do Azrou. Rano organizujemy wysyłkę motoru do hotelu w Tangerze. Rano wszyscy mają zważone humory, czekemy na wiadomości. W końcu jedziemy dalej. Po kilku dniach wracamy do naszego hotelu Tangerze. Tam prywatnym, wynajetym samochodem dowożą nam rozbitka ze szpitala - na koszt i staraniem ubezpieczyciela! Wieczorem impreza na zakończenie. Wchodzi Radek, witamy go z entuzjazmem. Pokazuje plecy. Ma jeden wielki wylew sin o- brunatno- żółty, jak mapa polityczna Europy. Warta stanęła na wysokości. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że można liczyć na pomoc z ubezpieczenia kosztów leczenia w takim stopniu. W egzotycznym - było nie było kraju - dosyć sprawnie to zorganizowali.
Innym razem już na starcie są problemy z promem - bo wieje. Zmieniają nam port i godzinę wypłynięcia. Zaczyna padać deszcz, jest zimno. Nie ma terminala, stoimy pod gołym niebem. Komunikat, że prom odpłynie dopiero za kolejne dwie godziny. Artur z Mariuszem jadą na miasto po jedzenie. Przywożą całe naręcze kartonów z pizzą. W końcu odpływamy z kilkugodzinnym opóźnieniem. Na szczęście odprawa paszportowa marokańska odbywa się na promie i po dopłynięciu do portu od razu startujemy. Prawie od razu. Każdy pojazd i bagaże są prześwietlane rentgenem ustawionym na ciężarowym aucie. W górach prószy śnieżek. Super. W jakimś barze grzejemy się wszyscy przy ustawionej na środku pokoju kozie (żelaznym piecyku) opalanej drewnem. Na wierzchu suszymy rękawice, niektóre zaczynają się palić. Gorąca kawa i herbata parzy usta. Do hotelu docieramy ok. 3 w nocy. Przed hotelem na stromym podjeździe przewraca się Jurek, bo nie zauważył, że złożyła mu się boczna stopka. Okazuje się, że ma złamany palec stopy. Rano nie może włożyć buta. Dalszą drogę odbywa busem, który zawsze nam towarzyszy.
Kolejny wyjazd. Chłopcy chcą koniecznie zrobić off road z Dades do Todry. Rozbiliśmy się na dwie grupy. Pierwsza jest przed nami, bo nasza pomyliła drogę i straciliśmy sporo czasu. Jedziemy po wąskich dróżkach, potem ścieżkach. Pokonujemy kolejne strumienie, coraz głębsze. Jest coraz ciemniej, a woda w nich coraz bardziej wartka. Ja swoim obniżonym Triumphem mam coraz większe problemy z pokonaniem kolejnych przeszkód . W jakimś momencie widać światła - z przeciwka nadjeżdżają dwa motory. To Niemcy na lekkich enduro. Radzą zawracać. W górze jest śnieg i lód. Na naszych oponach nie przejedziemy. Oni są na kostkach no i wyjechali za dnia. Po chwili wraca do nas pierwsza grupa. Poddajemy się i wracamy. Po ciemku zawadzam stopą o wystający kamień. Jak tak dalej pójdzie Maroko zrobi mnie rencistą.
Mogę polecić obejrzenie wodospadów Cascades Ozoud jakieś 80km na północ od Marakeszu. Podobno drugie co do wysokości w Afryce - po Wodospadach Wiktorii. Z opisów wynika, że są jednak wyższe 110: 108m. Może tylko wody mniej wypływa. Można zobaczyć je z góry, można też zejść ścieżką na dół, przepłynąć pontonem w pobliże spadku wody, potem na drugą stronę rozlewiska. Tam można zjeść obiad w restauracji na wysokim brzegu - z tarasem i z widokiem na wodospad. W powrotnej drodze do parkingu powitają nas dzikie małpy siedzące na pobliskich drzewach.
Ostatni wyjazd w 2020 zapowiadał się ciekawie. Tym razem bez Mototurist. Motocykle wyjechały wynajętymi busami zaraz po Nowym Roku do Malagi. Tam miały na nas czekać w garażu, który odpłatnie prowadzi jakiś Niemiec. Można tam pod dachem zostawić motocykl, zlecić wymianę oleju, czy opon. Bardzo wygodnie! Dolatują tam samolotem Hubert z Kielc i Grzesiek z Krakowa z dziewczynami, żeby dopilnować wyładunku. Robią też sobie trzydniową wycieczkę po Hiszpanii. Głównie po barach.
Druga grupa: Radek z Ciechanowa, Piotrek i ja - z Przasnysza, lecimy na początku lutego i robimy sobie wycieczkę pięciodniową. Po asfaltach! Odwiedzamy Pejsera - naczelnego z MotorManii, który kupił posiadłość w pobliżu Alicante i organizuje w niej motocyklowe turnusy szkoleniowe. Wieczór wspomnień przy grillu. Byliśmy razem nad Gardą i w RPA. Bardzo fajne miejsce. Część domu wykorzystuje naturalne groty skalne urządzone na pokoje dla gości. Pejser zapewnia nocleg i swoje motocykle (różnego rodzaju) do szkolenia. Podpowiada nam trasę na następny dzień. W górach Sierra Nevada łapiemy śnieg. Który to już raz trenuję jazdę po śniegu. Cóż taka karma. W lutym w Hiszpanii (poza górami) była temperatura 12-20 stopni, czyli jak dla nas OK. Dla Hiszpanów to środek zimy i motocykli praktycznie nie widać. Spotykaliśmy natomiast kampery na trasie - głównie Niemców. W marcu mieliśmy jechać wszyscy wspólnie z Malagi do Maroka, wrócić do Hiszpanii i zostawić jeszcze motocykle. W maju planowaliśmy wracać na kołach przez Lazurowe Wybrzeże i Prowansję do Polski. Niestety w marcu rozhuśtała się epidemia i w ostatniej chwili 13 lutego, tuż przed zamknięciem granic udało nam się motocykle przywieźć z powrotem do Polski. Z super wyprawy nic nie wyszło i nie wiadomo czy i kiedy wyjdzie?
Maroko jest fantastyczne i nie jest niebezpieczne, tylko ja mam jakiegoś pecha do tego kraju. Ale się nie zrażam. Kilka razy się zarzekałem, że już nigdy więcej nie pojadę, ale widocznie mam słaby charakter. Na pewno warto zobaczyć. Już mnie ciągnie! Polecam.

Andrzeju czekamy na wydanie książkowe😁. Pozdrawiamy. A&A
OdpowiedzUsuń