28. RUMUNIA 2004. PODJAZD RAJLAWEN*** . PRZEŁOM DUNAJU. TRANSFOGARSKA. BICAZ.
Latem 2004 r zorganizowałem dla przyjaciół z RAJLAWEN*** wyprawę do Rumunii. Rumunia zawsze mnie ciągnęła i w następnych latach jeszcze wielokrotnie tam jeździłem. Tylko w obecnym 2020 roku byłem w Rumunii trzy razy. W zeszłym chyba też ze dwa lub trzy. Nie bez wpływu na tę obecną częstotliwość miała z pewnością pandemia i ograniczenie wyjazdów na dłuższe i dalsze wyprawy. Zawsze też była konkurencyjna cenowo. W stosunku do państw alpejskich - nieporównywalnie.
Udało mnie się zwerbować sporą ekipę:. Z Lublina: Jacek na BMW 1200 LT, Marek na Goldasie z synem Jackiem na GSX R, Kuba z Krakowa, Tomek z Asią z Buska Zdroju, Marcin - wtedy debiutant z Kielc i Marek z Tomaszowa Maz. - już nie pamiętam kto na czym. No i ja z Jolą na FJR
Spotykamy się w Dukli w zajeździe jak na zlocie gwiaździstym. Następnie przez Oradea i na południe wzdłuż Dunaju, piękną widokową trasą do Turnu Severin (Żelazne Wrota).
Pierwszy nocleg w Rumunii w jakieś agroturystyce. Wieczorem siedzimy na tarasie, popijamy z naszych zapasów, jak nasze się kończą gospodyni proponuje domową rakiję w półtoralitrowej plastikowej butelce. Jest ciepło, wesoło, wyśmienite nastroje. Około północy niespodzianka: przyjeżdża samochodem prawdziwa panna młoda, w białej koronkowej sukni, z welonem, w towarzystwie druhny. Sama - bez młodego. Zapraszamy do towarzystwa i okazuje się, że jest tu podobno taki miejscowy zwyczaj, że przed północą panna młoda ucieka z wesela, a młody musi ja znaleźć. Ale zanim ją znalazł - rakija nas zdemolowała. Rano trudno było podnieść towarzystwo do jazdy i trwało to do południa, a Jola "żygnała" się z życiem. To taki neologizm, który oddaje sytuację. Dopiero Tomek, myśliwy- a więc z problemem obeznany, uratował jej życie glukozą, którą "zupełnie przypadkowo" miał ze sobą.
Następny etap - Bran. To prawdziwa lub tylko legendarna siedziba Drakuli, czyli Vlada Palownika. Podobno uroczy był z niego człowiek. Zwiedzamy zamek i jedziemy na kwaterę w niedalekiej odległości. Wieczorem wyprawa taksówką do nieodległego Brasov. To duże, piękne miasto. Po zwiedzaniu i obowiązkowej kolacji, wracamy do hotelu. Jazda po tej drodze, to duże przeżycie, a taxi jest w tragicznym stanie - proporcjonalnym do tragicznego stanu drogi po której jedziemy. Przednie koła pojazdu żyją własnym życiem i kierowca robi pół obrotu kierownicą, zanim łapie z nimi kontakt. Na miejscu niespodzianka. Brama i furtka zamknięta i nie sposób dobudzić się ciecia, który miał nie tylko nas wpuścić do hotelu , ale obiecał solennie, że będzie pilnował naszych motocykli. Brama jest dosyć odległa od hotelu, toteż nasze krzyki nie docierają do niego, gdyż najwyraźniej trafiliśmy na amatora rakiji. W końcu pojawił się właściciel hotelu z fryzurą w stylu afro. I tu Tomek zabłysnął jako poliglota wydając mu kategoryczne polecenie. Kudłaty - furtkę "szlisen" zapierdalaj. Dotarło. To w tym bodajże hotelu doszło do nieporozumienia lingwistycznego. Kelnerka przyniosła nam wodę mineralną niezbyt schłodzoną. Staraliśmy się pokazać na migi że chcemy zimną , ale bez większego zrozumienia z jej strony, gdyż migowy język wspierany był poleceniem: "kaldo". Gdy kolejny raz zdesperowana przyniosła nam już naprawdę ciepłą butelkę jakby stojącą na słońcu, ktoś sobie przypomniał, że "caldo" - co jakoś nam się kojarzyło chyba z niemieckim "kalte" - nie oznacza zimno - tylko ciepło . Nic dziwnego, że kelnerka nie mogła załapać o co nam chodzi, gdyż pokazywanie gestami otrząsania się z zimna korespondowało z żądaniem ciepłej wody. Chyb na rozgrzewkę - ale od tego mają rakiję.
To na tym wyjeździe w Jackowym LT ukazało się płótno w oponie i to jemu przypadkowo poznany koleś przywoził oponę z innego miasta. Pisałem o tym w poście RUMUNIA JAKA JEST.
Kolejnego dnia jedziemy na TRANSFOGARSKĄ. Pierwszy raz tam jestem. Widoki wspaniałe - sama droga - nie koniecznie. Kto był - wie o co mi chodzi. Atutem trasy jest widok na wiele serpentyn jednocześnie, który trudno spotkać gdzie indziej. W/g prowadzących Top Gear ma być najpiękniejszą samochodową trasą na świecie. Piękna jest z pewnością, ale czy naj... .
Droga kultowa w Rumunii, ściąga turystów z całej Europy i nie tylko. Pobudowana w celach strategicznych przez Causescu kosztem setek ofiar wśród żołnierzy - budowniczych. Zamknięta od jesieni do wiosny z powodu śniegu. Najwyższy punkt trasy - 2042mnpm. Nawet latem można się spodziewać śniegu na poboczach. Po bokach kilka punktów widokowych, na których naprawdę warto się zatrzymać. Na górę chodzi kolejka linowa z gondolami. Na przełęczy stoją budki z jedzeniem i pamiątkami. Jest parking i schronisko.
Nawierzchnia zawsze była tam kiepska lub fatalna. Byłem tam dwa razy w obecnym 2020 roku i zdania nie zmieniam. Aktualnie jest wyfrezowana na znacznych odcinkach. Nawierzchnia po południowej stronie nie jest lepsza, a południowy łącznik do Transalpiny - w jeszcze gorszym stanie, aczkolwiek w znacznej części malowniczy - wzdłuż zalewu. Na przełęczy zatrzymujemy się na chwilę na parkingu pełnym śniegu. Szybkie foty i po 5 minutach chcemy odjeżdżać, a tu zong! Cieć od parkingu uparł się, że mamy zapłacić i to jakąś grubą kasę. Nie chodzi nam o pieniądze, ale jest chamski. Zamyka nas łańcuchem na parkingu. Robi się wielka awantura. Mało co , a dojdzie do mordobicia. Schodzą się jego kumple z pobliskich kramów. Inni rumuńscy turyści biorą naszą stronę. Przepraszają za zachowanie swojego rodaka. Chcą nawet za nas płacić. I tak chamstwo z którym w Rumunii spotykam się po raz pierwszy - spotyka się z życzliwością, której zwykle tu doświadczałem.
Następny etap Sighisoara. Szybkie zwiedzanie, kawa i w drogę. W górach leje i zimno. Duży ruch jak to w Rumunii na głównych szlakach. Nie możemy znaleźć noclegu. W końcu znajdujemy prywatny motel. Właściciel bardzo pomocny. Chowamy motocykle do kotłowni. Pokoje marne. W łazienkach na podłodze drewniane podesty jak w wojsku. Ze ścian wystają gołe kable pod napięciem. Ale jest ciepła woda! Organizujemy na dole w restauracji kolację. Właściciel, który widzi, że się rozkręcamy i nie mamy ochoty na spanie - zostawia nas przy otwartym barze z alkoholem. Jutro się rozliczymy. Czy to nie urocze ?
Dalej posuwamy się na północ, na Bukowinę. To dziewicze jeszcze chwilami tereny. Piękne "bieszczadzkie" widoki. Cerkiewki. Drewniane chałupy. Zatrzymujemy się na postój przy drodze, gdzieś w lesie. Z przeciwka chłopiec, taki 8-10-ciolatek na oko, pędzi krowy. Na nasz widok peszy się strasznie i zaczyna płakać - jakby pierwszy raz widział obcych ludzi. Dziewczyny dają mu czekoladę, łamią kawałek na spróbowanie. Wkłada do ust i dopiero gęba mu się uśmiecha, wyciera łzy, idzie dalej.
Dojeżdżamy do wąwozu Bicaz. Obok jezdni płynie nieduża rzeczka, a po obu stronach pionowe, kilkudziesięciometrowe skały tworzą tunel. Trochę turystów, jakieś autokary. Pamiątki. Malowniczo. Gdyby nie ta upiorna droga dojazdowa - pewnie bardziej by nam się podobało, a tak zastanawiamy się, czy było warto?
W tym roku byłem tam kolejny raz. Droga dojazdowa od północnego wschodu jest w totalnym remoncie. Może w przyszłym w końcu będzie OK.
Ponieważ jazdy nigdy dosyć, w powrotnej drodze zahaczamy o Szpindlerowy Młyn na Słowacji . To Wysokie Tatry, więc można jeszcze poszaleć na zakrętach. W drodze powrotnej kolacja u Tomków w Busku Zdroju .
Tomek to bardzo barwna postać. W latach osiemdziesiątych ścigał się w socjalistycznej formule wyścigowej Ester budował i przerabiał wyścigówki oparte o silniki PF125p i Łady. Ale najważniejszym wydarzeniem w jego sportowej karierze był udział w 1988 roku w rajdzie Paryż-Dakar na polskim samochodzie ciężarowym STAR 266. Nie zajęli wprawdzie punktowanego miejsca, a nawet nie byli sklasyfikowani - ale dojechali do mety !!! To juz był sukces niebywały, bo to było auto prawie fabryczne, tzn. bez większych przeróbek z silnikiem o mocy 150 KM !!! Tomek wiele razy opowiadał mnie o przygotowaniach do rajdu auta, logistyce i o samym rajdzie. To zasługuje na odrębne opowiadanie i po odświeżeniu pamięci i kolejnej rozmowie z Tomkiem nazywanym przez nas Pari-Dakari ew. spróbuję zmierzyć się z tematem, ba naprawdę na to zasługuje. Ojciec Tomka był znanym zawodnikiem motocyklowym z kolei - ścigał się min. na side carach, czyli motocyklach z bocznym wózkiem. Ostatni motocykl kupił sobie jak był już po osiemdziesiątce!!!
Kilka lat temu Tomek odnalazł i odkupił swoją ostatnią wyścigówkę, wyremontował i na nowo bierze udział w wyścigach oldataimerów na Torze Poznań. Byłem, widziałem - zajebista atmosfera wśród ścigających się starszych panów, a ich opowieści starczyłoby Szeherezadzie na 1001 nocy.
Rano śniadanie na tarasie i do domów. Było super!!!













Nie byłem na tym wyjeździe, ale jakbym był. Proza żywa, pulsująca wręcz emocjami. Dobra robota.
OdpowiedzUsuń