22. PECHOWY PODJAZD NA CHOPOK NA SŁOWACJI. 2005

Na początku, kiedy klub Rajlawenpis działał trochę prężniej niż dziś,  odbywały się poza corocznymi rajdami do stolic europejskich, tzw. podjazdy - czyli wyjazdowe spotkania w trakcie sezonu, organizowane przez różne osoby. Tym razem padło na Słowację i mieliśmy spotkać się w hotelu, którego nazwy już nie pomnę ,pod Chopokiem.  Chopok to  miejsce znane miłośnikom sportów zimowych. Ale spotkanie było poza sezonem - jesienią, a może wiosną  2005r.  Chyba jednak w maju.

Część z nas miała się spotkać u Tomka w Busku Zdroju. Jola i ja byliśmy wcześniej      i czekaliśmy na Marka z Tomaszowa i Sławka z Torunia . Oni z kolei mieli dojechać wspólnie do Kielc na Marka BMW, gdzie Sławek odbierał z  Tomka salonu nowe Suzuki SV 1000. Było ono marzeniem Sławka, który wprawdzie już miał ten model, tyle  że w pojemności 650cm. Specjalnie zamówił nowy w błękitnym kolorze - jak ten już posiadany - w nadziei, że stary szybko sprzeda, a żona nie pozna się na podmianie i nie trzeba będzie tłumaczyć się z nowego szaleństwa.

Jak zaplanował - tak zrobił i z  Kielc jadą do Tomka już na dwóch motocyklach. Tuż przed miejscem spotkania na ostatnim zakręcie przed domem Tomka - leżał piasek, pewnie jeszcze po zimie,  nieoczekiwany ślizg i nowe Suzuki zyskało bojowy wygląd w postaci sznytów na tłumiku, a spodnie Sławka dodatkową wentylację.   Taka była wersja oficjalna.

Do dziś spierają się dwie szkoły: otwocka i falenicka o przyczyny tej wywrotki. Jedni twierdzą, że nie umiał opanować nowego sprzęta, drudzy - że był zajęty rozkminianiem przycisków na manetkach i nie zauważył zakrętu.                                                                  Ja jestem za drugą i tu przypomina mi się opowieść mego przyjaciela, jak przed laty jego szwagier kupił Golfa w RFN. Po kupnie koniecznie chciał nim jechać i wsiadłszy do środka bez dokumentów i pieniędzy -  miał podążać za moim kolegą.  Miał prowadzić go przez Kolonię jadąc z przodu charakterystycznym, żółtym Passatem. Więc ruszyli i jadą. Szczęśliwy nabywca po drodze kręci nawiewami, radiem i czym się da - jadąc cały czas za żółtym autem.  Zatrzymali się i jakie było jego zdziwienie, gdy z żółtego VW wysiadła kobieta. Okazało się, że się zagapił i pojechał za jakimś innym autem - też żółtym.  Oczywiście nie miał nie tylko dokumentów, ale również bladego pojęcia pod jaki adres jechali. To nie były jeszcze czasy komórek.  Po niemiecku umiał tylko Heil Hitler - raczej mało przydatne w tych okolicznościach.  Zdesperowany udał się na dworzec kolejowy, który miał  w zasięgu wzroku. Tam czekał kilka godzin, aż z pociągu z Polski wysiądzie ktoś,  kto zechce z automatu zadzwonić do Polski do jego rodziny - bo numeru do swego przewodnika nie pamiętał. Oni dopiero zadzwonili do Niemiec, do tego mego kolegi i zawiadomili, go gdzie jest jego szwagier.   Po dalszych kilku godzinach kolega odebrał go z dworca i zaczęło się poszukiwanie Golfa.  Szwagier nauczony doświadczeniem dokładnie zapamiętał, że postawił go koło Imbissu. Tyle tylko, że Imbiss  (sieć fast foodów) jest  W Niemczech na co drugiej ulicy. W obcych miastach trzeba uważać. Nie tylko na piasek.

 Zaczęło się pechowo.    Jak w klasycznym kryminale - karabin już w pierwszej scenie zawisł na ścianie.

Z Kielc dojechaliśmy do hotelu. Spotykamy się ze znajomymi.  Poza już wymienionymi byli tan już: Marek i Jacek oraz drugi Marek z synem Pawłem i Stanisław - cała ekipa  z Lublina.  Co się działo wieczorem? To co zwykle!

Rano jeździmy po Słowacji. Zajeżdżamy do naszego kolegi - Kuby z Krakowa, który bawi z rodziną na wczasach koło Liptowskiego.   Zajeżdżamy na parking.  Gasimy motocykle, zsiadamy, etc. Gasimy - ale nie wszyscy. Sławka Suzi nie ma dosyć i koniecznie chce jechać dalej.   Nie można w niej zgasić silnika. Po przekręceniu kluczyka, rozrusznik kręci silnikiem i nie można go w żaden sposób wyłączyć. Ani kluczykiem, ani włączając bieg i hamując. Nic. Kręci dalej jak szalony. Coś takiego nikomu się nigdy nie przydarzyło. Próbujemy odłączyć klemy od akumulatora, ale żeby się do nich dostać, trzeba zdjąć siedzenie no i mieć potrzebne narzędzia.    W efekcie akumulator rozładował się do końca i rozrusznik w końcu zdechł. Sławek dzwoni do serwisu - oczywiście nie mają pojęcia co to może być i jedyna ich złota rada:  pakować motor na lawetę.  Jest przecież na gwarancji.  To oczywiście prawda, ale jesteśmy na Słowacji.  

Dobra - mówię - spróbujemy sami. Najpierw wyjmiemy akumulator.  Niby proste, ale akumulator taki gorący, że parzy przez rękawice. Wyciągamy baterię z Joli Suzuki. Podłączamy - cisza. To już dobrze - znaczy,  że coś tam się rozłączyło w tej cholernej elektryce.  Odpalamy - jest OK. Gasimy - również. Usterka usunięta, chociaż prawdę powiedziawszy nie wiadomo jaka. Ja bym obstawiał przekaźnik, że się jakoś zwarł.          No to wiemy już, że damy radę. Zwieramy "na krótko"  na 10 minut oba akumulatory , żeby ten Sławkowy się naładował.  Przewody cienkie, grzeją się - też parzą w palce.                   Na wszelki wypadek Sławka akumulator podłączmy do klemy przez przewód, który wystawiliśmy spod siedzenia, żeby awaryjnie mógł go wyrwać, gdyby akcja  z rozrusznikiem się powtórzyła.  Zapalamy Suzi na pych, żeby nie obciążać akumulatora i przez cały dzień jeździ bez świateł, żeby się  doładował.

Straciliśmy na tych manewrach sporo czasu.  Po drodze spotkaliśmy się jeszcze z moimi znajomymi - z Krzyśkiem i Zenią i z ich klubem z Częstochowy. A i trasa w górach zajęła więcej czasu niż zakładaliśmy.  Dość powiedzieć, że na stację benzynową przed hotelem zajeżdżamy już ok. północy. Tankujemy, płacimy, coś tam jemy i pijemy.  W pewnej chwili ktoś stwierdza:  Sławek - masz kapcia!   Stawiamy SV na centralnym, kręcimy kołem. A jakże, jest gwóźdź. Na szczęście na stacji mają aerozol do łatania opon. Zadziałało.   Wulkanizatorzy uwielbiają naprawione w ten sposób opony, bo przed naprawą uszkodzenia czy wymianą,  trzeba cały ten syf naprawczy z opony i z felgi usunąć - a jest fest kleisty!

Dojeżdżamy do hotelu, część ekipy wróciła wcześniej.  Hotel  praktycznie pusty, bo to maj,  poza sezonem i daleko do najbliższej miejscowości.   Jest na samym końcu drogi przed szczytem.   Ma kształt litery L, a blisko wewnętrznego  narożnika jest wejście i recepcja. 

Jakiś uczynny Słowak - kierowca autobusu  - radzi, żeby ustawić motory w narożniku budynku, to on na wszelki wypadek zastawi je autobusem. Tak zrobiliśmy.  Kto ma zapina kłódkę lub łańcuch, włączamy alarmy. Jak na jeden dzień - atrakcji wystarczy. Chcemy spać spokojnie.  Późna kolacja, opowiadamy o dzisiejszych przygodach. Idziemy w końcu spać.

Wczesnym rankiem ktoś napierdziela w drzwi naszego pokoju.  To Tomek.  Spać nie może, czy co?  Ale drze się - wstawajcie!!! Motory ukradli !!!. Tomek spierdalaj, wymyśliłbyś coś bardziej oryginalnego. Ale wali dalej. Nie wygłupiam się. Naprawdę. Zbiegamy na dół. Rzeczywiście. Brakuje czterech: FJR - Staśka, Kawasaki - Marka, Suzuki - Joli.   To trzy! A czyj czwarty? Oczywiście Sławka nowa Suzi SV 1000, którą    ma-miał*    drugi dzień.  

 * niepotrzebne skreślić

 Przyjeżdża policja, oglądają trawę , spisują protokół.  Recepcjonistka, która spała w recepcji,  tuż obok motocykli twierdzi, że nic nie słyszała. Że był jakiś alarm, ale koło garaży. Sprawcy musieli być albo ciężarówką, albo busem z przyczepą - bo cztery motory     i to duże,  zajmują trochę miejsca.  Trzeba też sporo czasu na załadunek.  Widać jakieś ślady na trawie. Stoją odstawione na bok duże, betonowe donice na kwiaty.  Trochę to wszystko dziwnie i podejrzanie wygląda. Poszkodowani jadą na komisariat, gdzie są przesłuchiwani. Na poczekalni, na pociechę pociągają z zakrętki od butelki  koniak, który Stasiu przezornie zabrał ze sobą.                                                                                                                          Happy endu nie było. Oczywiście motocykle nigdy się nie znalazły.  Część chłopaków z Lublina wracała zawezwanym przez Stasia samochodem ,   Jola ze mną - bo byliśmy w dwa motory, a Sławek z Markiem na jego BMW - tak jak dojechali do Kielc. Historia zatoczyła koło.  Humory mieliśmy nietęgie.                                                

No może poza Sławkiem. Wprawdzie stracił motocykl i sporo kasy - bo miał leasing, ale prawdopodobnie uratował życie.  Jak by tak dalej szło i w takim tempie - ten motor by go pewnie zabił, bo nawet nam - niczemu nie winnym -   z całą pewnością przyczynił się do kradzieży.

Określenie SUKA na SUZUKI nie jest przypadkowe.  Z czterech skradzionych motocykli - 50% to były  wredne suki.  

EPILOG

Jesienią, na Motobazarze w Warszawie dałbym głowę, że było wystawione Joli Suzuki.  Miało podobne patenty jakie jej robiłem, tzn. obniżenie zawieszenia moim autorskim sposobem. Może trochę zbyt dokładnie go oglądaliśmy zaglądając pod spód, co być może wzbudziło czujność złodzieja. Gdy oddaliliśmy się, żeby zorganizować jakąś pomoc i wróciliśmy po  kilkunastu minutach - Suzuki już nie było.  Do dziś się zastanawiamy - czy to był nasz motocykl ???                           

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1