20. Z MOTORMANIĄ NAD JEZ. GARDA . 2013

 

Piotrek  znalazł ogłoszenie, że miesięcznik MotorMania organizuje nad Jez. Garda we Włoszech turnus szkoleniowy dla motocyklistów.  Jedziemy?  Jedziemy!                         Sam wyjazd trochę organizacyjnie skomplikowany - jak się nie mieszka w Warszawie. Tydzień wcześniej trzeba dostarczyć swój motocykl do Warszawy do transportu, wrócić do domu.  Potem znowu do Warszawy na lotnisko i lot do Mediolanu, po powrocie z lotniska do domu, a za tydzień po motocykl do Warszawy.     Postanowiliśmy, że zabierzemy się autem z przyczepką.    I przypadkowo była to decyzja, która uratowała im całe przedsięwzięcie.

 Od uczestników dowiedzieliśmy się później, że już przed wyjazdem TIRa z motorami        z Warszawy, ktoś zapytał o trasę. Gdy usłyszał odpowiedź, że jadą przez Niemcy, złapał się za głowę. Przecież jest weekend i zakaz jazdy TIRów.  Jedźcie przez Czechy, też was pewnie zatrzymają,  ale jakoś się przynajmniej dogadacie. Tak też się stało. W Czechach były problemy, ale się "dogadali"za 100EUR.    Dalej już nie było tak pięknie, bo nad Gardą  TIR wjechał w jakąś zamkniętą dla ciężkich aut drogę i cały transport został zaaresztowany.    Tzn. auto trafiło na zamknięty policyjny parking , a  p-ko kierowcy skierowano sprawę do sądu, która odbyła się dopiero po kilku miesiącach. W aucie poza motorami były też bagaże uczestników, a parking znajdował się o ok. 30km od kampingu na którym mieliśmy zakwaterowanie.  Uczestnicy dojechali na kamping bezpośrednio z lotniska w Mediolanie i tu dopiero dowiedzieli się, że są bez bagaży  i bez motocykli.   Wtedy przydało się nasze auto, Zrobiliśmy dwa kursy, żeby dowieźć na ten parking uczestników i  zabrać ich bagaże, po czym oni już wracali na motorach.   Na miejscu okazało się, że mamy dwóch znajomych Marcinów z Kielc wśród uczestników. Świat jest mały.

Drugiego dnia pierwsze jazdy w górach.  Pejser (naczelny z MotorManii)    jeździł kolejno za każdym, filmował - a wieczorem wyświetlał te filmy i omawiał błędy.  Niestety zaczęło się pechowo i tak już było przez cały czas. Jeden młodziak uparł się, na styl jazdy super moto, tzn. na zakręcie wyciągał do przodu nogę - co wkrótce doprowadziło go do wypadku, w czasie którego dosyć paskudnie złamał sobie nogę w kostce. Przyjechało pogotowie i ratownicy dali popis sprawności, gdyż przez pół godziny ładowali go na nosze  i do karetki. Nie umieli go przypiąć, nie umieli wsadzić tych noszy do auta. Zachowywali się tak,  jakby robili to pierwszy raz w życiu.  Oczywiście przyjechali carabinieri.  Spisywali protokół itd. Jedyny jasny punkt, to bardzo ładna  "karabinierka":  ciemny mundur, bryczesy, długie buty.   W czasie interwencji nadjeżdża z fasonem dwóch naszych husarzy wprost w jej objęcia. Każdy dostaje pamiątkowy mandat na 20 EUR.  Tego dnia jeszcze,  Marcin z Kielc   (ten niższy)   wyleciał na zakręcie i minął się z TIRem po lewym poboczu. Na szczęście bez wywrotki.  Oj,  będzie się działo!

Wieczorem właściciel kampingu zaproponował, że jego znajomy motocyklista  może nas oprowadzić po ciekawych trasach w okolicy.  Rano podjechał gość w moim wieku - czyli ze średnio-starszego pokolenia cytując klasyka - na starym GSie  1150.    Ruszamy za nim.     O o o !!!  To niezły kozak. Uczestnicy raczej młodzi, z dużymi wyobrażeniami o swoich umiejętnościach.  Wieczorem przy piwie opowiadali o swoich sukcesach na dwóch kołach, ale rano coś nie nadążają.  Za Włochem trzyma się tylko Pejser na Hondzie 700 NC, Piotrek na walcu drogowym, czyli Kawasaki 1400 GTR i ja na Kawasaki Z1000SX.   Pejser ma słabszy,  ale lekki motor - co w górach, na krętych drogach jest raczej zaletą niż wadą.  Jest licencjonowanym zawodnikiem i ściga się na torze - no i jest naszym instruktorem - więc daje radę.   Nasze motory znacznie mocniejsze od jego Hondy, ale reszta też nie na WSKach. 


 Ten Włoch dał nam szkołę jazdy i nie wystarczy powiedzieć, że znał drogi. Po prostu jeździł perfekcyjnie.  Płynnie, bez zbędnego hamowania - super. Na dojeździe do miejsca widokowego na wąskiej, krętej dojazdówce wywaliła się jedyna dziewczyna, która była  na tym  szkoleniu.  Potem Włoch wyprowadził nas na wąską - taką na 2m szerokości - górską drogę, zamkniętą dla ruchu.  Przed nas wcisnął się chłopak z Łodzi, którego nazywaliśmy z Piotrkiem  Cycu.  Jedzie jak szalony  ale widać, że na limicie i zaraz coś wywinie. Lepiej mieć go z tyłu, może odpuści.  Udało mnie się go wyprzedzić, Piotrek też usiłuje i gdy go w końcu wyprzedza - widać jak na kolejnym zakręcie gościu opuścił asfalt i dalej leci już w powietrzu,   a za nim szybuje motocykl.  Przeleciał tak z 10m, przyziemił jak niewprawny pilot,  zrobił kangura, odbił się  ponownie w powietrze, po czym ląduje i leży.  Motocykl szczęśliwie go ominął. Jak to na górskich łąkach - wszędzie pełno kamieni.  Ale kontaktu z kamieniami Pan Bozia mu oszczędził - szczęście. Biegniemy do niego - żyje.  Jest wysportowany, ćwiczył sztuki walki - więc jakoś to zniósł, bo upadł fachowo.   Motocykl - bodajże Bandit- ma wybitą dziurę w deklu.  Leje się olej.  Jedni zajmują się kierowcą, drudzy Banditem.  Co dalej ? Jesteśmy kilkadziesiąt kilometrów od kampingu. Niedaleko jest restauracja, jedziemy do niej,  zatrzymujemy się i radzimy co się da zrobić.  


            W Maroku w podobnej sytuacji uratował  mnie klej dwuskładnikowy - poxipol.  Ktoś ma, ale został w pokoju.  Zalepiamy pęknięcie panzertaśmą - wielokrotnie , na krzyż.   Zadziałało - dojechał na tym patencie do kwatery,   a po użyciu kleju dojechał do Polski.  Panzertaśma  i trytki działają cuda i nieraz ratują w kryzysowej sytuacji. Warto mieć!           

Ja zawsze wożę ze sobą  kilka trytek, taśmę, zestaw śrubek i nakrętek. Zawsze mam klucze do zdjęcia kół, gdyż nie zawsze zestaw naprawczy zadziała i łatwiej zabrać do wulkanizatora wyjęte koło, niż taszczyć cały motocykl. Z przednim kołem z reguły nie ma kłopotu - tylko potrzebny odpowiedni rozmiar klucza. Ja wożę taką specjalna nasadkę w kształcie stożka, która na każdym "piętrze" ma kolejny rozmiar klucza.  Z tyłem bywa gorzej, tu już nie jest tak prosto.   To ważne szczególnie w czasie wypraw do egzotycznych mniej lub bardziej krajów. W GSach do zdjęcia tylnego koła potrzebne są torxy, że nie wspomnę o Ducati, które dla zdjęcia tylnego koła wymaga klucza specjalnego, którego w żadnym  warsztacie nie znajdziesz. Nawiasem mówiąc, nawet posiadanie tego klucza nie załatwia sprawy, gdyż centralna nakrętka z reguły jest tak zaciśnięta, że tylko kluczem pneumatycznym daje się odkręcić.  Dlatego przed każdą wyprawą sprawdzam, czy nakrętkę będę w stanie na drodze odkręcić przy pomocy dostępnych narzędzi i  w razie potrzeby luzuję.  Na razie jeszcze nie musiałem w drodze tego robić, ale nasz wspólny znajomy - Sławek z Torunia - ma szczególne szczęście do łapania gum: albo gwóźdź mu się trafi, albo wentyl się urwie i wtedy asistance i laweta.  Tyle, ze zwykle oznacza to kilka godzin oczekiwania. A jak np. pada - to już zupełna kicha - stanie kilka godzin na autostradzie w deszczu.                                                                                                 Na jednej z wypraw do Maroka Tomek z Radomia, który jechał na nowej  Afryce 1000  na dętkowych felgach,  łatał gumę kilka razy. Dopiero chyba za czwartym razem udało się znaleźć przyczynę.  Z nowej opony wystawał nieznacznie jeden drucik z oplotu opony i w czasie jazdy pod wpływem ciężaru na chwilę wyłaził do środka i dętkę w końcu dziurawił. Gdyby za każdym razem trzeba było wozić cały motocykl ?  A tak zdjęte koło na kolana,  do kumpla na siedzenie z tyłu i jadą naprawiać. Sama przyjemność! Ha ha. Inna rzecz, że dopiero za czwartym razem ktoś znalazł przyczynę.  

Innego dnia wyjeżdżamy z Piotrem zza zakrętu   (bo robiliśmy sobie jeszcze wycieczki na własną rękę),   a na asfalcie widać grubą krechę prowadzącą na pobocze i w trawę.  Na drzewie  wisi - dosłownie  (bo było sporo niżej za zakrętem)   pomarańczowy  KTM.  Oczywiście od nas.  Chłopcy usiłują go wyciągnąć. Właściciel - złamana ręka.  Praktycznie nie było dnia, żeby ktoś się nie wyłożył.  Był jeszcze złamany obojczyk.  Wywalił się też redakcyjny fotograf.   Brak umiejętności, a przede wszystkim niezdrowa rywalizacja.  Każdy chciał się popisać. Szczęście, że nikt się nie zabił.   

Nasz samochód prawie codziennie miał kurs. A to na lotnisko odwieźć kogoś po wypadku, kto musiał wcześniej wracać, a to na parking lub do szpitala. Przed wyjazdem trzeba było jeszcze odwieźć ich rzeczy na parking , a ludzi lotnisko.  W ten sposób zostaliśmy jakby współorganizatorami szkolenia.  Gratis oczywiście!
Część uczestników zdecydowała się wracać do Polski na kołach - skoro TIR był w areszcie.  Inaczej musieliby czekać kilka tygodni na jego powrót do Polski  i odzyskanie swoich rzeczy, a przede wszystkim motocykli.

Pejser mówił, że jak zobaczył na liście moją datę urodzenia, zastanawiał się jak ten "dziadek" da sobie radę?  Okazało się jednak, że dziadek dał radę i to wcale nie najgorzej.   Nie wypada mi więc napisać, że ocenił, że byłem najlepszy z grupy. Zawsze bylem skromny. 

Z tego wyjazdu Piotrek ma super fotę, jak na małym, kamiennym, łukowatym mostku


wyskakuje w powietrze i leci swoim ciężkim GTRem . 

Z tego wyjazdu ukazał się w MotorManii artykuł ze zdjęciami. Oprawiony w ramki wisi     u mnie na ścianie w kancelarii.  Działo się, ale wspomnienia miłe.

To był nasz pierwszy wspólny wyjazd z MortorManią - ale nie ostatni.  Byliśmy razem jeszcze w RPA... Ale o tym później.



Komentarze

  1. Dodam jeszcze zasłyszany komentarz młodego (i szybkiego) motocyklisty n/t. Autora: „Zdarzają się chwilowo szybsi od Andrzeja lecz gdy trzeba pokonać trasę liczącą setki kilometrów, mało kto jest w stanie mu dorównać”.
    Jurek z Przemyśla

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1