18. TURCJA 2018 RADEK - PRZEMEK - ADAM - HUBERT,


TURCJA
.  Tym  razem w składzie: Radek, Adam, Przemek z Ciechanowa, Hubert z Kielc, Piotrek i ja z Przasnysza. Niestety początek jest pechowy:  Piotrek tuż przed wyjazdem wyglebił,  złamał obojczyk i nie pojedzie. Przykra historia. Muszę przed wyjazdem jeszcze ogarnąć jego KTMa , bo na nim w tej sytuacji ma jechać Radek.  Na szczęście przynajmniej motocykl znacznie mniej ucierpiał od właściciela.

Hubert daje busa, Piotrek przyczepę. Ładujemy w Przasnyszu nasze 5 motocykli,  i w trasę ruszają dwa dni wcześniej - Hubert z Adamem. My polecimy samolotem, spotkamy się w Salonikach. Na lotnisku witają nas chłopcy z transparentem. Sympatycznie i na wesoło.  Mamy tam obcykany hotel Ambasador,  gdzie przenocujemy i zostawimy busa i lawetę.  Hotel polecam. Ładne pokoje, basen z barem, dobre śniadania, uczynny właściciel.

Ruszamy przez Grecję do Turcji.  Na granicy tureckiej zamieszanie,  siedem razy nas sprawdzają,  a i tak w ostatniej chwili cofają Huberta -  bo coś pokręcili z numerami jego KTMa.     Edirne, Canakkale - trasa sprawdzona i przetrenowana. W Canakkale jesteśmy już po zmroku. Przy terminalu promowym jest piękny pomnik upamiętniający walki o półwysep Gallipoli - z pierwszej wojny światowej. Postaci żołnierzy naturalnej wielkości, okopy.   Robi wrażenie.  Odbyła się tam największa operacja desantowa państw Ententy w czasie I wojny światowej. Nieudana zresztą.  W bitwie zginęło ponad 130 tys. walczących!!! Ponad 250tys. rannych. Przerażające liczby.                                   

                               Po raz pierwszy trafia mi się ogromna kolejka do promu - głównie TIRów. Wąska uliczka dojazdowa.  Usiłujemy przeciskać się, ale w którymś miejscu już się nie da. Ale przecież nie ma, że się nie da.  Musimy zdjąć kufry i już  da się.  Jedziemy po chodniku. Dojeżdżamy do promu. Chwila oczekiwania i łapiemy się na najbliższy  - motory na szczęście zawsze się jakoś wcisną. Dla auta to byłoby kilka godzin oczekiwania. Zdążymy nawet zjeść na szybko pierwsze "kofte".  To takie jakby kotleciki mielone w kształcie walca o średnicy 3-4 cm i  długości ok. -10 cm. Inne nazwy to  "kebapcziczi" w Bułgarii, lub "miczi" w Rumunii. Danie popularne na Bałkanach i w oriencie. Powinny zawierać baraninę.    Bilety i już płyniemy przez wąską zatokę. 

Drugiego dnia Efez. Byłem tam już kilka razy, więc zostaję z bagażami w restauracji,          a chłopaki idą zwiedzać. Jak wygląda Efez - patrz internet.

 


Kolejny etap:  Marmaris. To kurort nadmorski.  Hotel Aurasia,   w centrum.   Polecam.      Droga z Mugla do Marmaris nr 400  to jedna z fajniejszych w Turcji. Dwupasmowa, ruch umiarkowany, góry i piękne, szybkie zakręty.  Ten odcinek od skrzyżowania w górę do Marmaris ma ok. 2o km i kiedyś jeździłem nim przez cały dzień.  Tam i z powrotem.  Przemek, Adam i Hubert jadą na przylądek Yarimadasi drogą 400 aż do jej końca.  Przemek jest pierwszy raz na takiej wyprawie, strasznie nakręcony na jazdę i ciągle mu mało. Dobrze rokuje!

Następny etap Pamukkale.  Droga nr 350 do Pamukkale jest też wspaniała. Częściowo jeszcze w remoncie, ale super.  Na pewno w kolejnym sezonie będzie gotowa.  Po drodze zatrzymujemy się na kolację w jakimś zajeździe.  Jest już noc, mamy trochę opóźnienia.  Na ekranie telewizora leci obraz z MTV, a dźwięk z innego -  z muzyką bałkańską.  Dosyć oryginalnie.




W Pamukkale trafiamy przez przypadek do hoteliku, w którym już kilka razy nocowałem. Rano chłopcy idą zobaczyć te naturalne misy z błękitną wodą na zboczu.    Ja jadę powyżej tego miejsca,  żeby zobaczyć Hieropolis -   w którym do tej pory nie byłem.                      Na poprzednich wyprawach oglądałem nekropolię, która jest na wysokości zbiorników wodnych.  Zaczęto  tam nawet stawiać hotele bez zezwoleń, ale któregoś roku wszystkie rozebrano. Piękne miejsce,  pełne ludzi z całego świata.  Dużo turystów  z Azji.  Resztki budowli, kolumn. Wzbudzają szacunek dla ich twórców.

Kolejny etap - Konya.  To centrum religijne Turcji, coś jak nasza Częstochowa, czy może Gniezno?  Nocujemy w Hiltonie. Trochę drogo. Cały czas nocujemy w ten sposób, że Adam, Przemek i Radek w trójce, a ja i Hubert w jedynkach. Ja - bo chrapię, a Hubert- jest zaziębiony i kaszle jak owca. Nie chcemy ich budzić.  Idziemy zwiedzać Zielony Meczet. Przed wejściem stoją buty. Jest ogromny. Cała wielka posadzka zasłana dywanami. Ludzi mało. Niektórzy się modlą,  inni  - jak my - oglądają.  Ktoś śpi pod ścianą. Cisza.  Niedaleko muzeum Melvany, też w meczecie.   Konya to starorzymskie miasto. Stolica późniejszego imperium Seldżuków. Wrażenie robią wielkie, nakryte kilimami trumny sułtanów.  Trochę starej broni, manuskrypty, paradna odzież.  W amfiladzie małe pomieszczenia z figurami woskowymi, ukazują zaaranżowane wnętrza domów, sklepów.   Instrumenty muzyczne.  Odzież.





Naszym głównym  celem jest Goreme w Kapadocji  .Miejsce znane, bardzo malownicze. Nocujemy w hotelu Turist, który też już znam. Jeszcze trochę i będę mógł zostać zawodowym przewodnikiem.  Okolica też jest ciekawa.  Niedaleko Goreme jest Derinkuyu - podziemne miasto.  Można zwiedzać.  Schodzi się kilkanaście metrów pod ziemię, a tam jest mnóstwo korytarzy,  grot. Mieszkali tam kiedyś ludzie. Data powstania miasta nie jest dokładnie znana, ale z pewnością są bardzo stare. Zwiedzanie jest kłopotliwe, bo korytarze są niskie i trzeba chodzić w pochyleniu, co po kilkunastu minutach staje się meczące.  Ostatnio oglądałem ciekawy reportaż w Nat. Geogr. o tym miejscu.      Są rożne spekulacje na temat wieku tego miasta.  Być może jest znacznie starsze niż piramidy.  W pobliżu Nevsehire są jeszcze dwa takie miejsca.  My tam nie jedziemy.  Chłopcy nie chcą też latać balonem, zresztą pogoda jest kiepska. Wolą jechać w interior.  Jedziemy na wzgórze miłości.  To nieoficjalna nazwa. Wszyscy robią tam pamiątkowe foty.  W tle kilka skał o bardzo anatomicznych kształtach penisa.    

  


                                           Przypomina mi się dowcip.  Studentka medycyny ma opisać organ miłości.  Gdy szczegółowo opisuje wygląd i funkcje penisa, profesor przerywa jej z westchnieniem.  Wie pani, za moich czasów było to serce. 

Od tego momentu zaczyna się droga powrotna.  Już mamy wyjeżdżać, gdy pada pytanie, które zwykle ktoś wypowiada na każdym wyjeździe:  gdzie są moje kluczyki ?  Tym razem wypadło na Radka.  Sytuacja tyleż zabawna - co stresująca, bo zwykle trzeba przeszukać wszystkie bagaże i pakować się na nowo.   A wszyscy już gotowi, pozapinani, w kaskach - gotują się w upale. Wersja lajt - to kluczyki w kieszeni spodni po założeniu deszczaków.                     

 Następny etap Ankara.  Jeszcze tu nie byłem - muszę się przyznać.  Trafiliśmy na jakieś święto. Duży ruch na ulicach. Udaje się znaleźć hotel , za to gubi się Przemek. W tym tłoku, nie zauważył nas i przejechał obok. Podobno już sprawdzał ile ma kilometrów do domu. Ale udaje się złapać z nim kontakt i zguba się znajduje.

Jedziemy taksówką do centrum.  Facet wysadza nas przy jakimś parku, idziemy wraz z tłumem.  Po chwili ujrzeliśmy wielki plac pełen odświętnie ubranych ludzi.   Dużo młodzieży.  Trafiliśmy na ogromny plac - do Mauzoleum Ataturka w Dzień Młodzieży i Sportu. Jest  19ty  maja.                                                                                                 Ogromny klasycystyczny budynek.  Na zewnątrz i w środku długa kolejka. W środku obstawa rozdaje ludziom w kolejce goździki, które składa się przed grobem.  Leży tam ich cały stos i z tego stosu ochrona ponownie bierze kwiaty i wręcza stojącym w kolejce. Perpetuum mobile.    Też stajemy w kolejce i dostajemy swój przydział kwiatów.  Potem idziemy  na plac. Odprawa warty i  jej zmiana.   Krok defiladowy dosyć śmiesznie wygląda:  pierwsze dwa kroki wolno,  z wysoko uniesionymi nogami,  potem w normalnym tempie za to z przytupem.  Komendy wydawane przeraźliwym krzykiem.  Idziemy dalej i trafiamy przed meczet.  Obok ogromna kolejka.  Za czym kolejka ta stoi?  Za żarciem!   Każdy z kolejki  dostaje tackę z jedzeniem i picie. Też byśmy chcieli, żeby z ciekawości zobaczyć co dają, ale kolejka naprawdę długa.   Wchodzimy do meczetu. Jest ogromny, w środku pusto. Przypadkowo zobaczyliśmy ich wielkie święto.  Póki co ! Bo Erdogan raczej idzie w inną stronę  niż Ataturk, którego główną ideą było świeckie państwo.  Hagia Sophia już nie jest muzeum tylko ponownie  meczetem.  Historia znowu zatoczyła koło.

 



 Następny etap:  STAMBUŁ.  To ogromne miasto, nawet nie wiadomo ilu ma mieszkańców. Z przyległościami szacowane na 15 mln.  Najważniejsze to się nie dać zabić, bo ruch spory i się nie pogubić.  Lądujemy w hotelu Best Western.  W USA zdarzało mnie się nocować w tej sieci hoteli. Nie jest tanio, ale za to tuż obok bazaru i w samym centrum miasta.  Jedyna  uciążliwość polega na tym, że ulicę blokują dostawcy towarów.  Jak pracowite mrówki dostawcy noszą ogromne paki towarów.  Na pierwszy ogień bazar.  Potem jedziemy busikiem zobaczyć Stambuł by night z nad Bosforu.                   Następnego dnia Hagia Sophia - wtedy jeszcze nie była meczetem - teraz już jest.  Wchodzimy na górę, gdzie jest stoisko z pamiątkami. Na bogato.  Przed wyjściem wszyscy próbują szczęścia.  W ścianie kolumny jest wmontowana płyta z brązu z otworem. Trzeba włożyć kciuk i zrobić obrót dłonią o 360st.  Niby proste.  Komu się uda - ma zapewnione szczęście.  Nie wiadomo tylko kiedy: teraz czy po śmierci.  Wolałbym teraz. Nawet na zamianę 40 hurys po śmierci - na jedna żywą od ręki. Kolejna wizyta na bazarze i potem w maleńkiej cukierni obok,  na kawie.  Potem wizyta w sklepie z ziołami i  przyprawami.  Rzeczywiście przyprawiają o zawrót głowy różnorodnością:  kolorami i zapachami.      Oczywiście obowiązkowy poczęstunek kawą.  Wiedzą co robią.  Wypijesz kawę i trochę głupio nic nie kupić.  Kupujemy.  Po drugiej stronie sklepu  słodycze.  Tu już nie trzeba nas namawiać.  Przecież każdy facet lubi słodycze, a tylko prawdziwy mężczyzna się do tego przyznaje.  Kolejny raz bazar - jego sąsiedztwo nas zgubi i zrujnuje.  Uwagę Adama zwracają piękne szachy, ale drogie.  Schowaj jedną figurę, to ci taniej sprzeda - radzę.  Nie posłuchał.

 






Wracamy do Salonik.  Jesteśmy trochę wcześniej niż planowałem, bo skróciliśmy drogę z Pamukkale do Konya.  Pierwotnie mieliśmy jechać wzdłuż wybrzeża przez Alanya i Antalię.    Jednak droga wzdłuż wybrzeża jest znacznie dłuższa, za to mniej ciekawa motocyklowo.  

Proponuję Meteory. Jedziemy.  To wspaniałe miejsce. Będąc w Grecji nie sposób go nie zobaczyć. Klasztory pobudowane na wierzchołkach skał w kształcie stromych kopców. Do niektórych można się dostać tylko w koszu wciąganym na linach.  Trudno sobie wyobrazić jakiego nakładu sił trzeba było,  by je w takim miejscu wybudować.  Jak tymi koszami dostarczać materiały budowlane?  Po drodze na niewinnym zakręcie Przemek wypada z trasy i z trudem hamuje na poboczu.  To chyba jedyny moment na całej wyprawie kiedy było gorąco.  Po drodze zwracają uwagę maleńkie kapliczki na  betonowych czy metalowych słupkach,  ustawione na poboczach.  To chyba miejsca, gdzie ktoś stracił życie. Dosyć dużo tych miejsc. Za dużo!  Chyba nawet więcej niż u nas!






Jeszcze tylko wypad na Chalkidiki na najpiękniejszą plażę w Grecji.  Podobno.  Owszem jest ładnie.  Mała zatoczka, morze, biała piaszczysta plaża,  restauracje z niebieskimi stolikami i białymi obrusami Czy najpiękniejsza - kwestia gustu. Ładnie jest z pewnością, bardzo kameralnie i klimatycznie.




Powrót do Polski na tych samych zasadach jak dojazd.                                             Skończyło się.  Było fajnie.  Bez kłótni, wesoło, bez awarii.  Szkoda tylko, że bez Piotra.

 

Komentarze

  1. Faktycznie było super! Kiedy robimy powtórkę?

    H.

    OdpowiedzUsuń
  2. Andrzeju, od publikacji Twojego pierwszego artykułu, nieraz parę razy dziennie sprawdzam, czy nie pojawił się następny. Pomimo tego, że znam część faktów z Twoich opowiadań - czytam je z wielką przyjemnością. Rozumiem już dlaczego wybierałeś tamte atrakcje, zamiast oferowanych przeze mnie Bieszczadów i wybaczam Ci. Nie do wybaczenia byłoby natomiast gdybyś całkiem przestał jeździć z braku czasu, bo pochłonęłoby Cię pisanie.
    W pierwszym artykule napisałeś, że przejechałeś już tyle pięknych tras lecz świata już chyba nie dasz rady objechać. Odsyłam więc do staro radzieckiej przypowieści o kobietach, z której wynika, że wszystkich... - nie da rady ale próbować trzeba.
    Oczekuję na następne publikacje i pozdrawiam.
    Jurek z Przemyśla.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1