17. ISLANDIA. 2018
Islandia ostatnio stała się modna, ale jeszcze kilka lat temu była zamknięta na turystów i mało kto ją odwiedzał. Islandia ma coś ponad 350tys. mieszkańców i najwięcej Polaków wśród obcokrajowców. W Rejkiawiku mieszka 1/3 wszystkich Islandczyków. Zamieszkały jest jedynie wąski pas wybrzeża wokół wyspy. Kraj egzotyczny: wulkany, gejzery etc. Jednym słowem ciekawy. Środek kraju - w zasadzie niedostępny - zajmują wulkany i lawowiska , a zasypany jest czarnym popiołem - co sprawia dosyć przygnębiające wrażenie. Tam zapuszczają się tylko offroadowe auta na monstrualnie wielkich kołach i oponach. Wokół wyspy biegnie główna droga z kilkoma niewielkimi odnogami.
Rok wcześniej była na Islandii nasza córka Ania z mężem i synem czterolatkiem. Jeździli wynajętym dostawczakiem. Takie auto przystosowane do turystyki można wypożyczyć. Od biedy dwie osoby z dzieckiem mogą w nim przespać. Byli tam do pewnego stopnia służbowo. Na Islandii była też , ale na motocyklu Ewa - jej koleżanka, a nasza znajoma. To jest ciekawa i pouczająca historia. Ania była świadkiem na ich ślubie, który odbył się w Polskiej Ambasadzie w Rejkiawiku. Tak, tak - trzeba mieć fantazję! Świeżo poślubiony jest motocyklistą, zwiedził kawałek świata.
Była to ich podróż poślubna ! Gdzieś w interiorze jechali po gruntowej drodze, a jak to na Islandii - padało i wiało. Taka karma. W pewnym momencie, gdy młody małżonek w czasie jazdy szukał czegoś w GPS, trafiła się koleina czy też kamień - i gleba! Okazało się, że Ewa złamała nogę i to dosyć paskudnie - w każdym razie nie była zdolna do jazdy nawet do szpitala. Oczywiście jak u Hitchcocka, w tym rejonie nie było zasięgu w komórce, a ruch - jak się można spodziewać - raczej niewielki. Prawdę powiedziawszy żaden. Zdesperowany małżonek, po kilku próbach znalezienia zasięgu w telefonie postanowił zostawić świeżo poślubioną i jechać po pomoc. Po 20 latach małżeństwa pewnie by ją tam zostawił i najpierw pojechał do serwisu zająć się motocyklem ale, że świeżak - to rozstawił jej namiot i z duszą na ramieniu wraca po pomoc do cywilizacji. Po drodze spotkał turystów w kamperze, których prosił o zajęcie się ranną i rzeczywiście się nią zajęli. Przyjechała pomoc po paru godzinach, szpital, powrót samolotem do Polski . Ewa długo się leczyła, ale nie zraziła się i jeździ dalej. I żyli długo i szczęśliwie. Ewa szacun ! Mateusz chłopie! Dobrze wybrałeś!
Wyprawa z MOTOTURIST, to tym razem traperka - czyli namioty. Moje uczucia przed wyjazdem - ambiwalentne: bardzo chciałem zobaczyć Islandię, a jednocześnie namiot, śpiwory, gotowanie - to już nie moja bajka. Ale jedzie fajna ekipa, a dla towarzystwa.....
Mam się przytulić do rodziny Mariusza z Szubina, który jedzie z całą swoją motocyklową bandą: Marią - żoną jako pasażerką, synem Michałem i dwoma córkami Olą i Magdą - każde na swoim motocyklu. Mają ludzie fantazję! I pieniądze - jak w dawnej reklamie.
Ilość bagażu ograniczona, bo będzie nam towarzyszyło jedynie Audi Q 7, które musi pomieścić wszystkie bagaże 13 osób. Wydaje się nierealne, ale okazało się możliwe. Na dachu duża kasta trochę ratowała sytuację. Ja sam mam materac z gąbki grubości 10cm składany na trzy - co już czyni spory pakunek. Jako stały i stary klient mam szczególne prawa. Inni muszą się zadowolić karimatami.
Na poprzedniej wyprawie Maciek - pracownik Artura (organizatora) proponuje nam użyczenie swojego 6-osobowego namiotu, żeby było mniej bagażu. Kupujemy pomysł. Ja jednak jako człowiek przezorny zabieram swój namiot dwójkę. Tak na wszelki wypadek. Przy moim materacu - ten namiot, to już niewielka paczuszka . Do tego puchowy śpiwór (od lat nie używany), krzesełko składane, stolik, kuchenka gazowa i kocher. Żelazny zapas jedzenia ( głównie dania liofilizowane ), kilka konserw. Te dania liofilizowane czyli odwodnione, zajmują mało miejsca i nie wymagają zmywania garów po posiłku, gdyż torebka służy jednocześnie jako naczynie. Po zalaniu wrzątkiem czeka się kilka minut i danie gotowe. Co nie znaczy, że zaraz smaczne. Szczególnie mięso w maleńkich kostkach smakuje jak lignina. Tylko ziemniaki przypominają nieco w smaku produkt wyjściowy.
Artur odbiera nas z lotniska w Rejkiawiku i wiezie partiami na pole namiotowe. Troszkę popaduje , temp. ok. 10 st. Jest tu minimum infrastruktury, tzn. domek w którym jest kibelek i prysznic oraz wnęka na zewnątrz z kuchenką do gotowania i zlewozmywakiem. Kawałek dachu na zewnątrz z dwoma małymi stolikami. Na placu trawa, podłoże kamieniste - trudno wbić śledzia od namiotu. Na szczęście zabrałem gumowy młotek.
Z pewnym trudem rozkładamy nasz 6-osobowy namiot, który po rozłożeniu okazuje się 4-osobowym. Niezłe jaja! Ma po środku korytarz i dwie sypialnie dwuosobowe po bokach. Dobrze, że byłem przezorny. Zycie mnie nauczyło. Wiele lat temu wybrałem się z rodziną nad Solinę z pożyczonym namiotem, którego nie sprawdziłem przed wyjazdem. Na miejscu, po rozłożeniu okazało się, że brakuje tropiku i jest tylko te wewnętrzna, szmaciana sypialnia. Nie muszę dodawać, ze oczywiście padało - jak to w Bieszczadach - i trzeba było szukać jakichś worków po nawozach, folii itp, żeby namiot nakryć. Po dwóch dniach deszczu było tak mokro na polu namiotowym, że nie mogłem wyjechać autem pod górę po trawie, a gdy wziąłem rozpęd - uszkodziłem miskę olejową w ojcowym Fiacie 850 Coupe. Był oczywiście zachwycony moim wyczynem. Koniec lat siedemdziesiątych - takie auto to było marzenie.
Cóż było robić - rozbiłem swój namiocik, inni też i jedziemy na pierwszą przejażdżkę. Wzmaga się wiatr, który nieustannie będzie nam towarzyszył. Pogoda zmienia się tu co chwila przez cały pobyt. Deszczyk, słońce, deszczyk. Wieje raczej równo, ale deszczyku jakby więcej. Jedziemy zobaczyć gejzery.
Widowisko spektakularne, co 2,5 minuty bucha słup wody i pary na kilkanaście metrów w górę. Ziemia pod stopami gorąca mimo deszczyku. Na miejscu na rozgrzewkę jakaś herbata w restauracji i wracamy. To blisko - może z 50 km w jedną stronę. Wiatr się wzmaga.
Po powrocie naszym oczom ukazuje się pobojowisko. Ten niby 6-osobowy namiot powiewa na wietrze cały w strzępach. Nawet nie ma czego ratować. Maszty też połamane. Inne namioty też w różnym stopniu destrukcji. Mój również powiewa jednym bokiem, ale na szczęście tylko śledzie puściły i jest cały. Mariusz z rodziną tę noc spędzili na lawecie. Na szczęście miała podłogę i plandekę. Na drugi dzień konieczna zmiana planów. Jedziemy wszyscy do Rejkiawiku po namioty. Ostatecznie kupują dwie dwójki, takie co się rozkładają po rzuceniu w powietrze. Na Islandii to trochę ryzykowne - bo można go już nie złapać. Możemy ruszać w trasę. Trafia nam się spory odcinek, kilkadziesiąt km szutrowej drogi, ale super utrzymanej. Widać, że jechała niedawno równiarka, a przed nami jedzie polewaczka - żeby się nie kurzyło. Widać tam nie padało. W nocy przestało padać i u nas, ale wieje nadal.
Ola -córka Mariusza - to moja sympatia. Ma 16 lat, jest drobna, szczupła i jedzie na 125ce Yamahy. Pod wiatr i pod górę trudno jej utrzymać tempo nawet 80km/h. Pokazuję jej tylko : Ola! dwa biegi w dół i pozycja leżąca - będzie szybciej! To szatan nie dziewczyna, niczego się nie boi, jedzie jak stary i po asfalcie i po szutrach. Nie narzeka na warunki, ani na deszcz, ani na zimno. Pozostałe dzieciaki Mariusza też - ale ona jest najmłodsza i jedzie na popierdółce.
Alkohol jest tu sprzedawany w wybranych sklepach, z reguły jest tylko jeden w całym ( pożal się Boże) mieście i do tego zawsze na peryferiach. Jednego dnia jedziemy w bok od trasy ponad 60km żeby kupić piwo i alkohol. Że drogie - nie muszę wspominać. Kilka razy zdarza się, że na kasie w markecie siedzi Polka. Miło - można się czegoś dowiedzieć o miejscowych warunkach. Tego dnia - nie uwierzycie - też pada. Ha, ha. Jesteśmy cali w błocie. Na szczęście przy marketach są węże z wodą do mycia aut. Myjemy się wszyscy od stóp do głów. Jedni drugich polewają wodą na plecach. Szorujemy się szczotkami. W zasadzie nie wiadomo po co, bo po kilku kilometrach wyglądamy dokładnie tak samo. Jest z tym kłopot, bo wieczorem trzeba się rozebrać i schować w namiocie mokre rzeczy. Trzeba też zrobić jakieś ciepłe jedzenie, gorącą herbatę - a jak pada - to też w namiocie. Jedni drugim pomagają.
Jedzie z nami Radek - ten , który w Maroku miał wywrotkę. Jakoś doszedł do siebie, na głowie ma tylko gołe placki bez włosów. Podobno to następstwo stresu po wypadku. Jeździ całkiem dobrze, ten wypadek - to przypadek. Każdemu może się przydarzyć. Wiem coś o tym. Ha, ha.
Nocleg wypadł nam na polu namiotowym, wokół którego nic nie ma. Żadnego miasteczka, ludzi - nic. Mamy szczęście, bo jest budyneczek z kibelkami, natryskiem i małą jadalnią. Wszystko razem. I tak dobrze, że polecono nam to miejsce, bo na pierwszym na które zajechaliśmy nie było nawet i tego. Wybieramy miejsca pod namiot, ja dwa razy się przenoszę, bo wieje i będzie padać na bank. Wybieram góreczkę blisko jadalni. Obok ławka - a to wygoda, bo można wyłożyć rzeczy. Rano w namiocie Mariusza stoi woda. Jego namiot jest "szczelny inaczej", tzn. na podłodze pod matami stoi woda. W takiej kieszeni na drobiazgi, która jest wszyta pod sufitem jest też pełno wody i wygląda jak pękaty bukłak. I ta woda wcale z niego nie kapie. Jak się tam dostała? Nie wiadomo, ale wydostać się nie chce. Ja mam dobre miejsce - mam względnie sucho.
Rano jedziemy w trasę. Dojeżdżamy do miejsca, gdzie jest widoczny rów tektoniczny między płytami tektonicznymi Eur-Azji i Ameryki Półn. Islandia pęka tu dosłownie na dwie części, które odsuwają się od siebie 2,5 cm rocznie . Szerokość rowu jest różna : od metra do kilkudziesięciu. Niesamowite. To głęboka rozpadlina, która ciągnie się po horyzont. Z góry spływa potężny wodospad. Wodospady to jakby specjalność Islandii. Małe, duże - do wyboru. Może tylko Norwegia może pod tym względem konkurować. Potem jedziemy zobaczyć lodowiec. Jest parking wysypany czarnym szutrem, a do lodowca trzeba iść ponad kilometr mimo, że jeszcze niedawno kończył się przy parkingu. Teraz tylko czarne błoto wskazuje , w którą stronę należy podążać.
W innym miejscu spotykamy na parkingu potężne, żelazne przęsło mostu długości ze 20 metrów, które powódź i topniejący lodowiec przywlekły tu z odległości kilkunastu kilometrów. Jest tablica ze zdjęciami miejsca, skąd woda je zabrała.
Potem trafiamy nad jezioro , które przechodzi w rzekę i jest to woda z topniejącego lodowca. W wodzie pływają ogromne, niebieskawe lodowe kry i bryły. Nie ma wątpliwości, że klimat się ociepla, można tylko się spierać - z jakiego powodu.
Musimy skorygować trasę, bo mamy sygnał z Audi, którym przed nami jadą dzieci Artura, że planowana droga jest nieprzejezdna. Odłącza się Radek, któremu mało przygód i chce spróbować offroadu, a tak naprawę ruszył pierwszy zanim dotarła do nas ta wiadomość. Kontakt się z nim urwał i nie było go jak powiadomić, żeby się tam nie pchał.
Docieramy do swoich namiotów, wiatr się wzmaga, pada, potem już leje. Gdy idziemy spać - Radka jeszcze nie ma i dalej nie ma z nim kontaktu. Trochę się denerwujemy, mamy w pamięci jego wyczyn z Maroka. Spać - to za wiele powiedziane. Deszcz bębni o namiot i tak wieje, że mam obawy, czy go nie porwie. Kamerą kręcę wnętrze namiotu. Nie jest potrzebne oświetlenie, bo w nocy, nawet w namiocie jest zaledwie szarawo - gazetę można spokojnie czytać. Na filmie widać jak wiatr szarpie namiotem. Jestem ubrany po sam nos, kaptur na głowie od zimowej bluzy z miśka, którą przezornie zabrałem. Uwaga praktyczna: bardzo przydaje się czapka. I ze względu na zimno, i z powodu deszczu. I to ciepła, zimowa. Czuję się jak zdobywca K-2. O drugiej w nocy wyglądam. Namiot Radka stoi, ale obok nie ma motocykla. Nie wrócił jeszcze! Gdy wyglądam ponownie za kilka godzin motor stoi. Uff, znaczy wrócił. Rano opowiada jak było. Zrobił tego dnia ok.700km, z czego ze 400 po szutrach. Trasa była trudna, błotnista, cały czas padało. 4 st na plusie. W którymś momencie był już tak wyczerpany, że musiał się zatrzymać, przespać siedząc na motorze i dopiero po krótkiej drzemce ruszył dalej. Przyjechał przed 3 rano. Miał szczęście - mogło się gorzej skończyć.
Rano pada. Stłoczeni w tej małej jadalni robimy sobie posiłek. Pada dalej. Nie ma rady musimy zabrać się za zwijanie namiotów. To super sprawa jak zwijasz na mokrej trawie mokry namiot, który wtedy jest dwa razy większy i nie chce wejść do pokrowca. Na plecy pada deszcz i wszystkiego trzeba pilnować, bo wiatr natychmiast zabiera spod ręki. Jak już żeśmy się spakowali - wyszło piękne słońce. Nie mogło wyjść godzinę wcześniej?
Jedziemy do miejsca, gdzie są ciepłe źródła i odkryty basen z ciepłą wodą. Jest płatna szatnia można się przebrać. Woda mętna, na dnie ten czarno-szary muł. Mało fajnie. Różne strefy ciepła w zależności od tego jak daleko się jest od dopływu gorącej wody. Atrakcja - ale szału nie ma. Oczywiście są natryski, ręczniki i czyste, ciepłe sanitariaty.
W pobliżu jest miejsce, gdzie na powierzchnię wydostaje się wrząca siarka. Bulgocze sobie wesoło, wypuszcza bąble i bąbelki. Wokół żółto i śmierdzi siarkowodorem. Parking szutrowy, bo ziemia gorąca.
Pamiętam kłótnię z parkingowym pod Etną na Sycylii. Kazał nam przestawiać motocykle w inne miejsce, a myśmy nie wiedzieli o co mu chodzi. Przestawiliśmy. Po powrocie się wyjaśniło. Ci co nie przestawili - musieli podnosić swoje z ziemi. Boczne stopki pozapadały się w ciepły asfalt !
W Rejkiawiku zwiedzamy piękny w formie, modernistyczny kościół Hallgrimskirkja. Jakże inny od naszych potworków, dzieł szalonych - a raczej tępych - architektów. W środku nowoczesne i klasyczne zarazem organy. Surowy, oszczędny, skandynawski wystrój z jasnego drewna.. Z wysokiego tarasu na dzwonnicy piękny widok na całe miasto i okolicę. Warto zobaczyć. Na górę chodzi winda.
Czy warto było?
Trasa 3300km - to już dobrze! Jak dla mnie warto. Motocyklowo - w sensie winkle , góry i zakręty - szału nie ma. To nie Alpy. Ale widoki, krajobrazy, wodospady, gejzery - miodzio. Pogoda też znośna o ile nastawić się na to, że nie jedziemy na plażing. Temperatura zdarzała się i do 22-25 stopni - ale chwilami. Pogoda jest niezwykle zmienna i co 15km, co kwadrans można liczyć na zmianę. Wieje za to równo. Raz mocniej, raz słabiej, ale też nie zawsze. Filtry do opalania raczej nie są potrzebne. Na naszych oczach wiatr zmiótł do rowu auto z przyczepą kempingową. Ceny wysokie lub bardzo wysokie. Nocleg w hotelu ok. 200EUR od osoby. Pola namiotowe - kilka EUR od osoby. No i przygoda. Kraj dla abstynentów - bo alkohol drogi i trudno dostępny. Islandia zawsze była droga, ale od kilku lat stała się modna i jest najazd turystów - a baza hotelowa skromna. Dlatego ceny noclegów i żywności są horrendalne.
POLECAM






Komentarze
Prześlij komentarz