4. ZLOTY W VARAŻDIN W CHORWACJI . PARDUBICE. KAWASAKI Z 1000
Kawasaki Z 1000 kupiłem na wiosnę od Przemka z Ostrowi Maz.
Jesienią pozbyłem się poprzedniego motocykla z postanowieniem, że nie będę kusił losu i przestanę jeździć. Było to po serii śmiertelnych wypadków różnych znajomych. Wiosną jednak, gdy zaświeciło słońce i usłyszałem charakterystyczny warkot przelatujących drogą motocykli - moje postanowienie runęło.
Z 1000 był to dosyć stary i wymęczony motocykl, ale za to za niewielkie pieniądze. W tym czasie ferajna ogłosiła, że znajomy ze zlotów Scorpiona - Chorwat o imieniu bodajże Jarko - czy jakoś tak - zaprasza na pierwszy zlot swojego klubu w Varażdin w Chorwacji. Zlot egzotyczny z dwóch powodów: za granicą i w kraju, w którym toczyła się jeszcze wojna.
Wybieramy się we dwóch z Wieśkiem. Mamy ruszać w środę, bo to kawał drogi. Ale w środę leje jak z cebra. W czwartek leje dalej. Zlot jest od piątku do niedzieli, więc szanse nikną. Wiesiek wymięka. Ja nastawiam budzik w piątek na 4 rano. Jak nie będzie bardzo lało - jadę sam. Budzi mnie dźwięk budzika i piękne słońce. Nareszcie się wypadało. Byłem już spakowany. Szybkie śniadanie i w drogę. To pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych więc jeszcze bez fotoradarów. Łoję więc niemiłosiernie, bo to ponad tysiąc kilometrów.
Po drodze trapi mnie jedna usterka. Z 1000 to model jeszcze gaźnikowy. Co jakiś czas zawiesza się pływak w jednym z czterech gaźników i leje się benzyna. Paliwa szkoda , a i zapalić się może. Jak widzę paliwo na butach - muszę się zatrzymać i stukać kluczem w gaźnik, żeby pływak się odwiesił. Pomaga, ale tylko tak mniej więcej na godzinę. Czas ucieka, drogi mało ubywa. W końcu już nieźle wq......y zawiązuję na supły gumowe rurki przelewowe w każdym z gaźników. Rozwiązanie proste, ale okazuje się skuteczne.
Gdy dojeżdżam do granicy z Chorwacją jest już ciemno. Tymczasowy posterunek graniczny (Jugosławia świeżo po podziale - w trakcie wojny!!!) w kontenerze. Odprawa bez problemów.
Ruszam. Noc. Po obu stronach jakieś zarośla. Wtedy uświadamiam sobie , że tu jest wojna i jak ktoś do mnie wygarnie z kałacha, to rodzina nawet się nie dowie co ze mną się stało. Spięty docieram na miejsce, nie bez trudu je odnajdując - bo to zaledwie pole namiotowe. Nie jestem sam z Polski. Przede mną przyjechał na Hondzie CX 500 Marek - alpinista, dziennikarz z Warszawy. Tam się po raz pierwszy spotkaliśmy. Jestem przyjęty serdecznie przez gospodarzy. Doceniają to, że taki kawał do nich jechałem. Dostałem później nagrodę za najdłuższą trasę. Jest pieczony baran, piwo, rakija - do woli. Na "miętkich" nogach idę do namiotu spać. Jestem zmęczony. Nad ranem budzi mnie Wiesiek. Jak się dowiedział u mnie w domu, że pojechałem - ruszył za mną i właśnie dojechał.
Z tym motocyklem wiąże się kilka anegdot. Otóż byłem nim na zlocie w Pardubicach - wtedy jeszcze w Czechosłowacji. Na tym zlocie Wiesiek, któremu spodobała się jakaś ruda Czeszka - zawzięcie z nią tańczył i coraz bardziej wstawiony, przedstawiał jej swoją żonę Ewę jako koleżankę. Na tym zlocie Bazyl z Warszawy fundował wszystkim alkohole z górnej półki baru, po czym oświadczył barmanowi, że nie ma kasy i musiał dawać nogi za pas. Na tym zlocie bodajże poznałem polskiego superglinę - Jurka Dz., który też czasami z nami później jeździł. W sobotę była impreza w domu kultury, jakaś kolacja i występy zespołu rockowego. Jak już sobie podpiłem, żal mi się zrobiło basisty, który miał taką smutną minę. Więc co jakiś czas wchodziłem na scenę z pełnym kieliszkiem i w czasie gry go poiłem, a on nie za bardzo chciał i nie za bardzo mógł się bronić. Pod koniec wieczoru już nie był w stanie rytmu utrzymać, a była też obawa, że za chwilę spadnie ze sceny. W drodze powrotnej, gdy szliśmy na skróty przez łąki do kampingu, wpadłem niespodziewanie do studzienki melioracyjnej i to głębokiej tak, że musiałem dobrze wyciągać ręce do góry, żeby koledzy mogli mnie wydostać. Miałem szczęście, że nie było w niej ani wody, ani żadnych cegieł czy kamieni o które połamałbym nogi.
To jeszcze nie koniec. W powrotnej drodze też się działo. Tu potrzebna dygresja. Moja Kawa podobnie jak inne motocykle z tego okresu nie miała fabrycznych owiewek. Kupowało się owiewki rzemieślnicze mocowane do z boku śrub mocujących reflektor i do kierownicy - poprzez metalowe pręty i obejmy . Trasa była długa. Droga powrotna koszmarna, bo cały czas prawie padał deszcz, a w okolicach Warszawy zrobiło się już i zimno i ciemno. Był silny ruch aut w przeciwną stronę, gdyż ludzie wracali z weekendu. Szyba kasku mokra , zaparowana z zewnątrz i w środku, okulary również. W światłach tego strumienia samochodów nic nie było widać. Dosłownie jedna rozmazana plama światła. Do domu zostało z 70km i trzeba było jakoś dojechać. W akcie desperacji uczepiłem się jakiejś Skody na czeskiej nomen omen rejestracji i jechałem tylko na jego światła: on w prawo - ja w prawo; on hamuje- ja hamuję. Do tego jeszcze były jakieś roboty drogowe. W pewnym momencie jego światła zaczęły podskakiwać. Moje również, bo skończył się szerszy pas asfaltu i on zjechał w kartofle , a ja za nim. Ziemia była miękka, rozmokła, prędkość niewielka więc nic nam się nie stało. Jakoś udało się podnieść motor, oczyścić z błota, wrócić na jezdnię i jedziemy dalej. Czuję tylko, że śmierdzi benzyną. Na drugi dzień w domu dopiero stwierdziłem, że jeden z prętów owiewki przebił od góry zbiornik paliwa i śmierdziała benzyna, która się przez ten otwór wydostawała.
Na zlotach w Varażdin byłem jeszcze ze 3-4 razy i bardzo się rozwinęły od czasu tego pierwszego. Potem grały już porządne zespoły, był bar, restauracja. Ale dwie rzeczy były dla nich specyficzne.
WYŚCIG DO STOŁU
Po pierwsze na każdym zlocie u nich parady polegały na tym, że jeździło się od restauracji do restauracji (tak z trzech - czterech), gdzie były wystawione stoły z jedzeniem i piciem - w tym z alkoholem. Na koszt organizatorów!!! Łatwo sobie wyobrazić w jakim stanie znajdowała się spora część kierowców pod koniec trasy. Nic dziwnego, że na ostatnim zlocie na którym byłem, zabiło się dwóch uczestników: jeden nie wyrobił się na zakręcie, drugi wpadł na jakiś traktor. Jedną z atrakcji były pokazy - jakiegoś zawodnika, który ścigał się w Niemczech - jazdy na jednym kole. Zbierały si tłumy widzów - bo wtedy była to zupełnie nowa sztuczka. Po drugie ulubioną rozrywką Chorwatów było uwieszenie się na manetce gazu , aż do odcięcia zapłonu, tak aby wydech nagrzał się do czerwoności i zapalenie od niego papierosa. Czasami rozrywało tłumik. Szczególnie nad ranem ich to kręciło, tak że o spaniu nie było mowy.
Na jednym ze zlotów była rywalizacja "na pokaż cycki" między Helgą - przyjaciółką naszego znajomego z Austrii, a Zenią z Częstochowy. Nierozstrzygnięta. Ale nie było dogrywki mimo naszych usilnych nalegań. Jola do dziś mi wypomina udział jako obserwatora w konkursie mimo, że przyrzekałem - że zamykałem oczy.
TRZY GRACJE: EWA, ZENIA I MIRA.
Któregoś roku z Varażdin pojechaliśmy przez Bułgarię do Turcji. W Turcji byłem wtedy pierwszy raz. Wtedy turystyka w Turcji nie była tak rozwinięta jak obecnie i Turcy byli niezwykle przyjaźnie nastawieni do turystów. Częstowanie herbatą na stacji benzynowej zdarzało się często. Raz jeszcze tylko w Gruzji zdarzyło mnie się, też częstowali. Garażowanie motorów w recepcji w hotelu, czy nad basenem po przejeździe przez cały hotel hotelowy nie było problemem.
Jechaliśmy w cztery czy pięć motorów. W powrotnej drodze nocowaliśmy blisko granicy turecko-bułgarskiej. Rano szybko śniadanie i do granicy tureckiej. Podjeżdżamy do kontroli. Ja jako ostatni. Chłopaki podają dokumenty, OK ,następny, następny itd. Doszło do mnie, sięgam do kieszeni - pusta. Przeszukuję całe ubranie. Dokumentów z paszportówką nie ma. Przeszukuję coraz bardziej nerwowo bagaże, wywalamy wszystko z kufrów - też nie ma. No to będą problemy! W końcu podchodzi ich "wopista." Jaki problem? Mówimy, że dokumenty z pieniędzmi prawdopodobnie zostały w hotelu. Pyta czy wiemy gdzie był nocleg? Na szczęści ktoś ma wizytówkę hotelu. Gość dzwoni do hotelu i rozmawia z właścicielem w trybie rozkazującym. Szukać dokumentów! Ten mówi, że pokój nie był jeszcze sprzątany, ale zaraz sprawdzi. Za 10 minut telefon. Jest paszportówka z dokumentami i z kasą! Spadła za nocny stolik, a rano szybko żeśmy się zbierali do wyjazdu i nie zauważyłem braku przy pakowaniu. Pada pytanie, które nas powala: - czy ja przyjadę po nią do hotelu (ok. 40km), czy mają mi przywieźć na granicę? Wybieram opcję drugą. Za ok. godzinę podjeżdża taksówka i wysiada właściciel hotelu z moimi dokumentami. Dziękuję. Daję mu 100 marek jako zwrot kosztów i jestem szczęśliwy. W środku było ponad 200 marek no i wszystkie dokumenty, zdobywanie których na nowo zajęłoby mi mnóstwo czasu i latania. A przecież mogły się "nie odnaleźć" ! W wielu hotelach tak by właśnie było. Od tamtego doświadczenia dokumenty zawsze w hotelu trzymam w kurtce lub torbie, a kluczyki przypięte do szelek spodni. Poszukiwanie rano kluczyków, gdy wszyscy spakowani czekają na gapę - to stały fragment gry, ćwiczony w różnych konfiguracjach wielokrotnie. A skoro przy tym jesteśmy! Na postojach zawsze staram się, by portfel i dokumenty mieć w spodniach, a nie w kurtce. Kurtka często zostaje bez opieki powieszona na krześle przy stoliku lub rzucona na trawę i zawsze jest ryzyko, że znajdzie amator na portfel. Oczywiście spodnie można też stracić - ale to już wyższa szkoła jazdy.
Opowiadał mój znajomy, że jak podróżował po Francji, zatrzymał się na parkingu przy stacji benzynowej (na południu Francji mają wspaniałe parkingi przygotowane do wypoczynku w upale). Był zmęczony, była piękna trawa pod jakimś drzewem. Super. Rozebrał się bo było gorąco, położył się w cieniu .. i zasnął. Spał smacznie, ale jak się obudził, stwierdził z niemałym przerażeniem, że skradziono mu kombinezon, kask i rękawiczki. Ile miał problemów, żeby skompletować jakiś strój i wrócić do Polski - łatwo sobie wyobrazić.










Komentarze
Prześlij komentarz