W 2001 roku przyjechała do Polski grupa ok. 160 !!! niemieckich parlamentarzystów na motocyklach. W imieniu polskich wystąpiło 2 (słownie: dwóch): Edward Wende i Jerzy Dziewulski. Obu miałem okazję poznać osobiście . E. Wende przelotnie przy kawie w salonie motocyklowym Moto Styl w Warszawie na Pradze u Jacka; Jurka Dziewulskiego na zlocie w Pardubicach i na kilku wspólnych późniejszych wyjazdach. Jesteśmy nawet po imieniu.
Oczywiście dysproporcja w liczebności parlamentarzystów po obu stronach była porażająca . I znalazł się człowiek, któremu to nie pasowało. Piotr - wspólnik jednej z większych kancelarii prawnych w Warszawie. Postanowił ogarnąć prawników - motocyklistów i w ten sposób, czy raczej z tej przyczyny powstał klub o dość dziwacznej nazwie RAJLAWENPIS. Z połączenia słów: RAJ-d, LAW-prawo, EN-d, PIS - peace - pokój fonetycznie. Ostatnia sylaba broń Boże nie ma nic wspólnego z ***
Członkami klubu mogli być prawnicy oraz przyjaciele królika, czyli osoby związane w jakiś sposób z prawem i sądownictwem, jak np. biegły sądowy - za przeproszeniem! " Królik" ostatnio coś nie uczęszcza na wspólne rajdy, a jeżdżą już nawet przyjaciele przyjaciół. Ale relacje między nami są bardzo ścisłe i staramy się spotykać przynajmniej raz w roku, a z reguły częściej.
Założeniem była (poza integracją środowiska) coroczna wyprawa do jednej ze stolic europejskich, spotkanie z miejscowymi prawnikami i odwiedziny w polskiej ambasadzie. Rajdów odbył się już kilkanaście, coraz mniej stolic nam zostało nieodwiedzonych. Celem życiowym Piotra-chiefa jest 3 dniowa wyprawa do Lizbony, od lat o niej wspomina, coraz bardziej na zasadzie żartu. Nie o to chodzi, by złapać królika... I tym sposobem królik goni królika, co w przyrodzie też się zdarza.
2001 - PIERWSZY RAJD DO LWOWA.
Pierwszy rajd odbył się do Lwowa, a bystry czytelnik zauważy, że to nie jest stolica Ukrainy. Cóż? Więcej luzu ! Start odbył się spod Kolumny Zygmunta. Była telewizja i fanfary. Na tym pierwszym rajdzie nie byłem, więc znam go głównie z opowiadań. Bóg mi świadkiem, że chciałem. Dostałem cynk o rajdzie od kuzyna, który na dzień przed wyjazdem zobaczył notatkę w gazecie, ale nie udało mi się złapać kontaktu z Piotrem. Wiem, że się dużo działo. Była nawet złamana noga - w podobnych okolicznościach jak na zlocie Tarantuli w Sulęczynie. Też zamknięta brama i zbyt mało miejsca do hamowania. Laweciarz miał zajęcie. Lekarz też.
2002 -II. GRODNO - WILNO
Tym razem już upilnowałem . Jedziemy z Jolą Yamahą XVZ 1300 Royale Venture. Nazwa długa jak w rodowodzie rasowego psa! Przed wyjazdem zmieniam przednią oponę. "Fachowiec" nie sprawdził, czy cała opona weszła na swoje miejsce i powyżej 100km/h trudno było jechać, bo w jednym miejscu była wklęsła. Na Litwie nie było nawet i takich fachowców żeby to poprawić. Wyjazd regulaminowo spod Kolumny. To ma być tradycją - nie do końca później przestrzeganą. Piotr wita i żegna grupę tylko jako widz. Ma którąś kończynę w gipsie i
nie jedzie. Uraz zaszczytny. Na motorze. A jednak przykrość. Na granicy z Białorusią mnóstwo czasu tracimy na oczekiwanie w kolejce i kontrolę dokumentów. Standard.
W Grodnie była super impreza w hotelowej restauracji. Do kotleta grał zespół. Ok. 22giej, gdy się dopiero rozkręcaliśmy kierowniczka sali oświadczyła, że zamykają i koniec imprezy. Zespół zaczął się zwijać. Ale gdy muzycy dostali od nas kasę, zaczęli grać na nowo. Kierowniczka po godzinie się wściekła i gdy groźby i prośby nie pomogły, po prostu wykręciła korki i zrobiło się ciemno. Na takie dictum nie było wyjścia. Przenieśliśmy się do hotelu i po opłaceniu się etażowej czyli jakby kierowniczki piętra ( po rosyjsku etaż ) urzędowaliśmy wesoło do rana. Gdy brakowało alkoholu, chodzili po niego na melinę na zmianę dwaj tajniacy, który "przypadkowo" do nas się przyplątali. Jeden o drugim mówił, gdy kolejno wychodzili po wódkę dla nas, żeby na kolegę uważać, bo to swołocz. Co kraj to obyczaj. W mocno zniszczonym hotelu wypadały ramy z oknami przy próbie otwarcia. Rano śniadanie na ostatnim piętrze. Kucharka zarządza twardą ręką. Gdy upominaliśmy się o jedzenie, gdy już zabrakło parówek z papieru toaletowego - słychać było jak pod nosem klnie: swołocz przyjechała nas obeżreć. Ot taka słowiańska gościnność!
Na granicy z Litwą nauczeni doświadczeniem robimy zrzutkę dla celników i odprawa idzie ekspresowo. Podróże kształcą. W drodze do Wilna, jeszcze na Białorusi zatrzymaliśmy się gdzieś na wsi, gdzie okazało się, że mieszkają Polacy. Jak oni nas witali. Oddaliśmy im swoje zapasy konserw i słodyczy. Kobieta chce całować w rękę. Serce się kraje. Straszna bieda.
W Wilnie upał. Wszyscy uparli się, żeby do centrum iść na piechotę. Strasznie daleko i gorąco. W restauracji - bardzo fajnej zresztą - pierwszy raz w życiu wypijam 3 duże piwa jedno po drugim. W sobotę spotkanie w ambasadzie, spotkanie z prawnikami. Zwiedzanie cmentarza na Rosie i Ostrej Bramy. To na Rosie podobno, a może w Odessie na cmentarzu, na nagrobku jest epitafium: Może Torbo uwierzysz, żem naprawdę był chory!
Wieczorem niezła impreza. Marek rano stwierdził, że nie wie, gdzie jego portfel z paszportem. Chyba zostawił, czy raczej zgubił w taksówce. Trochę było zamieszania, ale jakoś załatwił zastępczy, czy odzyskał swój? Już nie pamiętam. Razem ze Sławkiem - jechali na jednym motorze - wracali razem z nami. W Polsce w drodze powrotnej nocujemy na zamku w Reszlu. Bardzo stylowo.
PS
Mam informację o literówkach i innych błędach w moich tekstach - mam nadzieję, że nie ortograficznych. Sorry. Staram się unikać , ale piszę na gorąco. Do Nobla z literatury, ani do Nike nie aspiruję. Piszcie komentarze do bloga, będę widział czy ktoś to czyta. To lektura na zimowe wieczory, gdy tęsknimy za wyprawami i zapachem benzyny.
Pozdrawiam. Andrzej
,,A pierścionek się znalazł,, Wątrobę przywiózł pocztą dyplomatyczną ,,atasze,,wojskowy. Taka tam przygoda😄
OdpowiedzUsuńCzy to na tym rajdzie było jedno miejsce w samochodzie, o które szła ostra walka? W sensie kto pierwszy nie będzie mógł jechać motocyklem???
OdpowiedzUsuń