7. MAROKO - KOLEJNE WYPRAWY: 2009 I 2013
W Maroku miałem pierwszy po trzydziestukilku latach jazdy wypadek na motorze. Dlatego chciałem tam wrócić i przejechać ten fatalny zakręt jeszcze raz, żeby go odczarować.
W 2009 r namówiłem
mego kumpla Marka z Warszawy, na drugi mój wyjazd do Maroka. Tym razem
podeszliśmy inaczej do tematu. Motory ( moje BMW F 800 GS i Marka Honda
Varadero 1000 ) na przyczepie zaciągnęliśmy do Alicante. Zatrzymaliśmy
się w sieciowym hotelu Etap na przedmieściach, na wylocie z miasta na południe.
Obok jest Ibis. Hotele mają ogrodzony parking i pozwolono nam pozostawić na nim
auto i lawetę (bezpłatnie) na czas wyprawy do Maroka. Polecam!
Spotykamy się z Kaśką z Rajlawepis , zwaną nie wiedzieć czemu Kazią, w restauracji przy plaży. Alicante ma piękne wybrzeże w środku miasta. Biegnie łukiem, w oddali widać wieżowce wzdłuż plaży. Jak w Copa Cabana - nie byłem - może dlatego tak uważam?
Przejechaliśmy trasę z grubsza zbliżoną do tej z 2005 r , łącznie z Fes i Marakeszem. Niezapomniana droga przez przełęcz Tizin Tiszka w Atlasie Wysokim była wtedy w doskonałym stanie i jazda po niej to była sama rozkosz. Potem droga się zdegradowała przez kolejne zimy i długo była w remoncie.
Któregoś dnia próbujemy jazdy po wydmach. Zjeżdżamy z asfaltu w interior. Pustynia w tym miejscu ( i w innych) wygląda jak klepisko. Jest wyjeżdżonych sporo kolein, które się ciągle przecinają w różnych kierunkach. Mijamy obozowiska nomadów z wielbłądami i namiotami - chociaż często stoi obok auto terenowe. Po kilku kilometrach twarda pustynia typu klepisko kończy się i na przestrzeni ok. 20-50cm ! zamienia się w piach i przechodzi w wydmy. Ta granica jest bardzo wyraźna - co wydaje się nieprawdopodobne! Najpierw Marek szturmuje wydmę, ale po kilkunastu metrach jest zakopany po osie i z najwyższym trudem wypychamy go na "klepisko". Ja mam lżejszy motocykl, ale skutek jest podobny. Jak oni jeżdżą na Dakarze po takich wydmach - nadal dla nas pozostanie tajemnicą ? Najwyraźniej musimy jeszcze długo ćwiczyć.
GIBRALTARMEDITERRANEE Z GÓR RIFU
DENTYSTA
Z tego wyjazdu pamiętam kawał, który zrobiłem Markowi. Nocleg wypadł nam w resorcie ze spa. Było poza sezonem i promocja , więc opłaciliśmy masaże. Klasyczne- żeby nie było. Jak szaleć, to szaleć! Ja poszedłem pierwszy i nie było nic szczególnego poza tym, że w kraju muzułmańskim masażystką była kobieta - co mnie zdziwiło. Po sesji, jak wróciłem do naszego domku na pytanie jak było - mówię Markowi, że normalnie: rozbierzesz się do naga (ja byłem tam standardowo - w kąpielówkach), założysz szlafrok, wejdziesz, zdejmiesz szlafrok i kładziesz się na leżankę. Za chwilę po jego wejściu słychać było tylko okrzyk masażystki, bo Marek dokładnie wykonał co mu opisałem. Chodziło o rozmiar, czy religię ? Na tej wyprawie usiłowaliśmy znaleźć drogę do Cuirqe Jaffar - najwyżej położnej drogi szutrowej w Maroku (bodajże 2400 mnpm). Przejechaliśmy kilkanaście kilometrów w interior, ale w pewnym momencie droga była zablokowana kamieniami z lawiny, która razem z błotem zeszła na wiosnę z gór. Trzeba było zawrócić.
DROGA DO CIRQUE JAFFAR
MARAKESZ PLAC STRACEŃ NOCĄ
Któregoś dnia, w środku niczego, zatrzymuje nas para młodych ludzi przy stojącym na poboczu GSie, otoczona rojem dzieci. To Włosi. Mają awarię, nie mogą odpalić sprzęta mimo, że to nowy motocykl na gwarancji. Dzwonią przy nas do serwisu w Bolonii, ale przez telefon trudno naprawić cokolwiek. Musimy im pomóc, bo te dzieci ich zjedzą za chwilę. Próbujemy na pych. Nic z tego. To coś grubszego. Wyjmujemy akumulator z Marka "wiadra" - jak mówią na Varadero - i zakładamy do makaroniarza. Bingo!!! Pali. To zatem akumulator odmówił współpracy. To już wiemy, tylko co dalej? Gdzieś muszą być ludzie - skoro są dzieci. Dopytujemy się dzieci w którą stronę do osady. W końcu znajdujemy w GPS jakieś miasteczko.
AWARIA U MAKARONIARZY
DROGA PRZEZ OAZĘ
WODOSPADY OUZOUD
CEGŁY = GLINA & SŁOMA
Wysyłam Marka razem z Włochem aby kupili tam akumulator. Jakikolwiek. Raczej nie będzie motocyklowego - bo motocykli w Maroku praktycznie nie ma , ale "jakikolwiek" chyba będzie. Chociażby od traktora. Po godzinie wracają z akumulatorem - chyba rzeczywiście ciągnikowym. Kazałem im jeszcze kupić kable rozruchowe. Też mają. Aku wprawdzie duży, ale po wyjęciu rzeczy mieści się w bocznym, aluminiowym kufrze. Kablami podłączam go do oryginalnej baterii. Odpalają. szczęśliwi. My dumni. Podziękowali i odjechali! Nawet nie zaczekali, aż spakujemy wszystkie nasze narzędzia i graty. A jechaliśmy dalej w tę samą stronę! Jakoś tak nie po koleżeńsku to było. A i piwa na ich koszt chętnie byśmy się napili. C est la vie. Lajf is brutal end zasadzka.
FES
FES - FARBIARNIE SKÓRPOKÓJ MAŁŻEŃSKI - POSŁANIE DLA KOBIETY
TAŻIN SPECJALNOŚĆ MAROKAŃSKA
HOTEL W ERFOUD
A
tak na marginesie. Ile razy zdarzyło mi się widzieć na poboczu - w
różnych częściach świata - motor z awarią - prawie zawsze był to GS
!!! Przypadek? Nie sądzę! Ale to pewnie wypadkowa dwóch rzeczy: po świecie
najwięcej turystów jeździ na GSach, i nie są one tak do końca
bezawaryjne jak by się wydawało. Więcej
popsutych motorów jednej marki widziałem tylko w Indiach w Himalajach.
Ale to były leciwe Royal Enfieldy, które na tamtych "drogach" dostawały
nieźle w dupę.
Po powrocie, pod
hotelem w Alicante przykra niespodzianka. Ktoś potrącił naszą
przyczepkę, pewnie uszkodził auto i chyba ze złości przeciął w niej
oponę. Na szczęście jedną tylko, bo mamy zapas, a rozmiar opon nietypowy!
W drodze powrotnej były jeszcze dwa zdarzenia. Przyczepę ciągnęliśmy Marka BMW piątką z podwójnym turbo i mocą coś ze 300KM, więc po autostradzie na Słowacji lecieliśmy 140km/h . Zatrzymał nas policjant na motocyklu Yamaha FJR 1300 z wideoradarem. Dopuszczalna prędkość z przyczepą nawet na autostradzie to 70km/h. Kosztowało to mnie - bo akurat prowadziłem - 100EUR i nie pomogły tłumaczenia, że my to też motocykliści, że solidarność motocyklowa, że też mamy FJRy.
UPSSS! ZŁE PALIWO
Za chwilę podjechaliśmy do granicy i wprawdzie prowadził już Marek, ale ja miałem zatankować. Śpieszyłem się, bo chciałem do toalety - a nadjechał autokar z wycieczką i zrobiłaby się kolejka. Niestety z tego pośpiechu pomyliłem pistolety na dystrybutorze i do diesla nalałem benzyny. Szczęście w nieszczęściu, że spostrzegłem to zanim ruszyliśmy. Zjechaliśmy na parking tuż obok i próbujemy spuścić paliwo, ale to nie takie proste. Spuściliśmy coś ze 20 litrów , a reszta? Nie da rady!. Idziemy na stację benzynową szukać pomocy. To jeszcze po słowackiej stronie. Nie są zaskoczeni i mówią, że nie ma dnia, żeby ktoś nie zrobił podobnie. Dają nam telefon do mechanika, który mieszka niedaleko i wyspecjalizował się w opróżnianiu baków. Telefonujemy. Facet zjawia się za pół godziny. To profesjonalista. Ma ze sobą zbiornik, pompę. Wie gdzie się dostać do zbiornika pod siedzeniem. Za kolejne pół godziny i kolejne 100EUR jest po sprawie. Ten dzień nie należał do szczególnie szczęśliwych. Przynajmniej dla mnie. Już wiem jak idzie przysłowiowej kurwie w deszcz.
PIOTREK & AUTOR
W 2013r jadę znowu do Maroka, tym razem z Piotrkiem z Przasnysza. Piotrek na GS 1150, ja na V Stromie 650. Wypróbowanym sposobem - na czterech kołach - dojeżdżamy do Alicante, do tegoż wypróbowanego hotelu Etap. Busem VW T4. Oba motory zmieściły się w środku, tylko szyby trzeba było odkręcić bo niski. Podróż non stop z Przasnysza zajmuje nam ok. 25 godzin wraz z tankowaniem i przystankami na jedzenie. Dystans ponad 3000km ! Wieczorem spotykamy się z Kaśką-Kazią z Rajlawenpis, która tam mieszka i pracuje w jakiejś agendzie unijnej. Piotrek próbuje uruchomić jej motocykl, który stoi zepsuty na ulicy. Niestety. Kaśka już zdążyła zapuścić korzenie w Hiszpanii: mąż, dziecko, auto.
To
Maroko jakoś mnie ciągnie mimo, że nie lubię ich jedzenia z wszechobecnym carry, że o higienie, czy raczej jej braku w gastronomii nie wspomnę. Nie lubię tego ich smrodu: mieszaniny brudu, oleju i carry. Nie lubię tego ich natręctwa i naciągania na kasę na każdym kroku. Przy czym z każdym rokiem, w miarę rozwoju turystyki jest z tym coraz gorzej.
Ale za to są dobre, a
chwilami wspaniałe drogi; i widokowo i asfaltowo. Upały, ale w górach
zdarza się śnieg! Wydmy i ten arabski (mimo, że śmierdzący ) koloryt. Niewielki ruch i w
miarę przyjazna policja znająca słowo bakszysz. Raz zatrzymała nas policja za przekroczenie prędkości w terenie zbudowanym - choć jako żywo, nie było tam żadnych zabudowań ani znaku. Z propozycji mandatu: 2 x 100EUR udało się wytargować (po godzinie wprawdzie) na 1 x 20. Targować się lubię i to dla mnie jedna z atrakcji. Dobra rada: na podchwytliwe pytanie policjanta o zawód - odpowiadać: nauczyciel. Na całym świecie nie zarabiają zbyt dużo.
Są
wysokie góry jak Atlas Wysoki, są średnie jak Atlas Średni i Niski w centralnej
części i Góry Rifu na północy. Są pustynie, i jest ta nużąca,
wszechobecna czerwonawa barwa domów, gór, ziemi i wszystkiego. No i kurz. Ale są
wielbłądy w karawanach (rzadko - częściej dzikie na pustyni) i niewybredne w jedzeniu osły, zielone
palmowe oazy nad
rzeczkami. COŚ W TYM JEST!
To tam widziałem przez drgające od upału powietrze nad pustynnym polem, oparty o słup telegraficzny jakiś motocykl. Obok stał osioł - który kończył jeść jego siedzenie !!!
Kobiety w obowiązkowych zasłonach na twarzach - we wsiach. W miastach już niekoniecznie. Jest pewna egzotyka. Poczucie, że to inny kontynent? Chociaż mimo, że to Afryka - najmniej jest ciemnoskórych, co za pierwszym razem wydaje się dziwne. W Warszawie na ulicy łatwiej spotkać ciemnoskórego, niż w Rabacie.
WSCHÓD SŁOŃCAOFF ROAD Z DADES DO TODRA
Jedziemy z Piotrkiem wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego przez góry Rifu. Jest październik, jeszcze ciepło - a tu niespodzianka ! W górach - mimo, że nie specjalnie wysokich - temperatura dosyć szybko spada. Najpierw myślałem, że tylko mi się wydaje; że to może jakiś jesienny puch lata w powietrzu, ale po chwili nie mam już wątpliwości. ZACZYNA PADAĆ ŚNIEG. Z każdą chwilą coraz gęściejszy, by po kilkunastu minutach jezdnia zrobiła się zupełnie biała. A tu góry, zakręty, zjazdy w dół. O dziwo jednak motory zachowują stabilność w czasie jazdy - oczywiście bardzo ostrożnej - i po kilkunastu kilometrach zaczynamy się czuć pewniej , a nawet wyprzedzać samochody ! Temperatura minus 2 stopnie. Szyba w motorze cała w śniegu. Z szyby w kasku - pewnie z uwagi na to, że się jednak ogrzewa od głowy - co chwila osuwa się warstwa śniegu. Zjeżdżamy w dół do Ketamy i robi się cieplej. W jakimś barze zamawiamy gorącą herbatę, zmieniamy ubrania na suche, grzejemy nogi, które najbardziej zmarzły bo buty przemokły. Wykręcamy z wody skarpety, zakładamy suche. Postanawiamy, że jedziemy dalej, bo droga prowadzi w dół i powinno być cieplej. I było ! Jeszcze tego samego dnia mamy 25 stopni. Żaden z nas się nie rozchorował - co wydawało się prawie pewne.
W Fes trafiamy do tego samego hotelu co zawsze. Przypadek ? Nie , bo jest blisko bramy wjazdowej do medyny.
Też próbujemy dotrzeć do Jaffaar, ale i tym razem poddajemy się, gdyż nie możemy odnaleźć drogi. W jednym miejscu był nawet jakiś drogowskaz w interiorze, ale po kilku kilometrach gubimy się w plątaninie dróżek i zawracamy.
W drodze na południe spotykamy kawalkadę kilku Gold Wingów na marokańskich tablicach. Z przodu i z tyłu samochody ochrony. Może to sam król podróżował? To stosunkowo młody człowiek . Czaimy się za nimi ale pokazują, że możemy wyprzedzać. Króla ??? Jak mus, to mus. "Łycha" i do przodu.
GORGES DE DADESGORGES DE TODR
Podejmujemy próbę przejazdu off road z wąwozu Todra do Dades. Znajdujemy na mapie jakąś najcieńszą drogę, którą z trudem lokalizujemy w terenie. Najpierw jest to szeroka szutrowa droga, która stopniowo się zwęża i pnie się w górę. Ze wzniesienia, z kilkuset metrów jest wspaniały widok na równinę. Wygląda jak Rów Afrykański. Taki widok jak z filmów National Geografic. Jedziemy wzdłuż wyschniętej rzeki, od dłuższego czasu nie widać żywego ducha. Droga trudna, sporo dużych kamieni. Jakiś czas jedziemy po skalnej półce obok dna potoku. Jest tak wąsko, że ocieramy się kuframi o skalne ściany. Potem na filmie zauważyłem, że niesymetryczne kufry założyłem odwrotnie i ten szerszy był obok tłumika po prawej stronie, a powinno być odwrotnie. Nie ma nawet jak z niej zjechać. Dołem byłoby wygodniej., ale jest metr różnicy poziomów. Nie mamy też żadnej pewności, że jedziemy zgodnie z planem. Drogi nie ma GPS, jedziemy na czuja. Po dwóch godzinach robimy przerwę na odpoczynek i żeby uzupełnić płyny bo jest gorąco i wystarczająco dużo emocji by się spocić. Po przerwie ruszamy. I tu niespodzianka - rozrusznik GSa milczy. Ho
uston - mamy problem! Droga pnie się pod górę, jest wąska , kamienista i nawet nie ma jak zawrócić, żeby spróbować odpalić GSa na pych w dół. Kto odpalał GSa na pych ten wie , że to nie jest łatwe na asfalcie, a w tych warunkach niewykonalne. Obok nas korytem rzeki przejeżdżają 2 terenowe auta na francuskich numerach, ale nie reagują na próbę zatrzymania. Tyle tylko, że ich widok daje nadzieję, że jedziemy prawdopodobnie w dobrym kierunku. I tu niepodziewanie przychodzi pomoc. Ze zbocza schodzi do nas pastuch owiec. Taki miejscowy baca. Na migi pokazujemy, żeby pomógł odwrócić motocykl i popchnąć. We trzech udaje się. Silnik jest ciepły, więc wystarczy metr wolnej przestrzeni. Odpala. Ponownie odkręcamy się w kierunku jazdy i już bez przeszkód dojeżdżamy do asfaltu. Tam jest jakiś punkt kontrolny, a te francuskie auta brały najwyraźniej udział w jakimś rajdzie. Ten rozrusznik potem raz działał, a raz nie. Ostatni raz pchał GSa na granicy ten arab z jednym zębem - nasz stary znajomy. Ciekawostką w Maroku jest to, że po zatrzymaniu nawet w najbardziej odludnym miejscu - po kilku chwilach pojawiają się ludzie. Najczęściej dzieci. Z reguły natrętnie domagające się słodyczy. Ale czy w tej ich biedzie można im się dziwić ?
Dotarliśmy tym razem dalej na południe niż z Markiem - do miejscowości Zagora, gdzie też kończył się asfalt. Mieszkamy w stylowym afrykańskim hotelu, jest odkryty basen. Motory stoją nad basenem. Można się kąpać. Gorąco. Robimy wypad dalej na południe po szutrówkach i docieramy do wydm. Niestety jazda po piachu wymaga lepszych umiejętności, lżejszych motocykli i kostkowych opon. Jak zaczyna się prawdziwa piaszczysta pustynia i kończy się droga - zawracamy.
W
drodze powrotnej Marakesz. Standard. Plac Straceń , foty z wężem, jedzenie z
kramu - zresztą niespecjalne. Piotrek daje się nabrać na "bezpłatną" fotę z wężem. Oczywiście musi zapłacić!!! Za to hotel mamy przy samym placu. Jest w
remoncie i może dlatego tanio. Na drugi dzień droga powrotna.
Musimy zdążyć w jeden dzień do Ceuty bo mamy bilety powrotne na prom. Ponad 700km, więc umawiamy się na śniadanie na 7 rano i upewniamy
się, że na pewno będzie gotowe. Wstajemy o 6tej. Jest jeszcze ciemno. Musimy wyprowadzić
motory z podziemnego garażu zawalonego materiałami budowlanymi i
zastawionego samochodami. W recepcji nie ma żywego ducha. Udaje nam
się jakoś wyjechać na ulicę, pakujemy bagaże i o 7 na śniadanie. Nie ma nikogo w dalszym ciągu.
Budzimy jakiegoś gościa, którego znajdujemy śpiącego w kącie holu na kanapie. Pokazujemy mu na zegarek, że na 7 miało być
śniadanie. Zaczyna gmerać za barem , gotować wodę , a czas leci. Jak
podaje nam na tacy brudne, wczorajsze szklanki z zaschniętymi muchami na dnie nie
wytrzymuję. Pluję mu na buty i rezygnujemy z opłaconego śniadania. Obraziłem go - ale o to mi chodziło! Mamy
opóźnienie, ruszamy głodni bo straciliśmy sporo czasu. To była
najostrzejsza jazda w moim życiu. Prom był bodajże na 17tą. Udaje nam
się mieścić w czasie, wiec gdy zostało nam z 50km i już było widać, że
zdążymy - zajeżdżamy na pierwszy posiłek w tym dniu. Kelner nie widział
chyba jeszcze gości , którzy w takim tempie połykali gorące szaszłyki prosto z
tych szpadek. Dojeżdżamy do Ceuty - mamy jeszcze chwilę czasu do odjazdu.
Tankujemy, bo to strefa bezcłowa i taniej. Gdy dojeżdżamy do portu, jest
dziwnie pusto .Podchodzimy do kasy i tu niespodzianka. I to przykra.
Prom już odpłynął ! Zapomnieliśmy, że jest różnica 1 godziny między
czasem afrykańskim w Maroku, a europejskim (mimo, że na lądzie
afrykańskim) w Ceucie - bo Ceuta jest enklawą hiszpańską ! Do wyboru mamy
dodatkowy nocleg lub kupno drugich biletów. Wybieramy tę drugą wersję. Dalej już bez przygód, aż do domu.


































Poniżej filmik z wyprawy z Piotrem.
OdpowiedzUsuńhttps://youtu.be/FubSF2sGabI
Andrzej fajnie się czyta twoje opowieści choć słyszałem je wcześniej bezpośredni z twoich ust na wypadach. Czekam na kolejne. Konrad.