6 . ROK 2005. PIERWSZA WYPRAWA DO MAROKA.


 

 Po Turcji był to dla mnie drugi równie, a nawet bardziej egzotyczny wyjazd. Nie pamiętam już kto był pomysłodawcą. Jedziemy we czterech: Wiesiek z Ostrowi Maz., Darek z Nieporętu i Andreas z Niemiec. Towarzystwo międzynarodowe można powiedzieć. Wszyscy na GS-ach. Andreas na 1150  (wiadomo-bieda), my już na 1200.

Startujemy tuż przed Świętami Wielkanocnymi z Berlina, z dworca Waansee !   Dlaczego ? Bo stamtąd chodził pociąg turystyczny Autozug, który zabiera auta i motocykle i wiezie je na odkrytych lorach na południe Francji do Narbonne.Właściciele podróżują w kuszetkach. Staruje ok. południa i na drugi dzień rano jest na miejscu. Bilety wydają się drogie, ale w ciągu doby pokonujesz 2200km od domu i masz nocleg i śniadanie. Na kołach w obie strony to 6 dni jazdy, paliwo, opłaty autostradowe, 4 noclegi, wyżywienie i zdarte opony. Warto. No i oszczędność czasu 4 dni. Niestety tego pociągu już nie ma.  W 2019 roku jechałem podobnym z Livorno do Wiednia.

W Narbonne odbieramy motocykle i w trasę. Ok. 1500km  wzdłuż całego wybrzeża hiszpańskiego przez Gibraltar na samo południe i promem do Ceuty - to jeszcze Hiszpania , chociaż już w Afryce. Hiszpania, kraj katolicki,  a Poniedziałek Wielkanocny jest dniem pracującym - co wywołuje nasze zdziwienie. Prom płynie ok. godziny. Dopływamy k. południa. Odprawa hiszpańska. Odprawa marokańska. Trzeba wypełnić kilka druków.  Rubryki objaśnione w arabskim i francuskim. Bezpłatną pomoc ofiaruje wysoki arab w białej galabii z kapturem, z charakterystycznym okazałym jednym zębem. Ma nawet przypięty jakiś identyfikator.  Biura są w kontenerach, Z wypełnionymi druczkami chodzimy od okienka do okienka. W każdym przybijają kolejną pieczątkę coraz ważniejsi urzędnicy. W deklarację celną wpisywany jest dokładnie z nr VIN każdy motocykl.  Potem wszystko sprawdzane.  Trochę to trwa, bo kolejki nikt nie przestrzega i wszyscy starają się do niej wpychać.  W końcu wszystko załatwione.  Bezpłatna pomoc okazuje się "płatna" oczywiście i ten jednozębny domaga się zapłaty. To stały numer w Maroku. Dostaje na odczepnego kilka euro.


                                                            COCA COLA

 

Ruszamy. Pierwszy widok który pamiętam, to rząd kilkunastu niebieskich,  starych Mercedesów - beczek jako taxi. Lekki bałagan przy wyjeździe, bo oczywiście wszyscy się strasznie śpieszą. Ciągły ryk klaksonów, który będzie już nam przez cały czas towarzyszył. Żaden manewr nie może się bez niego odbyć. W pobliskim miasteczku wymieniamy kasę w kantorze. Na pierwszym rondzie łapię lekki ślizg. W miastach, a osobliwie na rondach jest ślisko. Śliski, wypolerowany oponami asfalt pokryty pudrem kurzu. Wygląda niewinnie,      a naprawdę jest ślisko mimo, że sucho.  Po deszcze jeszcze śmieszniej!

Wybieramy trasę wzdłuż Morza Śródziemnego przez Góry Rifu. W miasteczku, którego nazwy już nie pamiętam,  zatrzymujemy się na tankowanie w stacji Shell ?!  Andreas, który ma niezwykły dar nawiązywania natychmiastowych kontaktów wdaje się w rozmowę z właścicielem stacji, który nawet zaprasza nas na kawę. Dziękujemy ale nie skorzystamy, gdyż okazało się, że pomyliliśmy drogę i musimy się wrócić ok. 30km. Szkoda czasu. Wracamy zatem. Ja często staję by robić foty, potem gonię towarzystwo.                            Po drodze usiłują nas zatrzymywać sprzedawcy haszu. Ten rejon Maroka to zagłębie produkcji tego narkotyku, który jest sprzedawany półlegalnie.   Formalnie zabroniony, ale proceder praktycznie nie ścigany.                                                                                     Dojeżdżamy do miejsca, które już wcześniej mijaliśmy. Na zakręcie drogi w lewo jest zorganizowana "myjnia samochodowa". Woda ze strumienia w górze płynie pod pewnym ciśnieniem przez wąż gumowy. Na poboczu usługowo myją auta. Asfalt jest mokry i pofałdowany. Wchodzę w zakręt zbyt szybko, chociaż to pewnie tylko ze 50km/h. Uślizg przedniego koła i ląduję  przez piaszczyste pobocze, takie szerokie na jakieś 10m , w rowie      Uderzyłem tyłem kasku w podłoże tak, że pękł. Na szczęście - bo przejął część energii. Po chwili odzyskuję przytomność i widzę przed sobą mojego GSa, który stoi pionowo oparty cylindrami o betonowe brzegi rowu. Jacyś ludzie pomagają mi wstać. Bolą mnie plecy na wysokości pasa!  Ale ręce i nogi mam całe. Obolały, trochę w szoku oceniam straty. Nie jest dobrze. Kufer centralny połamany. Klamka sprzęgła złamana, ale najgorsze jest przełamanie lewej pokrywy zaworów. Jest podłużny wgnieciony otwór wielkości połowy patyka od lodów i długości ok.5 cm, ale z jednej strony to wgniecenie trzyma się reszty pokrywy. No to mamy problem ! Wtedy jeszcze myślałem "mamy", a nie "mam". Ale o tym potem.

    I co dalej? Jedynym   "znajomym"  w Maroku dzięki Andreasowi był właściciel Shella w tym miasteczku. Więc wraca po pomoc.   Po godzinie pomoc nadciąga. Przyjeżdża pickup z dwoma arabami. Motor ładujemy na pakę, mnie do kabiny i jedziemy. Właściciel  Shella zaprasza nas do siebie do domu!  Będziemy jego gośćmi, możemy u niego nocować i zastanowimy się co dalej z tak pięknie rozpoczętym dniem ?                                                    Ma duży dom, piętrowy. Cały wewnątrz wykończony kafelkami. Na podłodze w salonie dywany, pod ścianami dużo poduch. Kanapa i okrągły stół. Już u niego w domu na tej kanapie tracę na chwilę przytomność. Wiezie mnie do lekarza.                                            To małe miasto, ale jednak miasto. Tak ubogiej przychodni nie znajdziesz u nas w najmniejszej wsi.  Biały, metalowy stół i szafka z drewnianymi pólkami z nieheblowanych desek. Na nich kilka opakowań medykamentów.                                                                             Lekarz ? Sympatyczny. Można się z nim dogadać po rosyjsku,  bo studiował w Moskwie. Sprawdza mi kąt widzenia każąc patrzeć na wyciągnięte  na boki kciuki. Jest OK.  Zrobić skłon - to w związku z urazem kręgosłupa - bo już zrobił mi się krwiak na plecach.  Daję radę.  Wygląda, że też OK. Ale powinno się zrobić RTG. Najbliższy rentgen 140km !!! Odpuszczam. Wracamy do domu naszego gospodarza.

Próbuję telefonicznie znaleźć jakiś transport z Hiszpanii do Polski. Przede mną dwa etapy powrotu: przez Maroko do Ceuty i promem do Europy i dalej  z portu w Hiszpanii do Polski. Dzwonimy najpierw do Ambasady Polski do Rabatu. Nawet ktoś odebrał telefon! Ale nie mogą  (czytaj nie chcą ) mnie pomóc w żaden sposób - co zresztą było do przewidzenia znając sprawność i zapał zapał naszych władz do pomocy rodakom za granicą.Obdzwaniam znajomych transportowców w Przasnyszu, który jest zagłębiem firm transportowych największym w Polsce. Nic tego ! To przecież tuż po Świętach. Wszystkie wozy są w kraju. Kierowcy zjechali do rodzin . Jestem w czarnej dupie !                           W tym czasie nasz gospodarz zabiera resztę mojego towarzystwa, żeby pokazać plantację i magazyn haszu !!!.  Podobno leżały tam całe paczki towaru gotowe do transportu  i stało kilka nowych samochodów przykrytych szmatami. Oczywiście pojawiła się propozycja "współpracy", ale nikt się na szczęście nie zdecydował. Ani na dużą, ani na małą skalę.     W drodze powrotnej celnicy hiszpańscy z psami sprawdzali nasze bagaże. To tak ku przestrodze, gdyby ktoś chciał próbować !!!

Pozostał zatem problem mojej ewakuacji do Polski.                                                        Tu padło stwierdzenie, ze strony moich -  jak mi się wydawało do tej pory  kolegów - które mnie powaliło:  -że mają krótkie urlopy i najlepiej jak bym sobie sam jakoś poradził !       Nie chcę tego komentować, bo chyba nie trzeba !                                                              Poprosiłem ich zatem tylko, żeby jakoś uruchomili mi motor. Podobno na prom trzeba wjechać o własnych siłach. Chociaż tyle niech zrobią!                                                        Kufer jakoś przymocowali na paski i ekspandory. Klamkę sprzęgła złożyli na klej, patyki i trytki. Pokrywę zaworów skleili na poxipol.                                                                       I mimo, że wydaje się to niewiarygodne pokrywa była szczelna przez całą wyprawę ,         a zaczęła się tylko  " pocić"  dopiero w drodze powrotnej od Berlina ! A przecież miejsce klejenia trudno było nawet porządnie odtłuścić.  Od tamtego czasu poxipol wożę  zawsze ze sobą.                                                                                                                                    Okazało się, że od biedy moim GSem da się jechać.


                                                           KOZI  ŁEB

 

  Gospodarz zaprosił nas na kolację przygotowaną przez jego żonę której głos słyszeliśmy, ale która nie pokazała nam się ani razu. Zaprosił też na kolację swego chyba szwagra. Rozmowa po niemiecku, bo tam pracował jakiś czas i zna język.                                    Posiłek był w stylu arabskim, tzn. na jednej dużej metalowej tacy były ułożone frytki, na nich jakieś mięso z sosem, jajka sadzone. Jedliśmy bez sztućców, starając się nie używać lewej - nieczystej w/g ich zasad dłoni. Nieczystej, bo lewą ręka się podmywają. Ale ta "nieczystość" ma znaczenie religijne, nie tylko higieniczne.                                          Brało się w palce prawej ręki kilka frytek, maczało w sosie lub jajku i do ust. Z początku było OK, bo każdy jadł od swojej strony. Jak jedzenia ubyło i wszyscy sięgali już z jednego miejsca po środku  ( a ręce gospodarzy nie lśniły czystością )   - było już trochę mniej przyjemnie.

Na noc rozłożyli nam te poduchy, które leżały pod ścianami i jakoś przekimaliśmy.      Bolały mnie plecy, ale zmęczony, dobrze po północy dałem radę zasnąć.  Cały czas myślałem co dalej mam robić, skoro praktycznie jestem zdany sam na siebie. Raczej kiepsko mi się spało.                                                                                                            Rano podjąłem decyzję. Mimo, że poobijany i cierpiący uznałem, że nadaję się do jazdy,     a motor też powinien wytrzymać. Towarzyszom oświadczyłem, że jadę dalej z nimi, a jak mi się coś przydarzy,  to po prostu mnie zostawią - skoro im żal urlopu - i jakoś dam sobie radę.  Nie ukrywam, że żal mi było egzotycznej wyprawy, przerażały kłopoty logistyczne przy nieznajomości języków - a chciałem im też pokazać, że mam ich w dupie i nie wymiękam.



Gdy żegnaliśmy się gospodarzem, ktoś zaproponował, że mimo iż zapraszał nas jako swoich gości i najwyraźniej nie cierpiał biedy - może trzeba mu zaproponować jakieś pieniądze. Wydawało mi się to nietaktem wobec gospodarza  (muzułmańska podobno gościnność i  szacunek dla podróżnych !?), ale żeby nie uznali mnie za skąpca wyjąłem 50 euro i daję gospodarzowi. On nie tylko, że je przyjął, ale wziął je w dwa palce za rożek i rzucił na stół dając do zrozumienia, że to za mało !!!                                                                        OK. Teraz wy mu dopłaćcie - w końcu nie tylko ja jadłem i spałem u niego. Udali, że nie rozumieją o co mu chodzi.




Trochę niepewnie wsiadłem na swojego połatanego GSa i ruszyliśmy w drogę.  Po kilku minutach ujawnił się mały problem. Zablokowało się grzanie manetek i to w pozycji max.   W upale jaki nam towarzyszył dawało mi się to we znaki. Nawet przez rękawice trudno mi było utrzymać rozgrzaną manetkę.  Dopiero na drugi dzień udało się je odłączyć. Mała rzecz - a cieszy!  Z każdym kilometrem czułem się pewniej, może też i dlatego, że myśli miałem zajęte prowadzeniem.

 Następny nocleg wypadł w Fes. To stare, historyczne miasto z dużym bazarem i medyną - czyli starym miastem. Do hotelu zaprowadził nas jakiś gość ma motorowerze, który przechwycił nas już na przedmieściach.                                                                            Hotel był klimatyczny, taki prawdziwy arabski niskiej kategorii -  raczej nie dla turystów. Położony już wewnątrz murów miejskich,  ale blisko bramy wjazdowej. Na piętrze pokoje, wewnątrz pusta przestrzeń.  Dwuosobowy pokój dla małżeństwa wyglądał w ten sposób, że było żelazne łóżko dla faceta i siennik na podłodze dla kobiety.  Brudny, ciasny kibelek z prysznicem, brudny zlew z zimną wodą. Ale niewątpliwie było tanio. I stylowo!                      Mieliśmy problem co zrobić z motocyklami. Uliczka wąska, duży ruch.  Polecili nam wielki garaż po drugiej stronie ulicy. Stało tam pełno przenośnych kramików, ryksz i tobołów. Pilnował tego jakiś arab.  Nie wyglądało zachęcająco, ale nie było właściwie innego  wyjścia. Zostawiliśmy je u niego na noc  (odpłatnie)  i nic im się nie stało. Rano tylko przy wyjeździe było sporo przestawiania, bo wieczorem przybyło dużo miejscowych pojazdów, które nas pozastawiały.

Idziemy na zwiedzanie bazaru i medyny. Od razu przyplątał się jakiś gość, który oferował się, że bezpłatnie oprowadzi nas po mieście. Chodziliśmy od kramu do kramu, bo wszędzie jego "kuzyn" miał mieć niewiarygodnie tanie rzeczy.                                                 Widzieliśmy z góry, z tarasów prastare farbiarnie skór, podobno jeszcze z XI wieku. To duże betonowe, czy raczej może gliniane pojemniki, tak na oko2 x 2 metry. W każdym inny kolor farby, w niej zanurzone skóry i te skóry nogami ugniata pracownik, który w tej farbie stoi cały dzień.  Smród   (amoniaku?)  nieziemski.  Dają nam gałązki mięty żeby trzymać je w zębach pod nosem, bo wtedy zapach mięty łagodzi ten smród. 

 Nie zapomnę wizyty u kolejnego "kuzyna" naszego przewodnika, który handlował dywanami. Zaprowadził nas do jakiegoś domu w którym była tkalnia? dywanów; były krosna i tkaczki - chociaż miałem wrażenie, że to nie był prawdziwy warsztat,  tylko taki na pokaz dla turystów.  Potem przeszliśmy do pomieszczenia na piętrze, gdzie odbywała się sprzedaż. Bardzo uprzejmy właściciel posadził nas pod ścianą, zaproponował kawę , herbatę i rozpoczęła się rozmowa. Wypytywał nas skąd jesteśmy, jak mieszkamy, czy mamy duże domy itp. Zbierał w ten sposób informację, kogo da się ustrzelić jako klienta.   Tylko Darek nie załapał o co chodzi i pochwalił się własnym domem.  Pozostali raczej wyczuliśmy niebezpieczeństwo i przysięgaliśmy, że mieszkamy w blokach i mamy bardzo małe mieszkania i dużo dzieci.  Pomocnicy niestrudzenie wykładali i rozkładali coraz to nowe dywany.   Duże i małe, a właściciel od niechcenia pytał który się Darkowi podoba i odkładał go bez słowa na bok. Tych dywanów i dywaników były poukładane setki,  aż pod sufit. Wyłożyli nam do oglądania co najmniej z 50. Trwało to z godzinę. Potem jeszcze raz pokazywał Darkowi te odłożone i prosił, żeby wskazał, który mu się najbardziej podoba i jak on go wskazał, zaczął się rytuał targowania.  Za ten wskazany zażądał coś koło tysiąca dirhamów i spytał się Darka czy cena mu odpowiada. Darek, że nie chce wcale kupować, ale po naleganiach zaproponował, że może dać 100. Wtedy gość obniżył cenę do 800 i zaproponował napoje. My już chętnie byśmy się wycofali, ale nasz przewodnik dyskretnie się ulotnił, a bez niego nie trafilibyśmy do hotelu.  Darek na odczepnego znowu powiedział 100, właściciel się obruszył, ale widząc twardego zawodnika obniżył cenę do 500. Zaczęło się robić nieprzyjemnie i chętnie byśmy skończyli te targi.                                                 Tłumaczenia Darka, że nie ma jak zabrać dywanu na motor na wiele się nie zdały, bo właściciel złożył go w małą paczkę. Te dywany nie są takie sztywne jak te naszej produkcji z Kowar i dają się spokojnie składać w kostkę. Gdy Darek tłumaczył, że i na to nie ma miejsca, a cena spadła już do 100 i właściciel zaręczał, że wyśle paczkę statkiem - nie pozostało nic innego jak dać nogę, gdyż obsługa zrobiła się nieprzyjemna i poczuliśmy się wręcz  zagrożeni.                                                                                                            Wtedy na szczęście znalazł się  nasz przewodnik i pośpiesznie opuściliśmy budynek.   Długo chodziliśmy jeszcze po bazarze  mimo,  że miałem już dosyć, gdyż każdy krok czułem w plecach.                                                                                                                Utkwił mi obraz ostrzyciela noży, który urzędował w takim wgłębieniu w murze, który trudno nazwać kramem, o wymiarach tak ze 2 metry na metr, w którym siedział w kucki nie mogąc się nawet wyprostować i kręcąc kołem - jak na filmach z naszych przedwojennych podwórek coś tam ostrzył.                                                                         Na koniec na nasze życzenie, nasz przewodnik zaprowadził nas do restauracji,  gdzie dają legalnie piwo. Po drodze mijaliśmy już najbiedniejszą część bazaru.  Na płachtach były rozłożone stare podarte buty, odzież.  Było też "stoisko", ze starym niedojedzonym chlebem w kawałkach. To była prawdziwa bieda jakiej jeszcze w życiu nie widziałem.                   Tam zjedliśmy europejski obiad z piwem. Naszego przewodnika ugościł  właściciel na swój koszt, bo był wdzięczny za przyprowadzonych klientów. Wieczorem odprowadził nas do hotelu i tu okazało się, że darmowa z początku przysługa została wyceniona przez przewodnika na 100 EUR. Ostatecznie dostał 20 i propozycję, że możemy dołożyć mu po kopie w dupę.  Chyba zrozumiał - oni mają zdolności językowe - bo chociaż coś burczał pod nosem - dał nam spokój. Trochę się baliśmy co z tego wyniknie, ale na tym skończyło. Kładłem się spać mocno zmęczony chodzeniem i obolały.                                                   Przypominam sobie, jak o świcie zbudził mnie śpiew muezina. Nie mogłem już zasnąć        i  wtedy naprawdę dotarło do mnie , że jestem w kraju arabskim i gdy nie dam rady jechać motorem i padnę ja lub motocykl - po doświadczeniach z przewodnikiem wiedziałem, że bezinteresowni Arabowie obedrą mnie z pieniędzy zanim dotrę do Ceuty do Hiszpanii.  Nastał jednak dzień i czarne myśli mi minęły.

Następny był Marakesz i oczywiście wieczorne zwiedzania Placu Straceń czyli Jemaa el Fna.  Wtedy jeszcze był ( w miarę ) prawdziwy koloryt tego miejsca.                               Poza kramami z jedzeniem, były jeszcze usługi. Na dywanie był np. rozłożony dentysta ze swoim gabinetem, który od ręki usuwał zęby. Co lepsze okazy zębów były wyłożone obok jego narzędzi tortur. Dla mnie wątpliwa reklama, ale co kraj - to obyczaj.                            Obok zaklinacz węży gra na flecie, a kobra tańczy w plecionym koszyku. Gdzie indziej sprzedają pamiątki - wszystkie "oryginalne i bardzo stare". Oczywiście w "speszial prajs for ju brader".   Grają na bębnach zespoły muzyczne z głębi Afryki w prawdziwych afrykańskich rytmach i swoich barwnych strojach.  Dalej opowiadacz bajek w białej galabii i czerwonym fezie z frędzelkiem otoczony tłumem słuchaczy coś deklamuje. Po każdej strofie klaszcze w dłonie i odwraca się w innym kierunku.  Obok, ktoś inny zachwala swoje towary.                                                                                                                                                                                      Wszystko to obserwujemy najpierw chodząc po placu, a potem z tarasu restauracji.  Zaraz obok jest wejście na bazar.                                                                                           Zadziwiająca jest spostrzegawczość obecnych, którzy są w stanie wychwycić każdą najbardziej wydawałoby się dyskretną próbę fotografowania. Natychmiast cię zauważą i nachalnie domagają się pieniędzy. Tłum jest różnobarwny, głośny i tętni tymi afrykańskimi rytmami wybijanymi na bębnach.  Na mnie zrobiło to wtedy ogromne wrażenie.  Byłem w tym miejscu ciągnięty tymi wspomnieniami jeszcze kilka razy, ale za każdym razem było coraz bardziej komercyjnie. Nie było też chyba  tego uroku nowości wrażeń jak wtedy.


 

Najbardziej na południe Maroka dojechaliśmy do końca drogi asfaltowej,  do miejscowości Erfoud.   Dążyliśmy tam, bo w okolicy  są najwyższe sięgające 100 m wysokości prawdziwe, piaszczyste  wydmy.  Zamieszkaliśmy w małym hoteliku, a motocykle stały na zapleczu w magazynie przy betoniarni. Nie był to dobry pomysł, bo były potem całe w pyle cementowym, a jak popadało.....                                                                                     Zaproponowano nam wyjazd dżipem,  (który okazał się Toyotą)  na pustynię, na obejrzenie wschodu słońca. Musieliśmy wstać bardzo wcześnie, jeszcze ciemną nocą, bo dojazd na wydmy,  miał trwać około godziny. Po pobudce okazało się, że nie możemy opuścić hotelu, gdyż krata na drzwiach wejściowych jest zamknięta na kłódkę i nie ma nikogo z obsługi. Trwało to trochę zanim udało nam się opuścić hotel.                                                        Jazda w ciemnościach po pustyni robiła wrażenia głównie z tego powodu, że było tam mnóstwo wyjeżdżonych śladów kół,  a nasz kierowca jakimś znanym sobie sposobem odnajdywał właściwą drogę w tej plątaninie. Przecież tam nie ma żadnych punktów orientacyjnych jak np. drzewa czy domy i w dodatku było ciemno!                                     Na miejscu było obozowisko utworzone z dużych namiotów, była nawet czynna restauracja, chociaż dalej było jeszcze ciemno i bardzo wcześnie.  Nasz kierowca był rozczarowany, że nie chcemy zajrzeć do restauracji, bo przecież za każdego klienta dostawał działkę.  W ciszy by budować nastrój wdrapaliśmy się na wydmę i czekamy na pierwszy promień słońca. Po kilkunastu minutach jest!!! I tu nasze zupełne zaskoczenie.           Wydawało nam się, że jesteśmy sami na tej pustyni, a tu zabłysły dziesiątki fleszy z okolicznych wydm i nastrój prysnął.                                                                                       W drodze powrotnej z bliska zaobserwowałem, że pustynia, która z daleka wydaje się płaska jak klepisko i zachęcająca do off roadu, w rzeczywistości usiana jest kamieniami różnej wielkości i  wcale nie taka przyjazna.

 W drodze powrotnej wracając już na prom dojeżdżamy gdzieś do samego wybrzeża Atlantyku. Oczywiście zjeżdżamy na plażę. Darek najdalej, bo wjechał aż w wodę. Robi fotę i usiłuje wyjechać. Usiłuje, gdyż mokry piach tak zassał motocykl przez tę małą chwilę, że po próbie ruszenia od razu jest zakopany do połowy koła. Dramat polega na tym, że jest przypływ i woda powoli, ale się podnosi. Nas jest niby trzech do pomocy, ale nie mamy jak postawić swoich motorów na piachu plaży bo się poprzewracają. Gdyby nie pomoc przypadkowych przechodniów, którzy z poświęceniem pomagali wypchać motor z wody i piachu - chyba już by tam został na amen.  Wyglądało to naprawdę dramatycznie.               Droga powrotna odbyła się na tych samych zasadach co dojazd. Czyli do Narbonne i Berlina.

 Po powrocie do domu udałem się do szpitala, gdzie założono mi dren i ściągnięto z tej poduszki na plecach, która mi się zrobiła w miejscu uderzenia - coś ponad 500ml krwi.       Z drenem i plastykowym zbiorniczkiem chodziłem jeszcze przez dwa tygodnie. Nawet teraz po tylu latach,  jak jadę po wyboistej drodze, czuję na plecach tę poduszkę, która jakby nie zrosła się z ciałem i trzęsie się  swoim rytmem jak mini plecaczek.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1