15. RUMUNIA - JAKA JEST ?
Przez Rumunię wielokrotnie jeździłem w latach 70tych i 80tych w drodze do Bułgarii na coroczny urlop. Nie uwierzycie, ale w tych czasach w górach, w biednych rejonach można było zobaczyć arbę na wielkich drewnianych kołach, zaprzężoną w parę białych wołów w drewnianych jarzmach. Nie był to częsty widok , ale kilka razy się zdarzyło. Znajomi i wtedy i czasem obecnie, na wieść o kierunku wyprawy zdają pytanie: chcesz żeby cię okradli? Zatem od początku.
Pierwsza opowieść dotyczy jazdy PF 126p - jak na owe czasy przystało. Rumunia. Zbliżał się wieczór, szukaliśmy miejsca na rozbicie namiotu i moją uwagę zwrócił zaparkowany na łące również PF126p, a obok niego radiowóz. Zatrzymałem się, bo może trzeba pomóc? Okazało się, że nasz krajan ma awarię - pękło łożysko w przednim kole.
Była to typowa awaria w tych czasach, gdyż maluch miały łożyska stożkowe w kołach, które dokręcało się z "czuciem", a nie jak klasyczne - mocno. Wskutek przegrzania pękały. Maluch nie był eksportowany do Rumunii, więc z częściami był problem, aczkolwiek łożysko to tzw. normalia i pasuje każde - byle rozmiar się zgadzał.
Radiowóz zatrzymał się przy nich, żeby im pomóc! Policjanci zabrali ze sobą kierowcę do miasta i jeździli z nim po sklepach, żeby znaleźć to nieszczęsne łożysko. I znaleźli. Miało być do odbioru na drugi dzień rano. Odwieźli gościa i pożegnali się z nami, bo postanowiliśmy, że rozbijemy się z namiotem obok nich. Za dobrą godzinę radiowóz znowu się pojawił. Policjanci z jakiegoś wesela przywieźli dla nas dwa kurczaki i rakiję !!! Na odjezdnym włączyli koguty i życzyli "buona notte". Rano pojawili się, żeby zabrać gościa do magazynu i go odwieźli. Nie chcieli przyjąć pieniędzy. Jego żona wrzuciła im przez okno jakiś scyzoryk szwajcarski, gdy odjeżdżali.
Kilka lat później byliśmy w Rumunii z grupą z Rajlawenpisu. W połowie wyprawy Jacek stwierdził, że w oponie ukazuje się płótno i trzeba na gwałt ją wymienić. Było to podwójnie trudne: motocykli wtedy było tam jak na lekarstwo, a do tego to było BMW LT - turystyk , który z tyłu miał nietypowy rozmiar opony bodajże 16". Jacek znalazł gościa, który zaoferował mu pomoc. To był jakiś zawodnik rajdowy (samochodowy). Po tę oponę pojechał ponad sto km do innego miasta i nie tylko ją przywiózł, ale pomógł jeszcze założyć - co też nie było proste. W tym mieście nie było maszyny do wyważania opon a, żeby zdemontować (rozkleić) z felgi starą oponę - musiał najeżdżać na nią kołem swojego auta. Jacek jeżeli płacił ( a nie pamiętam), to tylko za oponę.
Ze 4 lata temu na jednej z kolejnych wypraw do Rumunii najpierw Krzysiek z Częstochowy, który z żoną Zenią jechali na dosyć wysłużonym BMW LT stwierdził, że skończyły się hamulce. Okazało się, że pękł trójnik przy pompie. To było miasto średniej wielkości wprawdzie, ale serwisu motocykli BMW, czy jakichkolwiek motocykli nie było. Zajeżdżamy zatem do Forda. Szef zawołał mechanika, żeby zobaczył ten przewód hamulcowy i poszukał, czy czegoś takiego nie dobierze. Nie dobrał. Przewody hamulcowe samochodowe mają inne końcówki. Szef dzwoni do serwisu BMW w Bukareszcie. Mają, ale najwcześniej mogą dosłać na poniedziałek. Jest piątek po południu.
Jest w tym jakaś prawidłowość! Jak awaria - to prawie zawsze w piątek i po południu. Kilka razy już to ćwiczyłem. My cały czas siedzimy w recepcji, pijemy kawę i wodę na koszt serwisu, a trwa to długo. W końcu szef dzwoni do znajomego harleyowca. Ten przyjeżdża, ogląda uszkodzenie i stwierdza, że coś pomoże. Prowadzi serwis skuterów i coś dobierze. Krzysiek z żoną zostają żeby naprawić sprzęta, my jedziemy dalej, bo oni postanowili, że będą wracać do domu. Jedziemy na Transfogarską. Gdy znaleźliśmy się na górze - na samej przełęczy - w Sławka Yamasze ( ok. 3tys. km przebiegu-nowa) zdarzyło się coś, co nie miało prawa się zdarzyć. Urwała się linka sprzęgła, tak ze 3cm od klamki ! Gdy jeździłem Komarem-moim pierwszym dwukołowcem, nagminnie urywała się linka gazu, bo gaz był zawsze odkręcony do dechy, ale w Yamasze i to nowej?! Linka, które ma ze 4mm średnicy!
Na górze było tradycyjnie zimno i śnieg, więc Sławek założył trójkę, pchnęliśmy go i zjechał w dół, aż do skrzyżowania z główną drogą - gdzie jest zajazd; po prawej przy skrzyżowaniu. Tam wymyśliłem patent polegający na tym, że znaleziony pręt metalowy, przy pomocy panzertaśmy i trytek przymocowaliśmy do dźwigni sprzęgła wychodzącej z karteru. Pręt opierał się jednym końcem o obudowę i kolanem można było od biedy ze sprzęgła korzystać. No może tylko kilka razy, zanim się to wszystko nie poluzowało. Dojechaliśmy do hotelu, Sławek znalazł serwis KTM w pobliskim mieście i rano jedziemy po pomoc. Serwis nieczynny, ale odesłano nas do serwisu Nissana, który był w pobliżu . Dojeżdżamy do ich bramy i tu Sławek wywija w samej bramie takiego bączka, że wylecieli z biura wszyscy pracownicy, a mechanicy z warsztatu. Po prostu patent z prętem ostatecznie się rozpadł i Sławciu nie mógł wyłączyć jedynki. Gdy kurz opadł wszyscy rzucili się na pomoc, ale nic mu się nie stało. Referujemy widowni problem, ale niestety linki nie mają. Liczyłem, że może coś od hamulca ręcznego podejdzie? Wezwali jednak znajomego cyklistę, który przyjechał za pół godziny na rowerze i przywiózł zwój linek i końcówek do wyboru. Sprzęgło udało się prowizorycznie naprawić. Gość zażyczył sobie jakieś zupełnie symboliczne kilka euro. Pamiątkowa fota przy pechowej bramie i w drogę.
Tak więc z moich doświadczeń wynika, że na Rumunów można liczyć i są zwykle pomocni. Rumuni ! Bo w ich kraju żyje jeszcze druga liczna społeczność, która robi im koło pióra. Zawsze to podkreślają i trzeba o tym pamiętać.

Komentarze
Prześlij komentarz