14. WYPRAWA DO TURCJI z KAMILEM. 2008.
Przełom kwietnia i maja 2008 - jedziemy do Turcji. Na kołach. Skład : Jola na Kawasaki ER650F, Kamil z Julitą na Suzuki Bandit 650 i ja na Yamaha 1300FJR.
Wyjazd jest przygotowany logistycznie, po lekturze przewodników, trasa rozpisana na dni, ustalone punkty do zwiedzania i to nie na zasadzie redukcji do drugiego biegu i rozglądania się. Z chodzeniem na nogach włącznie! Był to jeden z niewielu wyjazdów przygotowany w szczegółach i się opłaciło. Dużo ciekawych miejsc widzieliśmy.
To była moja druga wyprawa do Turcji, ale pierwsza - to była tylko przejażdżka zapoznawcza. Ale zapamiętałem z niej życzliwość Turków dla cudzoziemców, gościnność i niskie ceny. Nie bez powodu do Turcji jeździły wcześniej tłumy naszych "biznesmenów", którzy cieszyli się tam uznaniem. Anglik kupował dwie pary dżinsów, Polak dwa kontenery. Nic dziwnego, że odnosili się do nas z sympatią.
Z pierwszej wyprawy pamiętam, że po wylądowaniu na ziemi tureckiej w Edirne zatrzymaliśmy się na kolację i nocleg. W BMW K100 Kuby z Częstochowy padł rozrusznik ( nie bez powodu twierdzę, że BMW są awaryjne) i pytaliśmy właściciela hotelu gdzie go można naprawić? Odpowiedział, że załatwi elektryka, a my mamy iść na kolację. Zaproszono nas do osobnej sali, gdzie nie wchodzili miejscowi - bo były z nami kobiety. Myśmy jedli , a po godzinie właściciel zameldował, że motocykl jest naprawiony i kosztuje to coś koło 10 EUR. Nie był to jakiś wielki remont, tylko wymiana szczotek, ale zawsze! Można? Można! Nic dziwnego, że miałem miłe wspomnienia i do Turcji mnie ciągnęło.
Jedziemy przez Słowację, Węgry, Serbię, Macedonię, Grecję.
Z Serbii pamiętam jak staliśmy przy stacji benzynowej - po drugiej stronie bar, lecz na jezdni podwójna ciągła. Oczywiście to nie przeszkoda tyle, że pojawili się policjanci z drogówki i rozstawili z fotoradarem. Widzieli, że nie możemy się zdecydować na przejazd po ciągłych i sami nam machali, żeby śmiało przejeżdżać do nich, a nawet wstrzymali ruch!!! Wcześniej zdarzało się, że policjanci pokazywali, żeby ich wyprzedzać, a raz jeden policjant drugiemu - z radarem- który już do nas się wybierał , zastąpił drogę i pokazał nam ręką tylko, żeby może by tak trochę wolniej ?
Z Grecji dostajemy się do Turcji na wysokości Edirne. Na granicy trzeba wykupić wizy po 19$ i wkleić do paszportu. Trochę formalności papierkowych, wpisywanie motocykli w formularze celne, itp. Promem płyniemy do Canakkale. Płynie kilkanaście minut. Płaci się za pojazd coś ok . 20zł za motor.
Kamil po drodze parę razy łapał shimmy - nie tylko w deszczu. Utwardzamy przednie zawieszenie. Mniej wygodnie bo trzęsie, ale zdecydowanie pomaga. Wieczorem większość kierowców jeździ bez świateł! Trzeba uważać. Włączają (niechętnie) jak jest już zupełnie ciemno.
Zachodnie wybrzeże Turcji usiane jest ciekawymi miejscami, związanymi z początkami chrześcijaństwa. Tu podobno chronili się apostołowie przed prześladowaniami, tu dokonała żywota Maria. Są zachowane zabytki z epoki cesarstwa rzymskiego. Jednym słowem warto coś zobaczyć:
TROJA: wbrew temu co powyżej - tak naprawdę nie ma nic ciekawego do oglądania. Trochę odkopanych fundamentów i drewniany koń wysokości ok. 10m do którego można wejść i zrobić foty. Oczywiście współczesny. Ale miejsce szczególne. Nie polecam.
PERGAMON: w pobliżu miasta Bergama. Ruiny akropolu położone na wzgórzu. Dojazd stromą i bardzo krętą drogą.Widok busa z przeciwka budzi grozę. Ładny widok na okolicę.
MERYEMANA: miejsce, gdzie żywota miała dokonać Maria. Trudno trafić. Mały kamienny domek. W szparach muru mnóstwo kartek z prośbami?
DIDIM: ruiny akropolu. Resztki kolumn o średnicy ok. 1,5 - 2m.. Robią wrażenie. Trudno sobie wyobrazić jakie musiały być potężne w czasach świetności. Świątynia Apollina.
EFEZ - to już koniecznie trzeba zobaczyć. Ruiny rzymskiego miasta. Zachowane fragmenty kolumn, amfiteatr. Trzeba poświęcić min, 2 godz. na szybkie zwiedzanie. Bilety. Na miejscu parking, restauracje, pamiątki.
W Didim spotkała nas zabawna sytuacja. Przed hotelem nie było gdzie zaparkować i wskazano nam miejsce w osuszonym basenie! Zjechaliśmy w dół po desce położonej na schodach. Rano okazało się, że ktoś zaparkował tak, że nie możemy wyjechać. Poszukiwania właściciela nie dały rezultatu, więc zdecydowaliśmy się na jazdę dolmusem do ruin świątyni Apollina. Dolmus to busik, który wozi ludzi po dosyć nieokreślonej trasie, w zależności od tego, kto wsiądzie i gdzie chce jechać. Zatrzymuje się na każde żądanie. Jest ciasno, bilety sprzedaje - wróć! - pieniądze pobiera, bo nie ma biletów - kierowca. Te pieniądze podawane są z rąk do rąk ponad głowami pasażerów i docierają do kierowcy.
Zachodnie wybrzeże zajęło nam 2-3 dni, po czym kierujemy się na płn. wschód do Pamukkale. To wspaniałe miejsce, które w Turcji trzeba zobaczyć. Internet daje wyobrażenie o co chodzi? To wapienna biała skała, która jak budyń jakby "spływa' w dól. Są tam ogromne misy - kilka- kilkanaście metrów średnicy, wypełnione wodą o błękitnym kolorze. Można tam wjechać od góry lub od dołu.
Na dojeździe atakuje nas Turek na skuterze, który koniecznie chce nas zaprowadzić do hotelu. Jest namolny, jedzie obok nas, zajeżdża drogę, plącze się pod kołami. W końcu zaczynam kopać jego skuter, ale on nie odpuszcza.
Pierwszy raz jak byłem w Pamukkale można było dojechać na miejsce z góry, przez dawną nekropolię. Teraz okazuje się, że nie ma dojazdu. Jedziemy w dół. Turek już na nas czyha. Poddajemy się. Hotel okazuje się znośny, z małym basenikiem i w dobrej cenie. Obie strony zadowolone . Dopiął swego, a my też zadowoleni. Idziemy do tych mis, do głównego miejsca. Można brodzić w tych misach z błękitną wodą. Jest kamienny basen, gdzie kąpała się Kleopatra. Też można, tyle , że odpłatnie. Jeszcze wyżej są ruiny Hieropolis - starożytnego miasta. Zwiedzanie całości zajmuje kilka godzin. Wieczorem jemy kolację. Jola stawia i robi błąd. Hotel tani, za to zdarli z niej za kolację. Muszą wyjść na swoje. My nie koniecznie.
Dalej podążamy w kierunku Kapadocji, która jest naszym celem. Kolejne miejsce do zobaczenia w okolicach miasta Aksaray i Nigde - dolina rzeki Ihlara. Nocujemy w hotelu, czy bardziej agroturystyce. Zimno. Do kolacji zamawiamy rakiję o wyraźnie anyżkowym smaku. Podają w szklaneczkach. Po dodaniu anyżu robi się biała. Dosyć obrzydliwa, ale na bezrybiu....
Rano syn gospodarza podwozi nas do wejścia do wąwozu. Wejście płatne, ale tanio. Idzie się wzdłuż niewielkiej rzeczki Ihlary. W zboczach widać, niczym nie zabezpieczone kościoły i kapliczki w naturalnych grotach. Każdy może wejść do środka. Na ścianach freski w różnym stanie, z okresu wczesnego chrześcijaństwa, najstarsze z IV w !!! Zachowane kolory i złocenia.
W drodze powrotnej foty z osłem, który stoi samotnie na łące Nagle zaczyna strasznie ryczeć. Alarm mu się chyba włączył.
W miasteczku zamawiamy kebab. Prosimy o herbatę. Zamówienie przyjęte bez mrugnięcia okiem. Widzimy jak właściciel wysyła chłopaka na drugą stronę ulicy. Po chwili chłopak wraca, na tacy wiszącej na potrójnym łańcuszku niesie od sąsiada typowe, wąskie w talii szklaneczki z herbatą. Nie ma, że nie ma!!! Prawdziwa TURCJA tak wygląda. Tu poczęstują cię herbatą na stacji benzynowej. Dobrą, pyszną - wszędzie. We Włoszech wszędzie kawa jest dobra lub jeszcze lepsza. A tu herbata.
Następny etap Goreme. To serce Kapadocji, która jest naszym celem. Dominują tu formy skalne w kształcie maczug czy jak kto woli - penisów. Niektóre wyglądają jak grzyby z kapeluszami. W skalnych ścianach groty skalne. Kiedyś zamieszkałe. Niektóre jeszcze do dzisiaj. W niektórych są hoteliki. Zbocza miejscami wyglądają jak ser szwajcarski. Na mieście znajdujemy pracownię ceramiki. Robią przepięknie malowane wyroby. Talerze, dzbanki - głównie w niebieskich odcieniach. Kupujemy piękny kafelek do powieszenia na ścianie. Tylko on ma szansę na przetrwanie podróży motocyklem.
Ale główną, nieoczekiwaną atrakcją jest lot balonem. Lecimy z Jolą. Start o świcie, gdyż wtedy są prądy wstępujące. Organizuje to jakieś biuro, podsyłają nas do nich z hotelu. Oni dowożą nas na pole startowe za miastem. Na miejscu, tych balonów jest już kilka. Zawsze byłem ciekawy jak taki balon napełnia się po rozłożeniu , gdy leży jak flak na ziemi? Otóż mają duże dmuchawy spalinowe , które podstawiają pod rozwarty dolny otwór balonu i gdy powietrze trochę go wypełni dopiero odpalają palniki gazowe. Gondola jest duża, wchodzi z 10 osób. To znaczy, że dźwiga ok. 800kg plus 4 duże butle z gazem. Sporo ! Startujemy - słychać tylko hałas płomieni i wznosimy się majestatycznie. Gdy podgrzewacze gasną jest absolutna cisza. Niesamowite wrażenie. Wiatr niesie nas w kierunku skał. Widok z góry jest przepiękny, a wokół płyną inne kolorowe balony. W pewnym momencie kosz uderza o skałę. Okrzyki strachu pasażerów ale myślę, że to było celowe. Lądowanie odbywa się na platformie samochodu, który kilka razy musi nas gonić i zmieniać położenie, gdyż wieje i nas niesie. Zniża się, z góry rzucają liny, obsługa naziemna przy ich pomocy umieszcza balon na aucie i zwija powłoki. Wiozą nas na miejsce startu. Każdy dostaje imienny certyfikat , że go zrobili w balona. Koszt chyba 150EUR za dwie osoby. Goreme z pewnością warto zobaczyć !
.Z Goreme jedziemy dalej na wschód w kierunku miasta Nigde, gdzie znajdują się pamiątki po Hetytach. Ogromne kamienne głowy. Pogoda jednak się załamuje, któregoś dnia rano jest lód na siedzeniach motocykli. W nocy był przymrozek. Jola wprawdzie świetnie sobie radzi na motorze, ale to dla niej stresujące - tym bardziej, że trafiamy też na roboty drogowe, na jezdni jest błoto i ślisko w związku z tym. Zawijamy w tej sytuacji w stronę domu. Zimno. Znajdujemy schronienie w hotelu. Pali się kominek. Możemy się ogrzać i wysuszyć.
W drodze powrotnej omijamy Ankarę i dążymy do Stambułu. Stambuł to ogromne miasto szacowane na 15mln mieszkańców i ogromny ruch w nim panuje. Dosyć sprawnie przejeżdżamy przez most nad Bosforem i jesteśmy ponownie w Europie. Kierujemy się do centrum, do Hagia Sophia. Dosyć sprawnie tam docieramy i teraz tylko trzeba znaleźć nocleg. Nie jest łatwo. To jeszcze nie era mobilnego internetu i sprawdzamy hotele znalezione w GPS. Duży problem, bo to tydzień w którym są wyścigi F-1 na nowym torze w Stambule i ekipy dawno już pozajmowały hotele. Robi się kiepsko i na poważnie zastanawiamy się, czy nie będzie noclegu w parku. Ze Stambułu przecież nie zrezygnujemy. Na pociechę robimy sobie fotę z patrolem policyjnym na motocyklach. To lekkie enduro Hondy, a jeżdżą po dwóch na jednym - co jest bardzo rozsądnym rozwiązaniem. W razie potrzeby jeden zostaje przy motorze, drugi trzyma złapanego kolesia. Na pewno lepszy pomysł niż ciężkie BMW RT w jednoosobowej obsadzie.
Podchodzi jakiś gościu i proponuje tani nocleg, podobno w hotelu tuż obok. No może 200m stąd. Coś za pięknie, żeby było prawdziwe. My już nie mamy siły , ale Kamil idzie z nim sprawdzić ten hotel, tak dla spokoju sumienia. I cud! Jest hotel, są miejsca, jest tanio i ze śniadaniem. Świetnie położony. Wszędzie blisko. Bingo!!! Od jutra zwiedzanie.
Na pierwszy ogień Hagia Sophia. Potężny budynek z charakterystycznymi minaretami. W środku zaskoczenie, bo jest pusto, panuje półmrok. Nie ma obrazów, jedynie na ścianach są resztki mozaik. W czterech rogach wiszą ogromne okrągłe czarne tarcze z cytatami z Koranu. Na środku wisi ogromny żyrandol. Dziesiątki żarówek. Można wejść do góry na galerię i z bliska zobaczyć kosteczki mozaik. Trwają jakieś renowacje, stoją rusztowania . Ludzi nie za wiele.
Niedaleko jest Błękitny Meczet . Jak łatwo zgadnąć - nazwa od koloru mozaik. Zwiedzamy Wielki Bazar i Bazar Egipski. Największe wrażenie wzbudzają stoiska z ziołami i przyprawami. Szał kolorów i zapachów. Drugie szaleństwo to stoiska ze słodyczami. Wybór ogromny. Z reguły przeraźliwie słodkie. Na Egipskim kupuję zegarek Schafhausen WCI - "original copy "! Automat. I cena atrakcyjna. Chodzi do dziś, chociaż kalendarz skończył się na 2012 roku.
Następnego dnia Topkapi: skarbiec, harem. Cysterny podziemne na wodę. Ogromne - znane z filmu na podst książki Dana Browna - Inferno.
Jedyna rzecz, której nie udało się zobaczyć, to taniec derwiszów. Cóż? Warto mieć pretekst, żeby jeszcze raz przyjechać. Droga powrotna przez Bułgarię i Rumunię. Na obwodnicy Bukaresztu tragedia. Jezdnia fatalna, ciemno, mokro, nie możemy znaleźć żadnego hotelu. Duży ruch TIRów Po wielu próbach znajdujemy jakiś hotelik, chyba w remoncie. Dziwne pokoje z wanną z jacuzzi w rogu. To chyba jakaś agencja w trakcie remontu. Niech będzie i agencja, byle już można było iść spać, bośmy zmęczeni. Rano kręci się jakaś ekipa. Są zdziwieni, że domagamy się śniadania. Coś tam dla nas znajdują, biorą kasę. Coś nam się wydaje, że to fachowcy wynajęli nam kwaterę. Oryginalne miejsce na zakończenie wyprawy.
Posumowanie: 17 dni, 7500km, wiele wrażeń,wiele widzieliśmy. TURCJA JEST SUPER !!! STAMBUŁ ZAJEBISTY !!! POLECAM !!!



































Komentarze
Prześlij komentarz