13. RAJD DO RZYMU Z RAJLAWENPIS. 2005r

  W roku 2005  mamy zaplanowany wyjazd do Rzymu.  Część grupy z  Piotrem startuje z Warszawy spod Kolumny Zygmunta.   Część ma czekać na granicy w na wysokości Cieszyna.  Ja z Jolą czekamy na granicy.  Czekamy, czekamy i cisza.  W końcu przychodzi wiadomość: przed granicą Piotr miał wypadek. Jedziemy na miejsce zdarzenia. Piotra już zabrało pogotowie do szpitalu  do Bielska Białej - skąd pochodzi i gdzie ma rodzinę. Na miejscu ładują motocykl na lawetę.  W/g relacji świadków w miejscu zdarzenia trwają roboty drogowe i na dwupasmówce jest ruch w dwie strony.  Chef najwyraźniej o tym zapomniał i cytując klasyka: " wyjeżdża zza wzniesienia, podatek drogowy opłacony w całości, a jego połowa jezdni zajęta", bo nadjechał samochód z przeciwka.  Ostre hamowanie,  stoppie.  Piotr klasycznym tygrysem pokonuje na czysto wysokość 172cm nad autem,  niestety przy lądowaniu  " trąc organizmem o asfalt".   R1 przelatuje floopem przez swoje przednie koło strącając poprzeczkę, co oznacza zerwanie dachu w tym aucie. Kobita wyjechała sedanem, a wróciła kabrioletem. W dodatku na lawecie!

Jedziemy wszyscy pod szpital. Rodzina już tam dojechała.  Przykra sytuacja, ale nic tu po nas, przecież nie pomożemy. Gorąca dyskusja : odwołujemy rajd, czy jedziemy. Głosy są różne, ostatecznie decydujemy;  jedziemy!!!

Wracamy na granicę,  wjeżdżamy na Słowację. Grupa się podzieliła. My z przodu,  stajemy z Jolą na parkingu i czekamy. Po chwili podjeżdża TIR i kierowca informuje, że jakiś motocyklista miał wypadek,  już po słowackiej stronie.  Wracamy.  Na wiadukcie  leży jeszcze motocykl.   Magdy - bo to ona mała wypadek - już nie ma.  Podobno na jezdni coś leżało, jakby kawałek drewna i Magda nie mogła się zdecydować po której stronie go ominąć. Chwila zawahania,  gleba i ślizg.   Wpadła pod barierę ochronną. Uszkodziła sobie dłoń.  Jest w szpitalu w Cieszynie. Jedziemy pod szpital.  Przekazujemy pozdrowienia.  Jej chłopak już powiadomiony i jedzie do niej z Warszawy.  

I nagle pod szpitalem - jest już koło północy - zaczynają się dziać dziwne sceny.     Komornik z Wielkopolski, który jedzie na GSie, ma trzy kufry i jeszcze jakieś torby             ( śmieliśmy się wcześniej, że zabrał ze sobą chyba wszystkie akta ),  nagle odzywa się w te słowa:   Kurwa! Gdzie ja jadę?  Przecież ja nie mam urlopu!!!  Zawija się i wraca do domu.                                                                                                                            Za chwilę największy dżygit, na najszybszym w układzie słonecznym  Fireblade - Norbi, , który jedzie z żoną Gosią oświadcza, że właściwie to małżeństwa nie powinny razem latać samolotem, ani jeździć motorem .   I zdecydowali, że wracają.  Szok !!! Konsternacja!!!

Pozostali zaczynają się wahać.  Chcą zrezygnować .  Tu już nie wytrzymałem.  Przejmuję dowodzenie:  Jedziemy do ostatniego uczestnika ! Ktoś w końcu dojedzie! Wy jak chcecie.   My z Jolą jedziemy ! Przecież ani Piotrowi, ani Magdzie nic nie pomożemy, a pech musi nas opuścić. Tyle przygotowań i teraz wymiękać ?   Reszta jednak jedzie !!!  Docieramy na zarezerwowany nocleg na Słowacji nad ranem.

Drugiego dnia jesteśmy w Rzymie. Kwatera w małym hoteliku. Cienkie śniadanie - kontynentalne.  Zwiedzanie Rzymu: Bazylika Św. Piotra, grób Jana Pawła II, San Angelo, Panteon, wędrówka po centrum.                                                                                  Pod Colosseum dwoje dzieci  podchodzi do mnie z jakąś gazetą i coś mi pokazują podtykając ją pod nos.  Gdy odchodzą okazuje się, że nie mam na szyi  paszportówki z paszportem i kasą.  Gorączkowo ich szukamy.  Są! Łapię gnoja. Podchodzi policjant,  trzaska go po twarzy, odbiera dokumenty i kończy sprawę.

Przypadkowo natykamy się na przygotowania do koncertu Eltona Johna. Free.   Nie ma jeszcze ludzi, można zająć miejsca w pierwszym rzędzie przy barierkach.  Część osób zostaje i czeka kilka godzin. My z Jolą idziemy do hotelu odpocząć i mamy dojść  później.   Niestety później już mi się nie chciało, bo to był kawał drogi.  Jola do dziś nie może mi darować. Ja też żałuję, ale bez przesady. Nie jestem jego wielkim fanem. Ale okazja była. To prawda.  I wodę dawali za darmo!  Żal..

Wizyta w ambasadzie, standardowo.  Te wizyty są bardzo sympatyczne z reguły. Piotr jakoś to załatwia swoimi kanałami, a ambasadorowie na wszelki wypadek - bo kto to wie co to za prawnicy - obchodzą się z nami, jak z  poważnymi (ha,ha) gośćmi. Z reguły Piotr ma krótkie wystąpienie wprowadzające, które nie trwa z reguły dłużej jak pół godziny, ale tym razem było szybciej. Bez chefa. Ambasador na pewno był niepocieszony. Przynajmniej na takiego wyglądał!

Z Rzymu grupa wraca do domu, a my z Leszkiem i Dorotą jedziemy na Sardynię i potem na Korsykę. Na Sardynię promem z Civitavecchia - tak z marszu. Nie mamy tam żadnej rezerwacji i musimy improwizować. Długo szukamy noclegu,  lecz bez większego rezultatu.  Zdesperowani skręcamy w szutrową drogę do agroturystyki. Kilka kilometrów jazdy bez większych nadziei. Na miejscu okazuje się, że jest nocleg.  Przychodzi do nas menager i proponuje kolację.  Leszek jest mistrzem negocjacji. Rzędziana i gminę żydowską  mógłby uczyć.  Już niejednego właściciela sklepu doprowadził do płaczu.  Na początek  załatwia sconto 20% za nocleg.  Nie zależy nam na kolacji, bo mamy własny prowiant. Może dlatego dostajemy ofertę za 8 EUR od osoby.   Szybki prysznic i idziemy.   Dadzą pewnie kawę, jakieś tosty -coś ciepłego.  W sumie niewielkie pieniądze, to i niewielkie ryzyko.                                                                                                                WOW,  to nie jakaś kolacja w saloniku gościnnym przy kuchni,  tylko regularna restauracja z kelnerami i białymi obrusami. Podają jakieś paszteciki. Zjadamy wszystko. Podają jakieś przystaweczki. Zjadamy do końca. Jakieś wędlinki - do ostatniego kawałka. Przecież za  8 EUR nic więcej już nie dadzą !!! O nie!!!  My już najedzeni, gdy za chwilę podają dania   główne : zupa do wyboru, drugie do wyboru, desery. Do tego wino w karafkach do oporu i jeszcze jakiś likier. Lody. Boże ! Czemu człowiek ma taki mały żołądek?  W życiu tak się nie najadłem. No może jeszcze w Vegas w Bellagio.

Sardynia ma przepiękne drogi. Dużo ładniejsze niż np. na Sycylii i jest dużo bliżej ! Polecam.

Promem z Santa Teresa do Bonifacio na Korsyce. Przepiękny widok białego klifu nad portem.  Po zjechaniu z promu jedziemy kawałek i zatrzymujemy się na parkingu z pięknym widokiem na okoliczne drogi. Podchodzimy do barierek. W zasięgu wzroku, w dole, na zboczach leży z pięć wraków samochodów, w tym autobus.  Memento mori !!!   Znaki drogowe poprzestrzelane na wylot. Francuskie napisy zmalowane.  Fajnie się zapowiada. Korsykanie nie uznają władztwa Francji nad wyspą. Postrzelane znaki drogowe, napisy na murach są powszechne.

   Bazę zakładamy w małym i tanim (jesteśmy z Leszkiem ) hoteliku. Na drugi dzień robimy rundę po wyspie. Duży fragment drogi wzdłuż zachodniego wybrzeża w remoncie. Nie ma asfaltu, tylko szuter. To podobno po ostatniej burzy, które bywają tu bardzo gwałtowne. Zdarza się, że zmywają auta do morza, a tu wysokie wybrzeże. Klif.  Ładny lot w razie czego. Skręcamy w głąb lądu.  Góry i to wysokie. Droga kręta i raczej wąska. Trzeba uważać na czarne świnie, które szwendają się po jezdni. Kozy też się  zdarzają.  Skaczą ze zboczy pod koła.  Na jezdni sporo gówien - też trzeba uważać.                              Zajeżdżamy na pizzę do malutkiej gospody. W środku jak w domu. Po jednej stronie pokoju bar, po drugiej siedzi dziadek w kapciach w fotelu i ogląda telewizję. Jest u siebie. Niezbyt czysto. Tośmy wdepnęli!   Głodni decydujemy się jednak  na pizzę.   Kobieta idzie do ogrodu,  zrywa świeże warzywa w ogródku.  Zagniata ciasto.  To była chyba najlepsza pizza w życiu.A może tylko byliśmy bardzo głodni?  Jednak nie - była naprawdę dobra.        Z wyliczenia wynikało, że do przejechania będzie niecałe 300km i spokojnie damy radę.  Do hotelu wracamy jednak dopiero późną nocą.  Góry, kręte drogi, zwierzęta.

Ranek. Idziemy na miasto na śniadanie. Ciepła bagietka z piekarni, świeży pasztet od masarza. Boże!  Śniadanie na ławce w parku, a jakie wspaniałe.  Obok pod platanami mężczyźni grają w bule. Angażują się, kłócą.  Trudno zrozumieć zasady. Rzucają kulami - wydaje się proste.                                                                                                      Postanawiamy objechać północny przylądek i dojechać do Bastii.  Dorotka ma dosyć wczorajszej trasy.  Oni zostają.  Nauczeni doświadczeniem z dnia wczorajszego obliczamy kilometry.  Wydaje się, że trasa niewielka, kilometrów poniżej 200.   Zajmuje nam cały dzień i część nocy! Droga wąska, bardzo kręta i kiepska nawierzchnia.  Parę razy musimy czekać bo idzie Rajd Korsyki i są odcinki specjalne.   A może to tylko treningi. Ale odcinki drogi pozamykane.                                                                                                                                       W pewnym momencie widzimy plażę. Wulkaniczna, zupełnie czarna, ale wygląda OK.  Pytamy kogoś jak się dostać na tę plażę bo stoimy na wysokim zarośniętym zboczu. Gość pokazuje ręką wężowym ruchem i mówi: " se la la la".  Wydaje się proste, ale niewiele nam to mówi. Wracamy dopiero około północy.  Nie ma to jak mala traska dla relaksu.

Promem płyniemy na kontynent do Livorno.  Na lądzie deszcz leje. Zimno, mokro i do domu daleko. Na bramce autostradowej Leszek omija szlaban.  W hotelu nachodzą go wątpliwości co z tego będzie?  Kamery. Będą ścigać może?   Wsadzą do kryminału.             Musimy się wysuszyć, a nasze  suszarki mają wtyczki, które nie pasują do włoskich gniazdek.   Mac Gyver daje radę. Zdesperowany obcinam  koniec kabla  od lampki nocnej  i łączę z wtyczką suszarki. Rano oczywiście to naprawiam  Leszka trapią wyrzuty sumienia, a może strach przed konsekwencjami. Rano jedziemy na autostradę do tej pominiętej bramki , odbić  bilet i opłacić. Automat nie chce przyjąć biletu. Trudno. Ich strata!            W  końcu wracamy  z Rzymu.  Pan Bozia wybaczy.

W drodze powrotnej rozłączamy się. Leszek z Dorotą jadą do domu - 1600km bez noclegu, na jeden raz!!!   Banditem 650- szacun! No i oszczędność!  Zdobyli trofeum Żelaznej Dupy!!!  Z mieczami i laurem.                                                                                          My jedziemy na Faaker See w Austrii spotkać się z przyjaciółmi z Przasnysza.

Kiepsko się zaczęło, ale w sumie dobrze poszło. Warto było jechać.                


 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1