12. ZLOT W JEDLIŃSKU. 1981

 Kto jeździł motocyklem na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, ten musiał słyszeć o zlocie w Jedlińsku k. Radomia.  Był niespokojny rok 1981. W Polsce dużo się działo. Komuna się chwiała, ale jeszcze trzymała się mocno. Ale ludzie już podnieśli głowy i  zachowywali się śmiało.  W tym przypadku niekoniecznie w słusznej sprawie.

To był duży zlot, na oko tak ze 200 - 300 osób,  na najróżniejszych sprzętach.  Trochę weteranów , czyli starych motocykli, kilka zabytkowych, trochę "japonii", Harleye - głownie wojenne WLA, Junaki w różnym stanie oryginalności i o różnym wyglądzie. Tam jeśli dobrze pamiętam widziałem Junaka dwucylindrowego i to w układzie V.  Oczywiście to była domowa konstrukcja. Myślę, że gdyby jego konstruktor przeznaczył czas na jego zbudowanie, na pracę chociażby przy rozładowywaniu wagonów - mógłby spokojnie zarobić na nową Hondę. Były silniki z Zaporożca  ( to taki mały rosyjski samochód z silnikiem V4 o poj. 0,7 i 0,9l)  zaszczepione do ram Junaków i M 72.  Tam widziałem trzycylindrowe DKW  chłodzone cieczą - chyba przedwojenne.  Był taż Norton Manx - bodajże najszybszy, kultowy  "anglik" w tych czasach.

Była też znana mi grupa motocyklistów spod Warszawy - Milanówka, czy Otwocka. Znana, bo pojawiali się u nas na zlotach w Różanie.

Otóż jednego z nich zatrzymała milicja bo był pod gazem, a że się stawiał  zabrali go na komendę. Na zlotowisko wróciła jego dziewczyna i zaczęła organizować grupę, żeby odbić chłopaka. Towarzystwo było już po dobrej gorzale.   Jak wspomniałem na początku, już nie takie pokorne jak bywało parę lat wcześniej.  Zebrała się grupa  "odważnych",  która pojechała odbijać więźnia.  Obrzucili komendę kamieniami, trochę pokrzyczeli, nic oczywiście nie wskórali i wrócili dalej pić.

Jest piątek po południu. Po kilku godzinach rozeszła się pogłoska, że pod bramę zajechało ciężarówkami  ZOMO  - Zmechanizowane Odwody Milicji Obywatelskiej - jakby ktoś nie wiedział. To byli ludzie, których mniej lub bardziej dobrowolnie wcielano do tych zmilitaryzowanych oddziałów nie cieszących się dobrą opinią.  Byli używani do tłumienia zamieszek i znani z brutalności.

W którymś momencie wkroczyli na teren zlotowiska.  Zwartym oddziałem, ubrani w ciemne mundury, tarcze bojowe, długie pały,  hełmy, nakolanniki i całą resztę.  Wbiegli równym truchtem, specjalnie waląc butami o asfalt i walili tymi pałami o tarcze.  Kto tego nie przeżył, to nie zdaje sobie sprawy jakie to robi wrażenie.  Przecież o uczynienie takiego wrażenia im chodziło i do tego byli szkoleni.  Rozbiegli się grupkami po domkach i namiotach i biada temu kogo spotkali pijanego lub gdy ktoś się stawiał lub morda się nie podobała.  Bili pałami i nie patrzyli na nic. Przeszukiwali domki i namioty wynosząc trofea:  elementy umundurowania, bagnety, noże, alkohol.  Niektórzy Harleyowcy mieli przy motocyklach olstra, a w nich atrapy strzelb lub wiatrówki.  Wszystkich podpadniętych zabrali ze sobą.  Zabrali np. mego znajomego ze zlotów - Tomka z Hrubieszowa, który jeździł na białym Triumphie.  Miał strój pilota myśliwca, taki zielony sznurowany po bokach na całym ciele. Też go zabrali na komendę i nieźle dostał.  Tak naprawdę nie wiadomo  za co.  Miał chyba nawet sprawę w sądzie za chuligaństwo?

Do naszego domku - byłem z kolegami z Veteran Club 52 z Ostrowi Maz. o którym kiedyś napiszę - nie weszli. I całe szczęście.  Po godzinie odjechali zabierając ze sobą swoje ofiary.  Potem w prasie ukazywały się artykuły o uzbrojonych wywrotowcach z fotografiami zdobytej w obławie  " broni".  Przez jakiś czas był szlaban na zloty w całej Polsce, Którego zresztą nikt nie przestrzegał.   Nie tylko z powodu Jedlińska.  Nie byliśmy pupilami reżimu.

Oczywiście było już po imprezie i każdy myślał o tym by bezpiecznie wrócić do domu. Ale i to nie było proste, bo śmiałków zatrzymywali gdzieś za miastem i też podobno były bęcki.  Wszyscy byli zdezorientowani;  strach było zostać -  bo może wrócą,  a jechać też niebezpiecznie. Nasza grupa wyjechała dobrze po północy i nikt nas nie zatrzymywał.   Jesień. Było bardzo zimno!   O trzeciej w nocy przed Ostrowią Maz.,  w miejscu gdzie mieliśmy się rozjechać, w lesie paliliśmy ognisko żeby się rozgrzać,  jeszcze raz podzielić się wrażeniami, wypić co zostało  i się pożegnać .        

 Tego zlotu nie zapomnę do końca życia mimo, że w sumie nic mi się nie stało, ani nikomu z naszego kubu. 

Przez lata informacja - byłem na zlocie w Jedlińsku, wzbudzała od razu szacunek. Teraz już chyba mało kto pamięta co się tam wyprawiało?

 Jak widzę co się dzieje teraz np.  na Białorusi - doskonale rozumiem i podziwiam tych ludzi,  którzy mają odwagę się przeciwstawiać OMON. Trzeba mieć wielkie cochones - nawet jak się jest kobietą.  A może tym bardziej!


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1