10. ROUTE 66. 2010

 

Pierwszy stres - wizyta w ambasadzie USA po wizę. Znając opowiadania o przygotowywanej korespondencji, przelewach i różnych zaświadczenia, które ludzie okazują, składają i dostają odmowę - można spodziewać się wszystkiego.  Urzędnik przy okienku pyta o cel podróży. Odpowiedź Route 66 wywołuje od razu przyjacielski uśmiech. To też motocyklista. Wiza na 10 lat. OK

Lecimy  w składzie : Zbyszek z żoną Iloną z Warszawy,  Wojtek- z Warszawy z Moniką -wtedy jego  dziewczyną, Jacek- z Lublina, Olek- z Wrocławia i ja.                                                       Start z Okęcia do Chicago.  Wielogodzinny lot jest nużący. Posiłek, drzemka, film, posiłek, drzemka - lądujemy. Lotnisko ogromne, łatwo się pogubić.  Stresująca odprawa paszportowa, bo jak źle pójdzie - to powrót do domu i cały misterny plan w pizdu!!!                                                                                                                          Kaski i stroje motocyklowe pomagają. Widać, że my raczej nie do pracy.                          Nocujemy w hotelu obok lotniska. Motocykle mamy  zarezerwowane - Haleye Elektry - żeby było stylowo i jeden tylko hotel -  Bellagio w Vegas. Zarezerwowane z dużym wyprzedzeniem i opłacone. W  ten sposób sporo taniej. Wtedy hasło "Bellagio" nic mi jeszcze  nie mówiło. Reszta noclegów to będzie improwizacja na trasie.

Po rozpakowaniu gratów w hotelu idziemy coś zjeść. Nie coś. Idziemy na steki. W recepcji polecają pobliską restaurację - podobno bardzo dobrą. I rzeczywiście ! Czy to magia pierwszego pobytu w Stanach czy to, że pierwszy raz jadłem prawdziwego steka, ale nigdy w życiu nie spotkałem  równie dobrego. Gruby na trzy palce, a jednocześnie miękki, bez żadnych błonek, itp. Do tego ogromny ziemniak w aluminiowej folii. Z masełkiem. To już bardziej swojsko. Palce lizać!

Drugiego dnia jedziemy po motocykle do wypożyczalni EAGLERIDER. To jedna z większych , jeżeli nie największa w USA. Właśnie rozładowują z TIRa transport kilkunastu motocykli, które zapakowane w dwie warstwy wróciły z ich innych wypożyczalni. Ponieważ to wielka firma z oddziałami w całych Stanach, nie trzeba wracać wypożyczonym  motorem do miejscu wypożyczenia , a można zostawić go w innym mieście.  Wygodnie.

Na miejscu spotyka nas niespodzianka. Nie będzie Harleyów, tylko proponują nam zupełnie nowe Hondy Gold Wingi z przebiegiem po 5 mil.  Pewnie znaleźli lepszych klientów na Harleye, bo w tym czasie był rocznicowy zlot w Sturgis. Nie bardzo to dobrze świadczy o firmie, ale w dalszej perspektywie okazało się dla nas OK. Jednak niesmak pozostał!

Wyjazd z miasta, odszukanie początku drogi Route 66 jako celu naszej wyprawy.  Droga okazuje się kiepskiej jakości, bo już nikt o nią nie dba. To bardziej legenda niż droga mimo, że kultowa i ma fanów na całym świecie - nie tylko w Stanach.  W następnych dniach okazało się, że trudno napotkać te historyczne stacje benzynowe, sklepiki i bary. A i samą drogę też chwilami trudno znaleźć. Czasami asfalt nagle się urywa i kończy w kukurydzy by po kilkudziesięciu kilometrach pojawić się na nowo. Nic dziwnego, że po kilku próbach i zawracaniach decydujemy się - jak większość turystów - jechać autostradą stanową, która biegnie tuż obok. I mimo, że też połatana smołą na licznych pęknięciach i daleko jej do standardów niemieckich, jest o niebo lepsza od naszej 66.                     

Autostrady w USA, przynajmniej te które widziałem nie są wcale jakieś super. Beton - bo głównie takie są nawierzchnie (sądząc po kolorze)   jest popękany i polepiony smołą. Miejscami mam wrażenie, że smoły widać więcej niż jezdni.  Za to bardzo stylowo wyglądają, gdy ciągną się wstęgą prosto i prosto po lekkich pagórkach. Dwa lub trzy pasy w każdą stronę, a po środku szeroki pas zieleni, czy raczej spalonej trawy jak w Texasie.  Od czasu do czasu w poprzek na tym środkowym pasie stoi auto szeryfa.                                 Policjantkę z ręcznym radarem widziałem raz tylko na przedmieściach jakiegoś dużego miasta. Trzeba przyznać, że amerykanie jeżdżą spokojnie i stosują się do limitów prędkości. Max prędkość na autostradzie to ok. 120 km/h i trzeba się pilnować. Ze dwa razy zdarzyło się, że ktoś nas wyprzedził i nie jechał z pewnością 160km/h, a po kilku kilometrach - przepraszam milach - już stał przy radiowozie na poboczu. Jak to się dzieje - nie wiem bo tej policji drogowej nie widać. Myślę, że ludzie dzwonią na policję i życzliwie donoszą, że jakiś wariat pędzi  130 !!!

Z reguły towarzyszy nam monotonny krajobraz. W Texasie startując rano, po obu stronach widzimy drut kolczasty , a za nim preria i czasami  krowy. Wieczorem po przejechaniu 700km widok dalej jest ten sam: drut kolczasty i preria. Trudno sobie wyobrazić jak wielki jest ten kraj,  jeśli się tego nie zobaczy. Drogi proste. Nuda. Do Joli wysyłałem np. SMSa :  dziś było ciekawiej, po drodze na 700km były cztery zakręty! 
W Texasie częsty jest widok pickupa: w środku w kabinie długa broń na wieszaku za kierowcą, na pace pies. Kierowca w obowiązkowym kapeluszu - w barze.  Krzywe, drewniane słupy telegraficzne jakich u nas nie spotkasz.  

Któregoś dnia, gdy totalnie znudziła nam się jazda po prostej zaczęliśmy kombinować, żeby może pojechać do Salt Lake City. Na mapie wyglądało, że tuż tuż. Liczymy kilometry:  1500!

Gdy zgromadzi się w jednym 30 minutowym filmie ujęcia z  drogi  66 - wygląda rewelacyjnie. Ale żeby to zobaczyć trzeba przejechać kilka tysięcy kilometrów i wszystko się rozwadnia. Oczywiście nie jest tak, że nic nie ma do oglądania.  Stoją te stare zardzewiałe auta, dystrybutory, szyldy itp - ale nie jest tego zbyt dużo,  jak na tak długą trasę.  Widać samotne farmy otoczone starymi autami i maszynami rolniczymi.   W Europie wywozi się je na złom. Tu jest tyle miejsca, że nikomu to nie przeszkadza.  Rzadko, ale się zdarzają - wysokie pompy napędzane wiatrakami jak na westernach i wielkie drewniane beki jako wieże ciśnień. Czasami widać pociąg, który nie ma końca  i ciągnie się dosłownie kilometrami.  Z przodu i z tyłu po kilka lokomotyw.

W Amarillo w Texasie jest restauracja  Big Texan Steak  Ranch, gdzie można zjeść porządnego steka i to za darmo. Jest tylko jeden warunek. Trzeba zjeść go w ciągu godziny i to całego (a waży 72 uncje, czyli ponad 2kg)  plus ziemniak z masłem, bułka,  koktajl i sałatka To tylko na pozór wydaje się proste. W środku restauracji jest elektroniczny licznik, który wskazuje liczbę śmiałków, którym się to udało. Średnio pewnie co dziesiątemu, a może rzadziej. . Zwycięzców było coś kilka tysięcy na ok. 70.000 chętnych - ale obejmuje to okres wielu lat od 1970r.  Dla restauracji jest to znakomita reklama. Nie dasz rady płacisz 72$.  Rekordzistka  (tak kobieta! ) zjadła 3 sztuki w 18   minut !!!                                      Wojtek się zasadzał na tę próbę, gdy lokal był jeszcze zamknięty. Gdy jednak zbliżała się godzina otwarcia - zrejterował!     

 Za miastem jest z kolei inne  znane miejsce  Cadillac Ranch,  gdzie pionowo, lekko ukośnie jest zakopanych 10 starych  Cadillaków.  To znana rzeźba - instalacja z roku 1974.   Całe są niestety pomalowane sprayami , grubo na dwa palce przez "turystów". Wygląda to fatalnie. Pojemniki z farbą walają się wszędzie. Raczej smutny widok. Ale kto bogatemu zabroni?

W Santa Fe w Nowym Meksyku nie wytrzymuję nerwowo.  Nie dość, że upał przeraźliwy (to przełom lipca i sierpnia ) to jeszcze potwornie nudno. Prosto i prosto.  Gorzej niż droga na Ostrołękę. Od kilku dni spoglądam na  mapę i postanawiam:  pieprzyć Route 66 -  jedźmy na północ w Góry Skaliste.  Będzie nie tylko chłodniej, ale z pewnością ciekawiej.  Robimy naradę wojenną. W góry decyduje się jechać ze mną tylko Jacek, Olek jedzie do Vegas grać w kasynie. Wojtek z Moniką i Zbyszek z Iloną do Los Angeles. Spotkamy się wszyscy za kilka dni.


To była dobra decyzja. Trasa zrobiła się ciekawsza - jak to górach; było chłodniej no i zakręty. Nie było też policji bo to park narodowy w większości - więc mogliśmy trochę dać Hondom po garach. 

Tu przypomina mi się opowieść mego przyjaciela Marka z Tomaszowa, jak jechał na zlot do Wiśniowej Góry swoją Hondą Shadow z grupą kolegów na motocyklach weteranach. Szef klubu jechał M72 świeżo po remoncie, w związku z czym prędkość max to było coś z 60 w porywach może do 70km/h i Marek na swoim szybkim motocyklu  nudził się straszliwie. Gdy zatrzymali się przed zamkniętym przejazdem kolejowym i zsiedli z rumaków, szef klubu zapalił papierosa, popatrzył z miłością na swoją emkę, z której buchało żarem - bo była świeżo po szlifie, kopnął ją czule w koło i z dumą pomieszaną z czułością w głosie rzekł:   ale dostała w pizdę!!!                                                                                                   To powiedzenie stało się już kultowe wśród znajomych. Ten żeński organ ma silne związki z motocyklami, gdyż mówi się też np. wszedł w zakręt na pełnej piździe! Jest powiedzenie: jak z pizdy gwóźdź! Cały misterny plan w pizdu!    Nie wspomnę już o tym, że o jednym z kolegów mówią, że jeździ jak pizda!  Co ta biedna cipka im zawiniła?

 Przypadkowo poznani w sklepie ludzie, którzy do nas zagadali i okazali się Polakami poradzili nam jechać do Parku Narodowego Arches i Bryce Canyon. W Stanach, ale nie tylko - ludzie w podróży, a już szczególnie motocykliści wzbudzają sympatię i życzliwość. Coś w tym jest!

                                                      BALLANSED   ROCK

Tak zrobiliśmy jak radzili i  było warto.   Arches - to park krajobrazowy znany z westernów, z samotnych czerwonych skał wystających wprost z pustyni, łuków skalnych i innych fantastycznych form. Wjazd jest płatny. Ale jak to w USA wszędzie można dojechać autem, bo do ciekawszych miejsce prowadzi asfalt. To bardzo rozległe miejsce i poza tym, że wygodnie - trudno byłoby je zwiedzać w inny sposób. Tam stoi Ballansed Rock - skała podobna do naszej Maczugi Herkulesa stojąca pionowo na swej cienkiej nodze, jakby wbrew prawom fizyki. Przy dobrym ustawieniu można zrobić foto jak się ją   " podpiera"  ręką. 

Park Bryce też wspaniały, ale robi mniejsze wrażenie. Tu dla odmiany jest dużo mniejszych form skalnych podobnych do stalagmitów, które ogląda się z góry - bo to kanion. Po drodze rosną dziwne drzewa - mają igły jak nasze sosny, i białe pnie jak brzozy.

Amerykanie są bardzo kontaktowi. Na postoju prawie zawsze ktoś podejdzie, zaczyna od zwyczajowego " Haj gajs" i spyta jak leci, skąd jesteśmy.  Odpowiedzi obnażają z reguły ich ignorancję:  Poland w najlepszym razie to Holland,  po czym pada z reguły pytanie, czy z tego Holland przyjechaliśmy na motorach?  Po jakimś czasie nie usiłujemy  już tego prostować. W końcu przyjechać na motorach z Holland to większy wyczyn niż z Chicago!

Po kilku dniach spotykamy się w Las Vegas. Dopiero w nocy miasto robi prawdziwe wrażenie, gdy rozbłysną wszystkie światła. W dzień odczuwa się głównie gorąco, nawet wieczorem jest upalnie.  Hotel Bellagio to już klasyk. Ogromna recepcja , mnóstwo ludzi, piękne samochody na podjeździe.  W środku sklepy najbardziej znanych firm. W końcu ludzie tu przyjeżdżają z grubą kasą. To kultowy hotel w Vegas. Tysiące pokoi. Kilka basenów na powietrzu. Na parterze ogromne kasyno. Hostessy roznoszą darmowe drinki. Wielki świat. Z filmów.  Automaty w długich szeregach, stoły do black jacka. Osobne sale dla grubszych graczy. Światła. Brzęk sypiących się monet, które wypluwa automat, gdy czasami ktoś wygrywa. Najbardziej szokujący widok :  staruszkowie na wózkach z rurką tlenową w nosie, którzy nie mają siły ciągnąć za wajchę automatu i używają elektrycznych  przycisków.     



  
 
Wieczorem idziemy na kolację. Olek, który widział kawał świata i tu też już był wcześniej, zaprowadził nas do jednej z restauracji hotelowych, gdzie za 24$ można jeść do oporu.  Byle nie wychodzić!  To wydaje się żadne cudo, bo takich miejsc jest wiele na świecie.  Tylko, że tam jest kilka różnych kuchni: włoska, meksykańska, chińska, tajlandzka ,etc.  Wszystkie możliwe dania - robione nawet na zamówienie.  Torty, lody, ciasta i wszystko czego dusza zapragnie. I to nie jakieś dziadostwo jak w fast food.  Jadłem tam sławną wołowinę z Kobe, której kilogram kosztuje coś ze 3000$.  Dla mnie nic specjalnego.  Mogę powiedzieć jak w kultowej scenie z Misia - kasza jakaś niedogotowana w tej Victorii.  Wieczorem stała już kolejka do wejścia,  tak ze 100 osób na oko                   

W nocy obowiązkowo trzeba zobaczyć spektakl fontann przed hotelem. Światło i dźwięk.   Strumienie wody podświetlane kolorowo wytryskują w takt muzyki. Kołyszą się. Super widok.  Tłum ludzi, błyskają flesze, słychać wszystkie języki świata.

Oczywiście zagrałem na automacie przeznaczając ostrożnie na przegraną 20$  i grając najmniejszymi nominałami, żeby starczyło na dłużej. Nie pamiętam, ale chyba ani razu nie wygrałem. Może i dobrze bo bym się nakręcił i przegrał jeszcze dziesięć!                               Wychodzę na miasto. Wszędzie daleko. Światła i hałas.  W Przasnyszu jednak dużo spokojniej.    I taniej!   Na chodnikach zaczepiają rozdawacze ulotek. Głównie do agencji. Uliczni grajkowie, sztukmistrze , etc.   Rozbawione towarzystwa w wynajętych limuzynach.  Wracam do hotelu. Niestety angielski jest dla mnie raczej obcym językiem  i trudno mi się dopytać o cokolwiek.  Pokój elegancki, piękna wanna i to co w Stanach jest w każdym hotelu. Wygodne, wysokie spanie. W każdym.

Bardzo lubię amerykańskie motele, w których podjeżdża się pod sam pokój.  Blisko z bagażami. Można usiąść przed pokojem na zewnątrz.  Zagadać do sąsiada. Zauważyliście, że w Europie motocykliści dostają z reguły pokoje w hotelu w/g zasady : wysoko na ostatnim piętrze i na końcu korytarza . I trzeba po przejechaniu 800km w deszczu iść z bambetlami przez cały hotel.  Zmówili się czy co?      

                                     NA   PICKUP   STOI  URAL!!!
                                          KTO  BOGATEMU  ZABRONI?
                                                           W stanach mają dziwne kible. Spuszcza się wodę taką dźwignią jak w syfonie, woda wypełnia całą muszlę sprawiając wrażenie, że zaraz wypłynie na podłogę wraz zawartością i gdy rozglądasz się już za szmatą do wycierania - słychać zasysanie jak w samolocie i wszystko kończy się dobrze. Woda spłynęła.  Mała rzecz, a cieszy!

W Vegas byliśmy w środku lata. Bardzo chciałem jechać zobaczyć Dolinę Śmierci, bo to wyzwanie i było już całkiem blisko. Planowałem wyjechać o północy i zacząć wracać po wschodzie słońca, żeby się nie roztopić w upale. Nie było chętnych. Ja też zrezygnowałem z braku towarzystwa.

Z Vegas jedziemy do " Elej", czyli Los Angeles. Po drodze Grand Canion - Wielki Kanion Kolorado.  Rzeczywiście robi wrażenie bogactwo form i wielkość wąwozu. W najszerszym miejscu ma ponad 30km, a dołem płynie niewielka rzeczka. Jakoś trudno uwierzyć, że to jej dzieło.  Chcemy się załapać  na lot śmigłowcem. Niestety kolejka. Najwcześniej za dwa dni! Nawet o noclegu nie ma mowy mimo, że baza noclegowa mocno rozbudowana.  Najbliższy nocleg w odległości 40mil. Bez sensu. Rezygnujemy.

Nocleg w LA w Hiltonie. Grubo, chociaż prawdę mówiąc cena w granicach rozsądku.  Towarzystwo chce jechać do najlepszej restauracji rybnej. Zasięgają języka w recepcji.  Zamawiamy taksówkę. Prowadzi Ormianin, mówi po rosyjsku i angielsku. Od niego dowiadujemy się, że w LA jest największa diaspora ormiańska na świecie.  Podobno 2 mln ludzi. Taksówka typu sedan jest ogromna. Mieścimy się wszyscy chociaż nie jest przeznaczona dla 6 osób plus kierowca. Ta polecana restauracja jest bardzo daleko. Gdy taksometr wybija ponad 100$,  gościu  unieruchamia go i oświadcza, że będzie na nas czekał i odwiezie nas gratis. Restauracja jest przy plaży, nie robi specjalnego wrażenia. Białe drewniane ściany - jak w Jastarni.   W środku też nie powala.   


                                                                                                                                                        Zamawiają owoce morza i to z górnej półki, łącznie z ogromnymi krabami takimi, że widok tacy z nimi,  niesionej przez kelnerkę budzi pomruk na sali. Ja wolę stek.  Do tej pory dzieliliśmy rachunki po równo, ale ten wyniósł ponad 500$ i po raz pierwszy się zbuntowałem oświadczając, że za siebie sam zapłacę. Moje dochody przy ich, to jak cicha msza przy bocznym ołtarzu.  


 

Rodeo Drive - kultowa ulica w Beverly Hills. Sklepy najlepszych marek. Ceny - nie pytaj.    W zatoczkach luksusowe sportowe auta. Rolls Royce nie robi tu na nikim wrażenia. Widziałem kilka. Jestem tu dwa razy - pierwszy i ostatni.  To jak oglądanie ciastek przez szybę -ślina leci, smaku nie czujesz. Może to covid? Ale wtedy jeszcze nie był znany.





 

W Santa Monica na promenadzie prowadzącej do molo, tego  z kołem młyńskim napis:  SANTA MONICA  66  End of the Trail. Tu się kończy droga 66.  Pamiątkowe foty i to by było na tyle!      



                                                                                                                                  

Na drugi dzień oddajemy motocykle do wypożyczalni. Obsługa bardzo dokładnie je ogląda. Każda rysa, każde wgniecenie tłumika - to dla nas koszt wymiany ! uszkodzonej części. Nie ma zmiłuj.  Mieliśmy oczywiście ubezpieczenie, ale z udziałem własnym do 2000$. Cóż nauka kosztuje. Zbyszek musiał sporo dopłacić bo miał  maleńką wywrotkę parkingową       i wgniótł tłumik.







 

Czy Gold Wingi to był dobry wybór.   Super.  Wprawdzie przypadły nam przez przypadek, ale to najlepszy sprzęt do takich podróży. Wygodny, z tempomatem, radiem, wysoka szyba, nawiewy, regulacja zawieszenia, etc.   Duże kufry. Tylko w deszczu niespecjalnie się jedzie. Siedzenia są bardzo miękkie, wklęsłe, wygodne.   W czasie wyprawy na szczęście nie padało. Ale w deszczu zbiera się w nich woda i siedzi się jak w misce. Tyłek można dokładnie wymoczyć przez parę godzin. Ale jeździ się super i to nie tylko po prostej. Waga 400kg ,  ale środek ciężkości bardzo nisko i po górskich trasach można wywijać. Szczególnie, że momentu obrotowego nie brakuje na żadnym biegu.

Wracamy samolotem z  LA  do Chicago i z Chicago do Polski.                                           Na lotnisku w Chicago, które jest ogromne, spore zamieszanie. Wprowadzono autoodprawy. Trzeba zeskanować paszport w czytniku i dopiero przejść dalej. Pełno kolorowych cudzoziemców - raczej prostych ludzi, którzy sobie z tym nie radzą. Nikt z obsługi nie pomaga. Nawet my światowcy   (ha ha)   mamy problem i udaje się dopiero po kilku nieudanych próbach - bo okazało się, że odprawa i bilety były zrobione na jeden paszport.  Już robiło się nerwowo bo terminal od "gejtu" jest odległy o parę kilometrów i jedzie się autobusem.       A czas uciekał.

Wrażenia?   Czy warto było?  Warto na pewno!  Ale do takiej wyprawy trzeba się jednak przygotować logistycznie żeby coś zobaczyć po drodze.  To nie Europa, że się najwyżej nadłoży 100 - 200km do ciekawego miejsca.   A jest co oglądać !   Myśmy nie byli przygotowani  - poza rezerwacjami.   Oni wszyscy byli wcześniej w Stanach - ja pierwszy raz i trochę mi było szkoda straconych okazji.   Dobrze, że chociaż te dwa parki narodowe - wprawdzie przez przypadek -ale udało się zobaczyć.  Oczywiście Vegas i LA też warte zobaczenia. 

                                                3900   MIL   CZYLI  OK.   6250 km !

Czy warto jechać Route 66. Po mojemu nie warto. Ale warto się samemu o tym przekonać!                                                                                           


 



 

                                      


 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

691. AMERYKA PŁD. 2026. POSZŁY KONIE...

678. PLANY NA 2026 ROK.

650. RUMUNIA 2025 cz.1